Skip to content

„Wrzenie. Francja na krawędzi” Anny Pamuły, czyli – bez uproszczeń…

Last updated on 16 października 2020

„Mam siedmiu braci: dwóch to salafici, jeden jest Świadkiem Jehowy, dwóch głosuje na Front Narodowy. Zupełnie zwyczajna z nas francuska rodzina XXI wieku”

Czytałabym „Wrzenie. Francja na krawędzi” jako doskonale napisany reportaż o problemach, o których mówi się od dawna, gdyby nie jedno zdanie, które spadło na mnie i czaiło się prawie na końcu książki, albo – mówiąc precyzyjniej – blisko jej końca.

To jedno małe zdanie sprawiło, że książka przestała być dla mnie zabawą intelektualną,

… dotyczącą sytuacji społecznej w kraju, który nawet lubię, ale z którym nie posiadam jednakowoż przesadnych związków, a zaczęła być kwestią o wiele bardziej osobistą. Dotykającą mojego tu-i-teraz.

„To, co się dzieje, jest winą braku edukacji. Francji nie udało się nauczyć swoich obywateli tolerancji i otwartości. Nie zadbali o ich dusze”.


Mocne słowa, prawda?

Jeśli Francja, z jej republikańską tradycją, nie zadbała o edukację, o „duszę” swoich obywateli, to jak można ocenić to, co zrobiliśmy my, Polacy? Polska? Tak, to pytanie retoryczne, ale proszę, nie uciekajmy od niego, bo inaczej w życiu nie skonfrontujemy się z tym, co się dzieje u nas.

No dobrze. Wróćmy do „Wrzenia” Anny Pamuły

Tak reklamuje książkę – za pośrednictwem słów napisanych przez Cezarego Łazarewicza – Wydawnictwo Agora:

To nie jest przyjemna lektura, bo Anna Pamuła prowadzi nas poza granicę komfortu, aż do jądra ciemności. Będziecie siedzieć w ławce z małymi muzułmanami, którzy nienawidzą Francji, drżeć o los Véronique, której syn związał się z ISIS, uciekać z Fantą z Republiki Mali od złego męża i zwiedzać z Ibrahimem najniebezpieczniejsze miejsce we Francji – muzułmańskie getto w 93. departamencie Paryża. Będziecie ginąć z żydowskimi dziećmi z Tuluzy, towarzyszyć małej Amal, którą mama wywiezie do Senegalu na wakacje, by tam ją obrzezać żyletką. Jedno jest pewne: ta książka nie pozostawi Was obojętnymi.

„Wrzenie” zaiste nie pozostawia…

Uwaga, to nie jest książka o tym, co dzieje się we Francji na linii: dzieci/wnukowie imigrantów z byłych francuskich kolonii, nie jest to jedynie opowieść o dzielnicach, które płoną co pewien czas.

Jeśli tak chcesz ją czytać – upraszczasz i nie potrafisz zobaczyć całości w jej skomplikowaniu. Pamuła nie pisze o frustracji i islamizacji.

To nie są główne tematy jej „Wrzenia. Francji na krawędzi”.

Głównym tematem książki, jak ja go widzę, jest upadek spajającego społeczeństwo mitu państwowotwórczego

A po ludzku – jednej narracji, w którą wszyscy mogliby wierzyć, lub przynajmniej udawać, że wierzą, bo im się to opłaca. Kiedyś takim mitem była laicka i republikańska Francja, która daje równe szanse wszystkim, a o której przyszłość w powojennej, a później jednoczącej się Europie trzeba było zabiegać.

Kiedy już było dostatnio i bezpiecznie, to przesłanie przestało wystarczać, a nowego nie było.

Inaczej – pojawiło się wiele innych, wzajemnie się anihilujących i prowadzących do wykluczenia.

Co jest ciekawe, to fakt, że „wykluczonych” z Francji jest wielu

  • Wykluczeni czują się potomkowie emigrantów, którzy ściągani z kolonii i byłych kolonii w czasie boomu gospodarczego, czuli się wykorzystani i zostawieni samym sobie.
  • Wykluczeni czują się bardzo tradycyjni katolicy, których w „najstarszej córze Kościoła” nie brakuje, a których irytują nie tylko ci, którzy wierzą w inną Istotę Najwyższą, ale i cała ta laickość.
  • Wykluczeni są Żydzi, którym polityka międzynarodowa nie ułatwia życia, ułatwia za to emigrację do Izraela.
  • Wykluczone są ofiary zamachów terrorystycznych popełnianych przez lewicowe bojówki, o których wszyscy już zapomnieli. Przecież, gdy w Europie mówi się „zamach”, każdy myśli „islamiści”, jakby nie było Frakcji Czerwonej Armii i innych jej podobnych.
  • Wykluczone są kobiety, będące drugimi i trzecimi żonami, bo prawo udaje, że ich nie ma, a one same nie mają ochrony.
  • Wykluczeni czują się „rodowici” Francuzi, bo Francja zmienia się zbyt szybko – jak na ich gust – i zdecydowanie niezgodnie z tym, jak oni by ją chcieli widzieć.
  • … tu można wpisać inne, prawie dowolne powody wykluczenia.

Widzicie kłopot?

Każdy może być, może się czuć – wykluczony. Każdy. Ale czy znaczy, że tak faktycznie jest?

Nie wiem, nie znam na tyle Francji, by odpowiedzieć na to pytanie. Co ciekawe – nie odpowiada na nie także – znająca doskonale i kraj, i tematykę – Anna Pamuła.

Autorka „Wrzenia. Francji na krawędzi” dostarcza nam bowiem dane, pozwalając dzięki nim sformułować własną odpowiedź.

„Mój ojciec był skurwielem. Bardzo złym człowiekiem. Co pamiętam z dzieciństwa? Że stoję w ciemnym korytarzu i trzęsę się ze strachu, bo tata goni za moim bratem z siekierą”.

Zapytam bezpośrednio: jakie znaczenie ma kolor skóry czy wyznanie dziecka, które pamięta opisane wyżej traumatyczne wydarzenia? Żadnego, prawda?

To nie jest książka o „młodych byczkach z przedmieść”

To także opowieść o katolikach z Bretanii, którzy zrobią wszystko, by uratować pomnik Jana Pawła II, o wnuczce Le Pena i ludziach głosujących na Front Narodowy, ludziach o przeróżnym pochodzeniu, statusie zawodowym i społecznym, i różnym kolorze skóry, że o wyznaniu nie wspomnę. To historia francuskich Żydów migrujących do Izraela i nie mogących tam osiąść na stałe, bo przecież Francja jest domem…

„W latach trzydziestych nie mówiło się jeszcze o cywilizacji judeochrześcijańskiej. A teraz Zachód koniecznie chce włączyć Żydów w walkę krzyżową z barbarzyńcami z Południa: muzułmanami i Arabami.
– A muzułmanie są nowymi Żydami Europy – kiwa głową Paulinę.
– Ci, którzy przypływają na łodziach do Włoch, są Żydami z początku wieku – kontynuuje Daniel – Tak jak moja rodzina przed wojną, też mają w Europie wujków, ciotki, kuzynów. Tylko trudniej im się tu dostać.
– A francuscy Żydzi uciekają do Izraela – wtrąca Pauline”.

To niełatwa opowieść o XXI wieku, którego pierwsza ćwiartka powoli mija, a do którego w dalszym ciągu się nie przyzwyczailiśmy. Pamiętacie, jak mówiło się, że XIX wiek skończył się w 1914? Tak – moim zdaniem – było.
Kiedy skończy się XX wiek i czym?
Nie wiem.

Ale tak, znajdziecie we „Wrzeniu” Pamuły także historie tych, którzy dołączyli do ISIS i ich rodzin

Ta książka nie unika mówienia o trudnych rzeczach.

„Marzyłam o starszym bracie, który by o mnie dbał, ale dla Sammy’ego najważniejszy był islam. Nigdy nie powiedział, że mnie kocha, więc tej nocy płakałam, bo wiedziałam, że już nigdy nie dowiem się, co tak naprawdę do mnie czuł. Czy byłam dla niego ważna? Czułam się potwornie samotna. Od tej pory nie będę się miała komu zwierzyć. Kto będzie chciał słuchać siostry terrorysty?”

To nie jest prosta lektura

„Słuchałem wczoraj jakiegoś białego Francuza w telewizji, który mówił, że nie chce uchodźców, bo mu pracę zabiorą. I tak sobie pomyślałem, że jeśli imigrant bez żadnych kontaktów, bez forsy, bez doświadczenia i nawet nie znający języka jest w stanie zabrać temu facetowi pracę, to on chyba powinien zmienić zawód”.

Spędziłam cztery lata życia w Tunezji, byłam tam w czasie zamachów 11 września, w czasie wojny w Zatoce. Mam tam znajomych, poznałam wielu ludzi. Wielu. Niektórych lubiłam, innych nie. Poglądy jednych były powodem mojej desperacji, zachowania innych – podziwiałam. Kiedy tam byłam, myślałam, że rozumiem Maghreb.

Gucio prawda. Nie rozumiem. Ale Polski także nie rozumiem.

Rozumiem za to frustrację młodych, którzy urodzili się we Francji, ale których system… przeoczył. Którzy szukają siebie i swojej tożsamości. Nie, nie popieram radykałów. Żadnych, a uwierzcie mi – widzę sporo podobieństw między polskim, ultrakonserwatywnym katolicyzmem i radykalnym francuskim islamem.

Ale staram się rozumieć prawie (prawie!) wszystkich.

Nie trzeba mieszkać w kraju muzułmańskim czy znać osobiście potomków imigrantów z Maghrebu czy Afryki frankofońskiej. Wystarczy dać się pochłonąć książce Anny Pamuły i uważnie czytać te części, w których pozwala mówić Ibrahimowi lub w których autorka o Ibrahimie mówi.

Zróbcie takie doświadczenie myślowe…

Zamieńcie „Ibrahim” na „Sebastian”, „Tahar” na „Szymon” i zróbcie to z każdym innym, obcobrzmiącym imieniem. Moim zdaniem okaże się, że nie dostajecie obrazu straszliwych islamistów spod Paryża, tylko dobrze nam znanych… blokersów. Chłopców z miasta. Takich, jacy wystają pod każdym blokiem czy śmietnikiem i przyglądają się światu spod nisko opuszczonego czoła, wzrokiem spod kaptura bluzy.

Obcość, którą od razu na początku odrzucamy, bo nie jest niczym nam znajomym, nagle obca być przestaje. Jeśli nie mieszkasz na wsi czy na spokojnym przedmieściu, to takich chłopaków zawsze widujesz. Zawsze. Opuszczasz wzrok i przyspieszasz krok.

Czy to Ibrahim, czy Sebastian – nie ma znaczenia.
Rozumiesz?

To teraz usiądź i przeczytaj historię o biciu w domu, o drobnych kradzieżach, o ulicy, która uczy więcej niż szkoła, o nienawiści wobec „psów” i lojalności okazywanej kumplom. O splątanej siatce miłości/nienawiści, jaka wiąże tych młodych ludźmi z ich rodzinami.

Postaraj się nie myśleć schematami

„W głowie kotłowały mi się stereotypowe wyobrażenia, te same, które staram się obalać, pisząc moje reportaże. Ibrahim jest Arabem, wkurzonym, młodym muzułmaninem, który umie się posługiwać bronią… Może to on? Całą noc śledziłam pościg za terrorystą. Dopiero o czwartej rano Ibrahim odpisał na moje esemesy. „Komórka mi się rozładowała, sorry. Nigdzie nie pojechałem, co ty! Na granicy była obława, bałem się, że mnie zatrzymają przez moją arabską gębę”.
Nie powiedziałam mu, o co go podejrzewałam. Było mi wstyd”.

Przyznaję – zrozumienie nie zawsze mi się udaje

Były takie fragmenty książki, przez które ją odkładałam i wracałam do niej dopiero po kilku godzinach, po spacerze lub bieganiu.

Taka była część poświęcona „zamachowcowi z Tuluzy”, Mohamedowi Merahowi, i jego rodzinie.
Poplątane emocje, kłamstwa, półprawdy, krzywda, wina, pytania bez odpowiedzi. Mocny materiał, skrupulatnie zbudowany z fragmentów wiedzy, z akt sprawy, z rozmów ze świadkami.

Czytałam dwa razy, a pytań mam więcej, niż miałam, kiedy tej wiedzy nie posiadałam, a kontentowałam się zaledwie tym, co przeczytałam w necie.

Ale najmocniejszą częścią była ta, poświęcona żeńskiej cyrkumcyzji, obrzezaniu kobiet

Temat ten jest ze mną od bardzo, bardzo dawna.

Pierwszy raz usłyszałam o tych praktykach, kiedy byłam w podstawówce i nauczycielka przeczytała nam o niej reportaż. Potem czytałam o obrzezaniu kobiet sama. Zwyczaj ten jest osią, wokół której będzie się kręcić narracja mojej książki.

Nie wiem, ile jest na świecie bardziej obrzydliwych zwyczajów. Nie mam pojęcia. Rozumiem – są różne kultury, różne zwyczaje. Naprawdę!

Ale nie rozumiem okaleczania dziewczynek, które same takowej decyzji nie są w stanie podejść. Nie rozumiem nie tylko infibulacji, ale także, a może przede wszystkim potrzeby wycinania łechtaczki dwulatce, pięciolatce, sześciolatce, ośmiolatce. W imię sprawienia, by kobieta, która z okaleczonego dziecka wyrośnie „była bardziej posłuszną”.

Myślicie, że to wydumany temat?

to posłuchajcie:

„Na całym świecie jest ponad sto osiemdziesiąt milionów obrzezanych kobiet. 95,8 procent w Egipcie, 91,6 procent w Mali, 72,5 procent w Burkina Faso. Pięćset tysięcy w Europie. Z tego około 50 tysięcy we Francji”.

Nie tylko muzułmańscy rodzice życzą sobie, by ich córki zostały obrzezane. Robią to także chrześcijanie. Dokładnie z tych samych powodów. Bo takie są posłuszniejsze.

z tym Was zostawiam

Kupcie „Wrzenie. Francję na krawędzi” Anny Pamuły i przeczytajcie tę książkę, jako coś więcej niż opowieść o kraju, który sobie nie poradził.

Bo co, my sobie radzimy? Tak myślicie? Z czym sobie radzimy?

 

Published inInspiracje i dezinspiracje, nie tylko literackie

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *