Skip to content

„Wyprawy krzyżowe w oczach Arabów” Amina Maaloufa. Czyli nic dodawać nie trzeba, prawda?

„Mieszkańców ziemi można podzielić dwojako,

Na tych, co mają rozum, lecz brak im wiary,

I na tych, co mają wiarę, lecz brak im rozumu” Abu al-Al Marri [s.51]

Na początku była obawa

Podchodziłam do tej pozycji z niezwykłą ostrożnością. Nie, nie dlatego, że na krucjaty patrzy nie z „naszej” perspektywy. W końcu po to po nią sięgnęłam, żeby wyjść z własnego paradygmatu.

Obawiałam się, co i jak może napisać Maalouf

Wiecie… pisarz zawsze ma ochotę podkoloryzować, podkreślić, uwypuklić. Zsubiektywizować. Zawsze, to – choroba jakby to powiedzieć? – skaza. Jakby rzeczywistość nigdy nie była wystarczająco fascynująca i piękna, jakby trzeba było ją „konturować”. Dlatego sięgam prawie wyłącznie po pozycje popularyzatorskie stworzone przez naukowców (tak, wiem – oni też nie są obiektywni, ale biorę to, co jest najbliżej „idealnej obiektywności” i sama zdaję sobie sprawę, żejestem nieobiektywna)

Kim jest Maalouf?

Kilka zdań wprowadzenia dla tych, którzy nigdy nie spotkali się z tym pisarzem i dziennikarzem (a polecam jego „Samarkandę”, może zresztą o niej napiszę…?)

Maalouf urodził się w Bejtucie, dzieciństwo spędził w Egipcie, chodził do jezuickiej szkoły, studiował socjologię i ekonomię w Bejrucie. Karierę dziennikarską zaczął w dzienniku An-Nahar. Kiedy wybuchła wojna domowa, wyjechał do Francji. Tam zaczął pracę w czasopismach ekonomicznych i został redaktorem miesięcznika Jeune Afrique (nie wiem, jaki poziom prezentowało w czasach Maaloufa, kiedy ja je czytywałam, było koszmarne).

Zaczyna publikować w latach 80. I pierwszym wydanym dziełem, esejem, są właśnie „Wyprawy krzyżowe w oczach Arabów”. Później przychodzi „Leon Afrykański” i kolejne powieści, w tym „La Rocher de Tanios”, za którą dostał Goncourtów w 1993 i którą wydano po polsku.

Maalouf w wywiadach, których udziela, przyznaje się do swoich fascynacji literackich i wymienia pisarzy, którzy mają wpływ na jego twórczość. Tołstoj, Mann, Camus, Yourcenar, Zweig. Godne uwagi, prawda?

O czym pisze? Jednym zdaniem: o poruszaniu się pomiędzy kulturami i zwyczajami. O tym, jak zmieniamy się, kiedy wkraczamy z jednego kraju do innego, gdy zakorzeniamy się w innej cywilizacji i zaczynamy porozumiewać się innym językiem.

A, byłabym zapomniała: w 2011 znalazł się w Akademii, gdzie „zajął miejsce” Claude Levi-Straussa, więc wiecie, to pisarz przez wielkie „P”.

Dlatego właśnie obawiałam się „Wypraw krzyżowych w oczach Arabów”

W końcu „nic dobrego nie może przyjść z Galilei” 😉 i niewiele konkretów może mi podać pisarz, który postanowił zająć się historią, prawda?

Nie. „Wyprawy krzyżowe w oczach Arabów” Maaloufa to po porządna książka

Może nie zostanie moją ulubioną pozycją, ale jest rzetelna, dobrze udokumentowana, zakotwiczona w dokumentach, a autor nie „odlatuje”, tylko trzyma się faktów.

Wiecie, jakie to orzeźwiające, zobaczyć najbardziej oklepane i spopularyzowane wydarzenia historyczne, przynależące do europejskiej mitologii oczami tej „drugiej strony”? I nie mówię tylko o rzezi Jerozolimy i rzekach krwi, które płynęły wąskimi uliczkami Świętego Miasta, kiedy chrześcijańscy wyzwoliciele dorwali się do cywilów. No właśnie.

Co znajdziemy w książce Maaloufa?

Przepuszczone przez filtr świadectwa kronikarzy i historyków arabskich z okresu krucjat. Listy, oceny wydarzeń, opisy zachowań obu stron. A, i ważna uwaga: to co po naszej stronie Morza Śródziemnego jest „krucjatą” czy „wyprawą krzyżową” w dziejopisarstwie i historii pisanej w języku arabskim jest „najazdem Franków” lub częściej po prostu „wojną”. Słowa kreują rzeczywistość.

Swoją opowieść o najazdach Franków rozpoczyna Amin Maalouf w roku 1096, kończy prawie dwa stulecia później, w 1291.

Zaczyna się, jak u Hitchcocka, trzęsieniem ziemi, czyli absolutnym zdziwieniem i niezrozumieniem tego, co się zaczyna dziać. Co ci Frankowie wyrabiają? Czego chcą? Autor przytacza obszerne fragmenty kronik, pokazując oburzenie i przerażenie świata muzułmańskiego, jakie wywołał najazd na ziemie, które muzułmanie uważali za swoje.

„Każdy człowiek, który dobrze poznał Franków, będzie tylko wysławiał Allaha Najwyższego i święcił imię jego. Bo zobaczył on w nich tylko zwierzęta, obdarzone cnotą dzielności i odwagi w walce i niczym więcej; podobnie jak zwierzęta odznaczają się oni siłą i odwagą”. [s. 53]

 

„Obraz przedstawiony sułtanowi (Kilicz Arslan, władca Nikei, dopisek ML) przez jego szpiegów wprawia władcę w zakłopotanie. Przybysze z Zachodu w niewielkim stopniu przypominają najemnych żołnierzy, z których wyglądem zdążył się oswoić. Oprócz bowiem kilkuset rycerzy i sporej liczby uzbrojonych pieszych są wśród nich tysiące kobiet, dzieci i niedołężnych starców; można by pomyśleć, że to wypędzone ze swych ziem plemię, które tuła się po świecie. I wszyscy oni, jak powiadają, mają naszyte na plecach łaty w kształcie krzyża…” [s. 19]

 

„Macie czelność siedzieć tu z założonymi rękami, w błogim cieniu bezpieczeństwa, jak beztroskie kwiaty w ogrodzie, podczas gdy waszym braciom w Syrii muszą wystarczyć siodła wielbłądów i trzewia jastrzębi? Czy wiecie, ile krwi przelano? Ile pięknych dziewcząt musi wstydliwie ukrywać w dłoniach swe twarzyczki? Czy waleczni Arabowie przełkną tę obelgę, czy mężni Persowie pozwolą się znieważać?” [s. 9] – to Abu Sad al-Harawi, który stawia na baczność dwór kalifa Al-Mustazhira.

Ładnie to robi, prawda? Odwołuje się do wszystkich podstawowych uczuć!

Dostajemy opis potyczek, bitew, poznajemy zakamarki polityki wewnętrznej ówczesnego świata islamu. Zachodnia historiografia dokładnie już opisała stosunki jakie łączyły/dzieliły dowódców poszczególnych wypraw krzyżowych, układy między rycerzami z łacińskiej części Europy i Bizancjum, kwestie polityczne i wzajemne niechęci wśród rycerstwa.

Dzięki Maaloufowi przekonuję się, że świat islamu był podobnie podzielony. Nacje, klany, nienawiści, rywalizacje – to samo, co uniemożliwiało Frankom skuteczne zarządzanie ziemiami zajętymi w czasie podboju, znacząco utrudniało muzułmanom skuteczne stawienie czoła najeźdźcom, przynajmniej w początkowym etapie walk. Przywiązanie do partykularyzmów i przedkładanie własnego interesu ponad dobro wspólne nie są cechą współczesności i naszej kultury.

Poznając historię, nabiera się dystansu do „dzisiaj”

Pewne sprawy są po prostu ludzkie. Kropka.

Maalouf opisuje bohaterów, zdrajców, tchórzy i ludzi, którzy byli wszystkim tym po trosze, jak na przykład Jaghi Sijan, dowódca obrony Antiochii.

Jaghi Sijan bronił swojego miasta – z sukcesem i mądrze – przez prawie 200 dni, aż w końcu przyszedł dzień, gdy miasto upadło. Historia mówi, że stało się tak, bo Antiochię zdradził pewien płatnerz, który chciał się zemścić na dowódcy, za wyrok, z którym się nie zgadzał.

Pewnej nocy dowódca usłyszał hałas dochodzący z jednej z wielu wieżyc Antiochii. Wiedział, że Frankowie znaleźli się w jego ukochanym mieście. Coś w nim wtedy pękło i – zamiast otoczyć intruzów i ratować powierzone mu miasto i mieszkańców – Jaghi Sijan uciekł. Jeden z dziejopisarzy notuje, że niedługo później:

„Zaczął płakać, że porzucił swoją rodzinę, swych synów i muzułmanów, i z tej boleści spadł nieprzytomny z konia. Jego towarzysze próbowali go podnieść, ale nie mógł utrzymać się na nogach. Był umierający. Zostawili go więc i oddalili się. A przechodził tamtędy pewien ormiański drwal, który go rozpoznał. Uciął mu głowę i zaniósł Frankom do Antiochii” [s. 46]

Wstrząsający obraz załamania człowieka, który umiał planować, walczyć i inspirować. Głęboko ludzki. Cóż, jak pisał Ma’arrat an-Numan:

„Przemiany losu niszczą wszystkich ludzi, niczym szklane naczynia, których nikt nie sklei”. [s. 52]

Wrogowie i przeciwnicy

W cytacie, przytoczonym wyżej, jeden z muzułmańskich kronikarzy nazywa Franków „dzielnymi zwierzętami”. Czy ma rację? W końcu często zdarzało się w tamtych czasach (i nie tylko), że żołnierzy „ponosiło”, że stres pola walki był tak wielki, że późniejsze rzezie były erupcją tego potwornego napięcia. Czy zatem rzeź Jerozolimy była ewenementem i tak możemy ją sobie tłumaczyć, próbując dzielnych krzyżowców rozgrzeszyć?

Nie.

Słyszeliście kiedyś, w kontekście krucjat, o mieście Ma’arrat an-Numan? Nie? Ja także nie. Tymczasem to niewielkie miasto, które ani nie broniło się nazbyt długo, ani specjalnie bohatersko, stało się miejscem, gdzie rozegrała się jedna z większych tragedii tamtych czasów. „Normalna” rzeź ludności była tylko początkiem.

Oddaję głos Radulfowi z Caen, Albertowi z Akwizgranu i samym dowódcom krzyżowców, którzy tłumaczą się z zachowania swoich rycerzy papieżowi:

„W Ma’arrat an-Numan nasi gotowali dorosłych pogan w kotłach, a dzieci nadziewali na rożny i pożerali upieczone” [s.53]

„Straszliwy głód dokuczał armii w Ma’arrat i doprowadził do tego, że z okrutnej konieczności żywiono się trupami Saracenów” [s. 54].

„Nasi nie wzdragali się przed zjadaniem nie tylko zabitych Turków i Saracenów, ale nawet psów!” [ibidem]

Tak to zostawię.

Polityka zawsze jest fascynująca

Polityka jest jedną z tych rzeczy, na które zawsze można liczyć. Zawsze. Jeśli widzisz, że coś można było zrobić, a jednak tego nie zrobiono i zaprzepaszczono przez to  szansę dziejową i zastanawiasz się „why”, to odpowiedź zwykle brzmi: głupota lub polityka. Nieodmiennie. Sytuacje, w których odpowiedź jest inna, można policzyć na palcach u jednej ręki.

Czy Bagdad od razu zareagował na to, że ziemie muzułmańskie zostały zaatakowane? Czy podjął adekwatne działania? Nie. Dlaczego? Polityka.

Czy świat islamu zjednoczył się, żeby pozbyć się najeźdźców? Nie. Wiele razy mniejsi i więksi dowódcy muzułmańscy sprzymierzali się z krzyżowcami i walczyli z własnymi pobratymcami. Polityka czy głupota?

Przenieśmy się zatem do roku 1102, w czasy po bitwie pod ar-Ramlą. W maju tegoż roku wojska Baldwina I zostały rozbite przez Szarafa al-Ma’alego, syna jednego z fatymidzkich wezyrów, a sam król Baldwin musiał uciekać i ledwie uszedł z życiem. Spora armia Fatymidów ma szansę po prostu odbić Jerozolimę i zakończyć istnienie królestwa Franków.

Czy tak się stało? Jak wiemy z historii –  nie. Dlaczego? Bo w jednym miejscu spotkały się głupota i polityka. Kronikarz Ibn al-Asir tak pisze o tym wydarzeniu:

„Ludzie Szarafa się podzielili. Jedni mówili „chodźmy na Jerozolimę!”. Drudzy mówili „Lepiej weźmy Jafę!” Szaraf nie umiał się zdecydować. Kiedy tak się wahał, Frankowie otrzymali posiłki z morza i Szaraf musiał wracać do swego ojca w Egipcie”. [s. 81]

Jerozolima pozostała w rękach chrześcijan jeszcze dwie setki lat.

No dobrze, wystarczy tych cytatów i opisów. Najlepsze części, te dotyczącą Saladyna i wyrzucenia Franków, zostawiam nieomówioną 😁.

Akcenty

Maalouf rysując dwa burzliwe stulecia intensywnych i bezpośrednich starć Zachodu i muzułmanów pokazuje, że początkowa wygrana Franków wcale nie była takim zaskoczeniem, a końcowe zwycięstwo islamu nie było takim sukcesem, jak by się to wydawało. Czytajmy jego książkę uważnie: większość wodzów i książąt to nie Arabowie, tylko Kurdowie, Turcy, Egipcjanie. Kronikarze to Persowie, Syryjczycy, Afgańczycy, Turcy. Gdzie są owi Arabowie? No właśnie…

Widać także kolejną rzecz, systemową: jedyną instytucją, łączącą islam był kalifat, już wtedy słabnący i rozdzierany sporami wewnętrznymi! Zresztą kalifat nigdy nie wytworzył przyzwoitej biurokracji ani instytucji, które byłyby w stanie skutecznie zarządzać tak rozciągniętym przestrzennie i skomplikowanym tworem.

To jest coś, co ułatwi rozwój i późniejszą ekspansję krajom Zachodu: wytworzenie zobiektywizowanego, hierarchicznego i opartego na biurokracji porządku prawnego.

Islam z XI i XII wieku, oraz z wieków późniejszych, nie potrafił niestety podążać drogą wyznaczoną przez przysłowie, które Maalouf przytacza:

„Obejmij ramię, którego nie możesz obciąć, i módl się, aby obciął jej Bóg”.

To właśnie zrobił Zachód. „Objął” kulturę i cywilizację islamu, jego medycynę, matematykę, filozofię, przyswoił zachowane dzieła „pogańskich” Greków i nie obawiał się użyć tego jako paliwa do swojej transformacji. Resztę zrobiła inercja lub – jak kto woli – Bóg.

Ogromny plus „Wypraw krzyżowych w oczach Arabów” Amina Maaloufa to…

Język!

Nie są to wykłady, nie jest to podręcznik, nie jest to monografia. To esej. Maalouf nie musi być obiektywny, nawet nie chce taki być. Pokazuje, skąd – jego zdaniem – wziął się rozłam między światem chrześcijańskim a muzułmańskim, którego konsekwencje odczuwamy po dziś dzień. Maalouf wskazuje na decyzje, zaniedbania, na zaślepienie po obu stronach.

Widać w tej książce erudycję autora, widać jak pięknie czerpie tradycji arabskiej i muzułmańskiej. Nie obawia się poezji, pytań retorycznych, dramatycznych zwrotów akcji. Nie jest gawędziarzem, jest kimś, kogo historia wciągnęła i kto chciałby ją zrozumieć i to zrozumienie nam ułatwić.

Maalouf ani sam nie stawia się na piedestale, ani na nim nie ustawia swoich bohaterów. Pokazuje to co brudne, złe, głupie i śmieszne, nie zapomina o wzniosłym i mądrym.

„Wyprawy krzyżowe w oczach Arabów” Amina Maaloufa nie są książką wybitną. Nie dałabym się za nią posiekać, nie zarwałabym przez nią nocy, ale – kurczę – to otwierająca oczy lektura, po którą warto sięgnąć.

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *