Skip to content

„Złote klatki” Elizabeth Smal, czyli: jestem ofiarą ironii czy nie?


„Złote klatki” Elizabeth Smal zmusiły mnie do odkurzenia na własny użytek pojęcia „ofiary ironii”.

Uwaga, nie wykładam tu niczego, nie mądrzę się, poprawiam jedynie własną znajomość teorii literatury.Otóż ofiara ironii, to taki ktoś, kto stwierdzenie: „fajna bryka”, wypowiedziane przez jednego „samochodziarza” do innego, bierze za pochwałę samochodu, będącego przedmiotem dyskusji, a nie jego druzgocącą krytykę. Każdemu pewnie raz czy drugi zdarzyło się być taką ofiarą ironii. Mnie także.

Powiem tak: nienawidzę tego uczucia, kiedy już się zorientuję, że się nie zorientowałam 😉!

Czytałam sobie zatem „Złote klatki” Elizabeth Smal, z pewną przyjemnością,

czego nie ukrywam, aczkolwiek co najmniej trzy razy ugryzła mnie w duszę obawa, czy aby nie padłam właśnie ofiarą ironii. Zastanawiałam się, czy tylko ja się wkurzam, czy inni także? Czy nie powinnam była aby rozpoznać jakiejś konwencji?
O jakich momentach mówię? Cóż, żeby podtrzymać suspens – o ironii na końcu.

Najpierw o samej książce.

To niezła pozycja. Dobrze się bawiłam, nie miałam wewnętrznego „fuj”. Cieszyłam się może bardziej językiem niż akcją, ale dalipan, jak można nie cieszyć się poprawną polszczyzną? W książkach? No właśnie.

Elizabeth Smal rysuje przed nami dość ciekawą, acz może nie specjalnie odkrywczą wersję niedalekiej przyszłości.

Rzeczywistość jest zautomatyzowana, z jedzeniem z drukarek 3d, autonomicznymi pojazdami, wszechobecną CCTV, chipami dla chętnych, AI zarządzającą naszymi domami, wearables i inteligentnym wszystkim.
Jednak nawet w tym technologicznie zaawansowanym świecie ludzie są ludźmi. Zbrodniarze to zbrodniarze, głupcy to głupcy, egoiści nie są milsi niż ci, których my spotykamy na drodze. Technologia w niewielu rzeczach pomaga, pewne rzeczy za to uwypukla.

Sama akcja interesująca, aczkolwiek bez zaskoczeń

– w końcu obracamy się w pewnej konwencji: świat, nawet jeśli nie jest idealny, jest zagrożony. Zagrożeniu stawia czoła nasz bohater. Ma pomocników, ma wrogów. Mogę już o konwencjach nie pisać? Dziękuję bardzo.

Punktem wyjścia jest śmierć pewnego starego człowieka, w jej efekcie dwójka przyjaciół staje wobec życiowych wyborów, które postawią ich po dwóch stronach barykady. Jak z porządnego westernu – tylko jeden wyjdzie żywy. Więcej nie powiem, bo czytanie tej książki nie sprawia bólu i można zanurzyć się w akcję i podążać jej torem.

Co mnie pociągało w „Złotych klatkach” Elizabeth Smal,

oprócz poprawnego języka, braku manieryzmów i niechlujności? Ascetyczność narracji. Smal nie tworzy skomplikowanych, przerysowanych konstrukcji zdaniowych, które mogłyby odzwierciedlać procesy myślowe jej bohaterów. Nie. Pisze, jak się mówi. Zdania są krótkie, bo tempo akcji jest szybkie.

Widać, że Elizabeth Smal przemyślała świat, który stworzyła.

Wie, co jaka maszyna robi, opisuje, jak działają te wszystkie cuda i cudeńka, potrafi pokazać, jak mogą być one wykorzystane do niecnych celów i kiedy opieka nad obywatelami zamienia się w opresję.

Byłam ciekawa niektórych z tych „futurystycznych” rozwiązań, które w większości już istnieją, tylko jeszcze nie używamy ich powszechnie, lub są za drogie, żeby stały się artykułem powszechnego użytku. Podoba mi się ta rzetelność w wymyśleniu przyszłości.

Co ciekawe, owa rzetelność i kompletność pomysłu na przyszłość są też wadą książki. Jedną z wad. Otóż mam wrażenie, jakbym czytała PR opis na stronie internetowej jakiegoś giganta technologicznego, który opisuje, co to światu nie przyniósł. Lub… jak ulotka developera. Jest akcja, jest dialog i bah! Kawałek takiego opisu technologii, jak z innej bajki. Miałam takie niepokojące odczucie, że autorka opisała sobie ten świat i w opis powstawiała akcję.

Jest za to kolejna rzecz, związana z technologicznym efektem wow, a która jest ciekawa i którą – po pewnej debacie wewnętrznej – muszę podkreślić.

Otóż mamy czyściutki świat, w którym dron przywozi zakupy, lodówka sama się uzupełnia, jeździmy na desce w nowocześniejszej wersji parku wodnego, opaska na nadgarstku monitoruje funkcje życiowe i na pozór wszystko jest czyściusie i piękne, takie wypucowane. Błyszczy szkłem i stalą, jak opis szpitala, który otwiera „Złote klatki” Elizabeth Smal. A potem okazuje się, że są bezdomni, są „gorsze dzielnice”, ktoś sprzedaje narkotyki, ktoś bije innych dla rozrywki. Jest to rzeczywistość, w której niektórych stać na roboty pracujące za nich, w której femboty są sexworkers.

Jest napięcie między dwiema częściami tego świata, które jest jak niepokojące pęknięcie w obrazie. Daje do myślenia. Pytam sama siebie: po co mi ta nowoczesność, drony, jacuzzi, deskorolki, automaty z izotonikami przy ścieżkach biegowych i w ogóle – cały ten szmelc, jeśli nic się nie zmienia? Co to za postęp, który obejmuje tylko technologię?

Wiecie, co jest najgorsze? Że ktoś także zadaje sobie to pytanie i odpowiada na nie, a żeby było gorzej – wdraża w życie swoją na nie odpowiedź. I wtedy sprawy robią się paskudne, bo chyba nie o taką odpowiedź chodziło. Przewrotnie, Miss Smal, bardzo przewrotnie.

No dobrze, a co mi się nie podobało?

Bohaterowie! Rany Julek, oni mają emocjonalną biegunkę! Z jednej emocji do drugiej przeskakują, jakby jakieś spięcie w mózgu przełączało ich na nowe ścieżki. Tak mogą się zachowywać młodsze nastolatki, owszem. Kiedy hormony opływają mózg dokładnie z tym mamy do czynienia, ale tu mamy do czynienia z dorosłymi mężczyznami i kobietami!

„- Colin, zwariowałeś?! Popieprzyło cię?! Chcesz mnie zabić?! Kurwa! Chłopie! Nie wierzę! Co się z tobą dzieje, do jasnej cholery? Zablokowałeś mi dostęp do swojego domu. Nie chciałeś wczoraj przyjechać, a wszystko było uzgodnione. Nie odbierasz telefonów, ani nie odpowiadasz na wiadomości. Kurwa, co się dzieje?! – krzyczał wzburzony. Po chwili jednak się uspokoił i usiadł w ratanowym fotelu na tarasie”. [s. 50]

W książce jeszcze kilka razy miałam do czynienia z sytuacją, gdy zastanawiam się, jak można przejść od jednej emocji do innej, w tak krótkim czasie?

Przyszła mi do głowy taka interpretacja, korzystna dla Elizabeth Smal i jej książki: może autorka podkreśla to, co z naszą psychiką robi technologia i nieustanne podpięcie do różnych feedów informacji? Mamy skrócony attention span, emocje wybuchają i gasną szybciej, ale są płytsze? Nie wiem, to byłoby jakieś wyjaśnienie tego emocjonalnego rozdygotania, jeśli jest jednak nadinterpretacją, to trudno, mogę z tym żyć.

Nie podoba mi się wysilony dydaktyzm narratora.

Dostajemy miedzy innymi coś, co mógłby wygłosić pogrobowiec Hobbesa. No wiecie, że natura to krew i pazury, a ludzie są tylko zwierzętami, które zachowują się, bo muszą, bo wiąże ich prawo [s. 157]. Zgrzytnęłam zębami.

Narrator daje nam poznać dokumenty zebrane przez jednego z bohaterów, Colina, a mówiące o rozwoju osobowości. [s. 124-128]. Komentarz jego przyjaciela, Johna, jest następujący „Nie przypuszczał, że Colin tak mocno zagłębił się w ten temat” [s. 128]. Mam złą informację: to żadne zagłębianie się, tylko komunały.

Nie podoba mi się brak wewnętrznej logiki w podejściu do robotów i AI. Używanie w stosunku do nich kategorii moralnych i etycznych zarezerwowanych dla ludzi wydaje mi się nieodpowiednie, zgrzyta mi to niesamowicie. Jak można stawiać robotom bojowym zarzut bycia zimnymi, bezdusznymi […] bez empatii i moralności, wykonującymi zadania zgodnie z zapisanych w nich programem. [omówienie, nie dosłowny cytat, s. 97]

Halooo! Roboty! To są roboty! Takie są! Nie słyszę narzekań na brat etyki komórki, na brak moralności komputera, na brak empatii samochodu. Irytuję się, bo to duży zgrzyt.

Co jeszcze?

Nie podoba mi się powtarzanie w kółko rzeczy ewidentnych i wcale nie tak trudnych do pojęcia, jak na przykład, że jedzenie jest z drukarek. W ogóle informację pojawiają się po kilka razy. Bohaterowie opowiadają sobie coś, czego byli świadkami. Mówią „muszę iść” a ktoś odpowiada „przecież już musisz iść”. I tak dalej. Ech.

Czas akcji mi się nie schodzi, ale przyznaję, że nie przeczytałam książki z ołówkiem w ręku i nie policzyłam dokładnie, ile trwa akcja. Ale nie sądzę, żeby od jej zawiązania do końca upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby dokonać odkrycia, które ułatwi operację walki z przypadłościami ludzkiej psychiki, wymyślenie całej akcji, wprowadzenie jej w życie i potem…. No, bez spoilerów. Nie wydaje mi się, ale dopuszczam, że się mylę, bo opieram się na wrażeniach. Jak mówię, akcja rozwija się szybko.

Teraz wreszcie ta ironia.

Wiecie, kwestie wychowania i kształtowania osobowości, napięcie między nature/nurture są kluczem do zrozumienia tej powieści. Wychowanie i jego wpływ na ludzi.

Bohaterowie wcześnie zgadzają się z sobą co do jednego: wszystko zaczyna się w domu, wszystkie późniejsze złe/dobre wybory mają źródło w wychowaniu. To podejście będzie mieć poważne konsekwencje, ale nie o nich tutaj.

Otóż dwaj bohaterowie, Colin i John odbywają następującą rozmowę:

„- […] A taki mały brzdąc, co on może wiedzieć? Dorośli powinni go przygotować. Uodpornić na stres. Pokazać, że są granice, porażki i wzloty.
– A nie tylko sielanka – dokończył John – Żadnej odpowiedzialności, żadnych konsekwencji. Życie jest twarde. Musimy być przygotowani od małego.
– Tak. Tak powinno być – zgodził się Colin – A nie potem ganiają takie małolaty i myślą, że im wszystko wolno. […]
– Kiedyś było inaczej – zaczął wspominać John – Pamiętasz, jak paliliśmy papierosy w ukryciu przed rodzicami? Jak byliśmy wyrostkami?
– Pamiętam – przytaknął Colin.
– Złapał nas na tym sąsiad. Nawet nie wołał naszych rodziców. Po prostu złapał kawałek gałęzi i zlał nas po tyłkach.
[…] – Ale wyszliśmy na ludzi. Nikt nas nie katował. A przetrzepanie tyłka w słusznej sprawie nam nie zaszkodziło” [s. 26-27]

Skróciłam ten dialog, ale nie wykrzywiłam znaczeń. I mam WTF. Padłam ofiarą ironii, czy nie? Autorka tak poważnie? Serio???
Jesli tak… Nie, no pięknie i anachronicznie.

Obaj bohaterowie są tuż po trzydziestce, nie wiem, jak bardzo w przyszłości rozgrywa się akcja „Złote klatki” Elizabeth Smal, ale i tak… anachronicznie.

Druga sytuacja, w której chyba mam do czynienia z ironią jest następująca: jeden z bohaterów idzie na hamburgera, autorka powtarza nam oczywiście, ze jedzenie jest drukowane, ok, nie o to mi chodzi. Otóż John ma taki proces myślowy:

„Przypomniał sobie prawdziwe mięso z czasów dzieciństwa. Mimo że to, które obecnie było produkowane w laboratoriach z komórek macierzystych zwierzęcia, w smaku nie różniło się od prawdziwego, to jednak świadomość jedzenia czegoś sztucznie wyhodowanego zawsze pozostawała w jego podświadomości”. [s. 262]

I znowu nie wiem, czy to ironia, czy nie? W „mojej podświadomości” zostaje raczej zostaje wiedza, że jakieś zwierzę jest hodowane w strasznych warunkach, a następnie zabijane tylko po to, żeby znaleźć się na moim talerzu. Moim i moich bliźnich. To jest dopiero mindfuck, nie hodowla karkówki na szkiełku.

Trzecia zagwozdka. Na końcu książki autorka serwuje nam zasady Metody Montessori. Jest to tak z… czapy, tak kontekstowo źle umocowane, że zastanawiam się, czy te wspaniałe zasady mają zostać tu podkreślone czy wręcz przeciwnie.

Ogólnie?
Warto. „Złote klatki” Elizabeth Smal warto przeczytać, choćby tylko po to, żeby wejść z nimi w gorący spór.

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *