Skip to content

„Zobaczyć jętki o świcie” Marcina Pełki, czyli miło spędziłam ten czas

Marcin Pełka wydaje dość często. „Zobaczyć jętki o świcie” to kolejna książka tego pisarza, z którą mam do czynienia.

 

W sam raz na długi – leniwy – weekend

I co mogę powiedzieć? To kolejny bardzo przyjemny zestaw krótkich historii.

Ale zacznijmy od tytułowej, najdłuższej

Czym są jętki tłumaczyć nie będę. Każdy ma net pod ręką, a większość z nas była kiedyś nad wodą i większości z nas te skrzydlate upierdliwce wpadały do soku, piwa, kawy lub herbaty. Cytując i zmieniając nieco słowa klasyka naukowych wyjaśnień „jętka jaka jest, każdy widzi”.

„Standardem współczesnej opieki medycznej było zapisywanie kodu DNA każdego obywatela i deponowanie w specjalnych bankach puli komórek macierzystych. W zależności od potrzeb można było na ich podstawie rozpocząć hodowle tkanek bądź narządów. Jeśli komuś zaczęła wysiadać nerka, po trzech miesiącach czekała nowa, gotowa do przeszczepienia. I to najlepsza z możliwych, bo w zasadzie własna, bez ryzyka odrzucenia przeszczepu. Podobnie było z wątrobą, płucami, szpikiem kostnym czy rogówką”. [s. 21]

Jak widać świat przedstawiony opowiadania zdecydowanie nie jest naszą współczesnością, a bliżej nieokreślona przyszłością. Co prawda przy całym tym postępie – dalej używa się papierowej dokumentacji i niszczarek, ale kto by się czepiał? Jesteśmy w dużej metropolii, w której ogromne pieniądze i władza praktycznie bez kontroli styka się z życiem normalsów. Louis Sterling – prywatny detektyw wybiera się na wakacje i marzenie o spokojnym wędkowaniu i patrzeniu na jętki snujące się nad taflą jeziora jest w zasadzie wszystkim na czym może się skupić.

Tyle że w życiu nigdy nic nie jest tak proste,

a marzenia bohaterów literackich zwykle się nie spełniają. Do biura Sterlinga wkracza piękna kobieta w towarzystwie goryla. I akcja się zaczyna. Na tym skończę spoilerowanie, powiem tylko, że opowiadanie czyta się świetnie.

Jest tak to, co dobrze znamy z klasycznych czarnych kryminałów na przykład Dashiella Hammetta czy Raymonda Chandlera. Nawet scenografia jest podobna. Pamiętacie te biura, w których zwykle pracują samotni i zgorzkniali prywatni detektywi? Herę you arę! To chcecie, to macie. Mamy piękną laleczkę, która laleczką nie jest, goryla, który też nie jest tym, na kogo wygląda, detektywa, który wychodzi obronną ręką z niebezpieczeństw, negatywnego bohatera, którego chciałoby się pomóc zlikwidować.

Nie powiem, chciałabym więcej

Chciałabym bardziej rozwiniętych postaci, więcej grzebania się w duszach bohaterów, ale to opowiadanie, nie powieść, więc daję na luz. Bawiłam się dobrze, bo lubię te klasyki, do których odwołuje się Pełka w tytułowym opowiadaniu z tomu „Zobaczyć jętki o świcie”.

„Jedź i do woli oglądaj te swoje jętki o zmroku.
Sterling bez słowa pożegnania wyszedł na schody. Dopiero na wysokości dziesiątego piętra przez zaciśnięte zęby ze złością wycedził:
– O świcie, kurwa! Chcę zobaczyć jętki o świcie!” [s. 119]

Pozostałe opowiadania to raczej sympatyczne maleństwa

Niektóre – jak „Herb” czy „Nigdy nie wiadomo” zabawne, inne – jak „Powłoka zastępcza” były powodem nieprzyjemnego dreszczyku, jeszcze inne nie zostawiły śladu.
Ale wszystkie były dobrze napisane. Nie ukrywam, że mam wrażenie, że obserwuję, jak poprawia się i krystalizuje styl Pełki. Cieszy mnie to.

Podsumowując: „Zobaczyć jętki o świcie” Marcina Pełki to niewielki zbiór fajnie napisanych opowiadań SF do szybkiego wchłonięcia.

„Powłokę zastępczą” uważam za najlepszy, choć boleśnie przewidywalny, utwór w tym zbiorze. O czym jest? O tym, że 99,92% osobowości człowieka to jednak nie jest 100%…

 

A! i podoba mi się okładka! Bardzo 🙂

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *