Skip to content

„Ziemia nieświęta” Grzegorza Gajka, czyli na każdej ścieżce czyha strach

Last updated on 9 września 2020

„Gdzieś w oddali słychać było dudnienie licznych kopyt. Spośród obleczonych w koronki pajęczyn gałęzi wyzierało nienaturalnie wielkie i jasne oko księżyca. Witchdoctor wstał. Między drzewami majaczyły sylwetki duchów – nieskończony korowód, przeszłość, przyszłość. Los. Jego los. Czarownik zamknął oczy i zobaczył ścieżki. Niezliczoną liczbę ścieżek”.

Horror. Jesteśmy w świecie, pod którego powierzchnią czai się groza

„Ziemia nieświęta” Grzegorza Gajka jest dobrym pomieszaniem horroru, powieści gotyckiej, urban fantasy, dark fantasy z domieszką powieści rozliczeniowej. Jest postmodernistycznym odwołaniem do kultury wysokiej i do tej – zdecydowanie niskiej. Jest powieścią, którą przeczytałam za jednym zamachem i – prawie – jednym tchem.

To „prawie” wyjaśnię na końcu wpisu, w miejscu, gdzie zwykle mówię o tym, co mi się nie podoba.

A sama książka, podobała mi się?

No tak, podobała się! Nawet bardzo.

  • Jak w każdej dobrej fantasy mamy walkę dobra ze złem w skali wręcz globalnej, ale na tym etapie skupionej w Warszawie, tytułowej „ziemi nieświętej”.
  • Jak w każdym horrorze mamy upiory, trupy (mnóstwo), rytuały, faceta z brzytwą, wnętrzności i juchę.
  • Jak w każdym thillerze mamy gorączkową akcję, walkę z czasem i nadzieję, że bohaterom się uda.
  • Jak w każdej dobrej powieści rozliczeniowej mamy gorzkie i prawdziwe uwagi o „ważnym momencie historycznym”, w tym przypadku – o Powstaniu Warszawskim.

Mamy przede wszystkim rzeczywistość, w której nasze „tu” jest bardzo blisko „drugiej strony”, a to, co z tamtej strony do nas przychodzi, niekoniecznie jest dobre. Delikatnie powiedziane.

Trójka ludzkich bohaterów…

„Ziemi nieświętej” Grzegorza Gajka to Marianna, Aleksander (Aleks) i Ewelina Wernerowie. Dziennikarka/nauczycielka, pisarz i pracownica korporacji.

Mamy także dwójkę protagonistów, stojących po dwóch stronach barykady: Desmond Mack (z pomocnikiem, Andrzejem) i Michał Rakorzyc, Witchdoctor.

Zaświaty, które mają swój przyczółek pod mostem Poniatowskiego, pęcznieją i zdają się rozlewać na Warszawę, w której są miejsca grozy – jak klub pod mostem, i są miejsca twórczej mocy – jak tajemniczy ogród na Starówce.

Inna strona rzeczywistości w każdej chwili może się zmaterializować i zaznaczyć krwią jakiś teren. Pozornie normalny. Pozornie – bo normalności nie ma, są tylko miejsca, z których łatwiej przeskoczyć na drugą stronę.

Mamy do czynienia z rozpaczliwymi próbami zatrzymania pradawnego rytuału, który chce dopełnić Desmond i równie rozpaczliwymi usiłowaniami ocalenia zdrowych zmysłów Witchdoctora, który słyszy głosy wszystkich tych, którym pomógł, naruszając tkankę równowagi Wszechświata.

Desmond chce rzezi i zniszczenia. Witchdoctor powinien mu w tym przeszkodzić. Czy mu się to uda? I kto ocaleje?

Coż – przeczytajcie, bo warto.

Czytanie to – w pełnym tego słowa znaczeniu – straszna zabawa

Jednocześnie i strach, i zabawa.

Aleks, który jest pisarzem, tworzy swoją drugą powieść. Osadza ją w czasach Powstania Warszawskiego i wśród bohaterów umieszcza nawet K. K. Baczyńskiego. Główną postacią jest jednak Brzytwa, który swój pseudonim zawdzięcza umiejętności i chęci posługiwania się tym narzędziem.

Podobno Brzytwa umarł, ale żyje i dalej zabija. Czy da się to sprawdzić?

Ciekawe jest to, że nie dość, że „zaświaty” zdają się rozlewać na całą rzeczywistość, to jeszcze powieść Aleksa robi to samo. Rzeczywistość, nierzeczywistość i powieść nakładają się na siebie tworząc skomplikowaną i przerażającą łamigłówkę, w której Marianna, Aleks i Ewelina zdają się być zatrzaśnięci. Jak mówi narrator, jest w książce, którą tworzy młody Werner (swoją drogą jakże to podobne nazwisko do imienia Werter, prawda? Tylko Lotty brak, niestety)

„strach Aleksa. Małego Aleksa zagubionego w odmętach własnej wyobraźni”.

Czytelnik gubi się, jest zwodzony, wciągany w mroczne zaułki, tu narracja, tu sen, tu zaświaty, tu „rzeczywistość”. Wszystko straszne.

Akcja goni akcję

Wiecie, jak to jest: ucieka się z jednego koszmaru, wpada się w inny, a wszystkie te złe sny są twoje własne. Czy da się uciec przed takim rodzajem strachu? Przed tym, który hoduje się we własnej głowie? Pewnie nie, ale kto przestaje uciekać?

„- No wiesz, zakręcona fabuła, artystyczna struktura akcji… Taki Antonioni na papierze. Fabularne ślepe zaułki, przenikające się plany czasowe, pozorni narratorzy…”

Tak charakteryzuje pisaną przez siebie powieść Aleks i tak można scharakteryzować „Ziemię nieświętą” Grzegorza Gajka. Taka właśnie jest tak książka. Obraz goni obraz, sytuacja – sytuację. Raz mamy do czynienia z naszą, ludzką rzeczywistością, to znów przeskakujemy na jej drugą stronę, gdzie na polanie stoi rosochata wierzba, która z brzucha wypluwa zniekształcony płód.

No właśnie! Nawiązania!

Nie wiem, jak innym czytającym, ale mnie ta wierzba skojarzyła się z Tolkienem, a ja nie z tych, którym się wszystko z nim kojarzy, o nie.

Jest w „Ziemi nieświętej” Grzegorza Gajka mnóstwo smaczków. Są fragmenty popowych hitów, które tu i ówdzie wyzierają ze zgrabnie napisanych zdań, jest Rom mówiący Norwidem, jest prawie-polonez jak z „Kamieni na szaniec”, ale taki… zatrzymany, niedoszły, są aluzje literackie, i do wysokiej (Mistrz i Małgorzata), i do niskiej literatury (Zmierzch). Są obrazy, jak z filmów – i to bardzo konkretnych. Są miejsca rzeczywiście istniejące i takie, których na mapie Warszawy nie uświadczysz.

Jest „Ziemia nieświęta” Grzegorza Gajka książką erudycyjną – co do tego nie mam wątpliwości.

Język – interesujący!

„Tętniło. Tętniło, jak krew, jak krew w nim, w skroniach, w uszach, w oczach.
[…] Jej usta. Jej wargi, zęby. Jej usta, uciekają, chłodny język w dół, w dół, w dół, jej usta, jej zęby pożerają go. Jęknął, musnął dłońmi jej ramiona – nagie, nagie – kiedy zsunęła sukienkę? […] Wstała, dosiadła go. Była gorąca, mokra, parna. Parna jak ogród. Nabrzmiała. Otwarta jak pąki kwiatów. Tętniła. Tętniła. Jak krew”.

Czujecie ten rytm słów? Jakby wybijany przez galopujące serce. Bardzo dobry kawałek prozy. Bardzo dobry.

Poprzez język mamy dostęp do psychiki bohaterów. Jest taki moment, w czasie balu u Desmonda, gdy Aleks patrzy na gości. „Goście zlewali się ze sobą”, nic tylko „wyperfumowane ciała”. Osobniki/osoby zaczął Aleks widzieć dopiero po dużej bani. Wtedy stają się oni dla niego „gośćmi”, a szczególnie „kobietami”.

Niektóre z postaci przedstawiane/wprowadzane są z imienia lub nazwiska (Aleks, Andrzej, Marianna, itp) inni – jak Renegat czy Witchdoctor są zwykle przedstawiani za pośrednictwem pełnionej przez nich roli. Demond jest z kolei pseudonimem, za pomocą którego objawia się i bluesman, i pewien Anglik, i …

Nie! Wystarczy. Powiedzieć więcej to byłby już spoiler.
Zwracam uwagę na język, bo zachęcam do uważnego czytania „Ziemi nieświętej” Grzegorza Gajka i do smakowania jej.

Minusy?

No tak.

Bardziej przekonują mnie fragmenty narracji niż dialogi. Zwłaszcza w dialogach Desmonda i Andrzeja coś mi nie pasowało i coś mnie językowo uwierało. Jest w nich jakaś odczuwalna sztuczność, której w innych partiach książki nie ma. To był także moment, w którym chciałam odłożyć książkę, bo – paradoksalnie – siadło napięcie. Dziwne.

Scena balu, która bardzo mi się kojarzyła z Bułhakowem, zapowiadała się na coś wow, tymczasem zostawiła mnie z niedosytem. Jakby miała odciągnąć moją uwagę od innych rzeczy, ważniejszych…

Bohaterowie – w horrorze warto kogoś lubić, żeby bać się razem z nim, lub warto podziwiać „złego”, z racji ogromu potworności, które wyrządza. Tu nie mam ani jednego, ani drugiego. Nadużywając „ani” powiem, że ani mnie ziębią, ani grzeją. Pewnie, że im kibicuję, ale to z przyzwyczajenia raczej.

Teraz będzie spoiler!

No i jakoś nie kupuję tego, że Desmond porzuca plan i zaczyna bawić się w ponurego żniwiarza na masową skalę wcześniej niż planował, a wszystko to ze względu na śmierć Andrzeja. Nie przekonuje mnie to. Nie widzę tego, nie czuję. W warstwie intelektualnej jest to dobrze pomyślane, autor nie dopiął tego w warstwie emocjonalnej. Szkoda.

„Ziemia nieświęta” Grzegorza Gajka – bardzo dobra książka dla lubiących się bać!

Tak się składa, że do miejsc opisanych w książce (Miodowa, pomnik Nike, Nowe i Stare Miasto) mam rzut beretem. Jakoś inaczej patrzę na nie po lekturze „Ziemi nieświętej”. Szukam cieni, które budzi Desmond, a które widzi Witchdoctor.

Macie ochotę na dreszczyk? To polecam „Ziemię nieświętą” Grzegorza Gajka

aaa…. zwróćcie uwagę na motyw zielonych oczu. Jest bardzo, ale to bardzo niepokojący. Któż je bowiem ma? Nic więcej nie powiem. 🤐

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *