Skip to content

„Wąski pas lądu” Christine Dwyer Hickey, czyli rzecz o niemożności

„Mam wrażenie, że jest najbardziej samotną osobą, jaką kiedykolwiek znałem”. [s.276]

II Wojna Światowa skończyła się niedawno, właśnie zaczęła się wojna koreańska. Na Cape Cod trwa sezon turystyczny. Skończy się po szaleństwie weekendu po Święcie Pracy. Niewielki terytorialnie obszar przyciąga mnóstwo ludzi. Niektórzy przyjeżdżają tylko na urlop, inni mieszkają tu dłużej, jest też kilku stałych mieszkańców, ale oni nie są bohaterami tej opowieści. To „ptaki wędrowne” przyciągają uwagę, bo też są najgłośniejsze.

Christine Dwyer Hickey stworzyła – moim zdaniem – przejmującą powieść o niemożności i ciągłych próbach. Brzmi ogólnikowo? Może, tyle że jej niemożność dotyka praktycznie każdej dziedziny życia emocjonalnego, życia w ogóle.

Niemożność tworzenia

„Nienawidzi tych jałowych dni oraz myśli, że zaraz nastąpi kolejny. Nauczył się już, że ta pora roku to tradycyjna posucha – czas, kiedy należy zaorać leżącą odłogiem ziemię, nim zacznie się nowy siew. Przez ostatnich kilka lat pora sucha coraz bardziej się jednak wydłużała. Jest już prawie koniec lata, lada chwila zacznie się jesień. Wkrótce będzie środek jesieni, a potem koniec. Nastanie zima. Jeśli rozpocznie się i skończy styczeń, minie cały rok bez ani jednej pracy”. [s. 107]

Edward Hopper, jeden z najsławniejszych i najbardziej uznanych malarzy amerykańskich, mieszka na Cape Cod, w niewielkim domku nad plażą. Nie może malować. Chce, ale wszystko co robi, jest nie takie, jak być powinno. Kolory nie takie, światło nie to, postaci nieodpowiednie. Nic, co mogłoby przyciągnąć jego uwagę. A jeśli już coś takiego jest, to nie da się tego złapać. Hopper potrzebuje impulsu, szuka go rozpaczliwie wręcz, a kiedy go znajduje – okazuje się, że jest on ulotny i skazany na zagładę w bardzo dosłownym sensie. Jednak ta niemożność: uchwycenia i posiadania, pomaga malarzowi.
Ależ ja spoileruję i uprzedzam fakty!

Niemożność komunikacji, niemożliwość zrozumienia i porozumienia

„Jak tylko ludzie dowiadywali się, czyją jest żoną, natychmiast tracili zainteresowanie jej osobą. A dlaczego ktokolwiek miałby się właśnie nią interesować, skoro tuż za jej plecami góruje właśnie on? Nawet gdyby okazali się na tyle nieśmiali i nie odważyli z nim porozmawiać, na pewno będą chcieli rozmawiać o nim. I skończyłoby się tak jak zawsze – ona zostanie przewodniczką z pochodnią w dłoni, wskazującą im drogę, kamieniem, który da podparcie ich stopom, by mogli przejść przez wodę. Tym przysłowiowym głupkiem, który wspina się na ogrodzenie sadu, by przynieść jabłka”. [s.50-51]

Jo, żona Hoppera, jest kobietą, której potężne napięcia i konflikty wewnętrzne wyładowują się zwykle w sposób gwałtowny: albo w formie lawiny słów, albo gestów, które przekraczają granicę brutalności. Jo czuje się przysłonięta przez potężną postać męża. Potężną zarówno w formie fizycznej, jak i artystycznej. Reaguje, jak każdą istota przyparta do muru, postawiona pod ścianą: agresją i autoagresją.

Ale jest w Jo więcej niż frustracja niespełnionej i niedocenionej artystki

Jest w niej miłość, którą darzy swojego wielkiego męża, z której wszystko, ale to wszystko wypływa, i te dobre, i te złe rzeczy.
Christine Dwyer Hickey nie maluje romantycznej wizji miłości i małżeństwa. Nie. Pokazuje, jak ludzie, którzy są z sobą latami, potrafią dryfować od okresów ogłuszającej czułości do chłodnej, morderczej wręcz obojętności, po agresję wreszcie. Nie, to nie pastelowa miłość. To taka emocja, jaka bije z większości obrazów Hoppera, chłodna, wyalienowana, rozpaczliwie potrzebująca dotknąć życia i trwać.

I trwa wbrew wszystkiemu. Czy to miłość? Czy coś innego, jakaś forma niezdrowej współzależności? Nie mam pojęcia. On twierdzi, że kocha, a czasem mówi, że nie. Ona mówi, że kocha, a w innym momencie, że nienawidzi. Ale wracają do siebie po każdej z dram na Cap Code, jakby byli samotnymi postaciami z obrazów Hoppera i po prostu nie mieli gdzie iść.

Bezpieczeństwo jako kolejna niemożność

„Przestań mówić o żołnierzach, martwych koniach i strzelaniu. I wszystkich tych podłościach. Tam, dokąd jedziesz, nie było wojny, a przynajmniej na terenie kraju. Nie powinieneś tego ze sobą przywozić.
– Czego przywozić?
– Wojny.
– To śmieszne. Jak mógłbym przywieźć wojnę?
Frau opiekunka podnosi długi palec i stuka go nim w trzy miejsca – czoło, potem brzuch, a następnie serce.
– Zabrać ją z sobą tutaj, i tutaj, i tutaj – wyjaśnia”. [s. 40-41]

Jest inny bohater „Wąskiego pasa lądu”. Niemiecka sierota wojenna, syn żołnierza hitlerowskiego, który znalazł się w USA jako jedna z „sierot Trumana”, jedno z dzieci, które zostały zabrane do Stanów, by znaleźć tam nowy dom.
Ciekawe jest to, że chłopak w początkowych rozdziałach mówi o sobie „on”, potem przedstawia się różnymi imionami, jakby próbował tożsamości. Nakładał je na siebie, zastanawiając się, która z nich będzie do niego pasować. W dziwny sposób zaprzyjaźnia się z Jo, która wydaje mu się prawie jego rówieśniczką. To mówi dużo i o jego psychice, i o jej. W końcu jednak przyznaje się do imienia Michael, bo pod takim został adoptowany. Mama – co chłopak pamięta – mówiła do niego Misza.

Michael jest dziwnym dzieckiem

Panicznie boi się tuneli i mostów, na koszmary, w lustrze widzi twarz półumarłego z głodu. To nie dziwi, jest dzieckiem wojny, istotą, która ledwo przeżyła, niczemu nie zawiniła, a która z racji urodzenia – nosi na sobie część winy za potworności IIWŚ. Nie może mówić po niemiecku, nie może czuć się nigdzie bezpieczny, dlatego boi się nawiązywać relacji. Z wszystkimi, prócz Jo. Kradnie małe rzeczy i chowa je „na wszelki wypadek”, podobnie robi z jedzeniem. Trauma zapuściła w Michaelu korzenie. Dlatego potrafi zbliżyć się tylko do śmiertelnie chorej kobiety lub do kobiety, która jest jak on – wiecznie przerażona potencjalną stratą.

Niemożność bycia blisko z kimś

Jest taka szczególnie dla mnie wstrząsająca scena w „Wąskim pasie lądu”. Jo jedzie do domu starców, odwiedzić przyjaciółkę, z którą się pokłóciła, ponieważ ta zwróciła jej uwagę na fakt, że zawsze mówi źle o swoim mężu. Jo Hopper znajduje swoją przyjaciółkę w dobrym zdrowiu, uśmiechniętą, wyraźnie ucieszoną na jej widok.

„Och, jak miło, jak miło się znowu widzieć!” – mówi staruszka. [s.189]

Jo spada kamień z serca i opowiada starszej przyjaciółce o tym, co ją dręczy i co zwykle jest przyczyną jej niepokojów: o zachowaniu męża. O braku czułości, emocjonalnym chłodzie, o możliwym zadurzeniu w innej. O poczuciu, że zmarnowała życie. Reakcją jej przyjaciółki jest „Och, jak bardzo się cieszę, jak ogromnie się cieszę, że cię znowu widzę!” [s.192]

Nie ma komentarza, ale jest poczucie – moje – że Jo nie może zbliżyć się, otworzyć prawdziwie przed nikim, a jeśli to robi, wszystko i tak idzie na marne. Ludzie albo nie słuchają, albo nie mogą słuchać, albo nie chcą, albo nie rozumieją. Jo mówi coraz głośniej, coraz więcej, coraz to bardziej jadowite rzeczy – efekt jest taki sam: jeszcze więcej oddalenia.

Wstrząsające.

Choroba jako niemożność

Katherine Kapłan, córka kobiety, u której Michael spędza lato, jest śmiertelnie chora. Wszyscy o tym wiedzą. Wszyscy o tym mówią, ale zawsze po kryjomu, gdzieś w kątach, jakby choroba kobiety była tabu. Katherine próbuje żyć, ale jej egzystencja składa się z nakazów i zakazów, z nadopiekuńczości matki, irytacji szwagierki, ciekawości sąsiadów, przykrytej pozorami życzliwości obojętności innych. Dlatego Katherine ucieka nocami na plażę. Dlatego pali, pije. Wyrąbuje wolność tam, gdzie jest możliwa, nawet w fascynacji, którą budzi w sławnym malarzu i w dziwnym, straumatyzowanym nastolatku. Odrobina dawnego, cząstka tego, co kiedyś było wraca do niej.

Jest mnóstwo innych niemożności: zapominania, przebaczenia, dostrzegania rzeczy wydawałoby się ewidentnych. Książka Christine Dwyer Hickey jest wstrząsająca, bo widać je wszystkie, jak na dłoni. Aż chciałoby się krzyczeć: „ale dlaczego wy po prostu…”. A potem uświadamiamy sobie, że w tym co ludzkie i międzyludzkie nigdy nie ma żadnego „po prostu”. I trzeba z tym żyć.

„- Pamiętasz misie? – pyta ona.
– Misie? Nie, a kto to?
– No, misie w parku Yellowstone. Pamiętasz?
Od odwraca głowę ponownie, kładzie głowę z powrotem na poduszkę.
– Pamiętasz, pamiętasz – mówi. – Dlaczego ty zawsze musisz pamiętać? Lepiej sobie popatrz na gwiazdy. A jeszcze lepiej wracaj do łóżka”. [s.157]

Dziecko, którego nikt nie lubi

Jest jeszcze Richie. Dziecko, które na pozór ma wszystko. Pochodzi z bogatej i ustosunkowanej rodziny. Ma matkę i babcię, które troszczą się o niego. PO wakacjach ma pójść do jednej z lepszych szkół z internatem. Kiedyś będzie jednym z filarów amerykańskiego społeczeństwa. A jednak Richie zdaje się być niezauważany, odsuwany na peryferia postrzegania. Jest kłopotem. Nawet pies nie chce się z nim bawić. Rozpaczliwie tęskni za ojce, który zginął na wojnie, ale nie ma z kim o tym porozmawiać, bo nikogo to nie obchodzi. On, w przeciwieństwie do Michaela, nie ma swojej Katherine i Jo.

Zakończenie!

To, jak kończy się ta książka – to majstersztyk emocji, tyle powiem. Kłębią się i kumulują, i zalewają wszystko niezdrowym miazmatem, od którego chciałoby się oderwać oczy, ale nie można. Kapitalnie napisany punkt kulminacyjny i piękne, gorzkie z niego zejście.

Książka o dużym ładunku emocjonalnym

„Wąski pas lądu” Christine Dwyer Hickey to książka napisana pięknie.

„Słowa to najbardziej śmiercionośna broń – bezwględna, złośliwa, zatruta. Gdyby je rozciąć, wypłynęłaby z nich ropa”. [s.56]

Język wciąga jak ruchome piaski. Atmosfera jest gęsta od emocji i to takich, które drapią, dręczą i przeszkadzają. Postaci nie da się lubić, ale nie da się wyjść z ich świata – tak jest opisany.

Perspektywy narracyjne się zmieniają, a z nimi bąble przeżyć, w które wkraczamy. W tej wnikliwej opowieści wchodzimy nie tylko wgłąb ludzkiej psyche, poznajemy także obrazy, okruchy przeszłości bohaterów, które powinny wiele wyjaśniać, ale które sąd. Sumie jedynie kolejnym kamyczkiem w wielkiej budowli. Interpretacja należy do czytelnika. Muszę przyznać, że nie uporałam się z nią jeszcze całościowo.

Ach, i napisałam o kilku bohaterach, ale Hickey stworzyła wiele postaci, każda z nich ma własną osobowość, każda waży, jak ważą prawdziwi ludzie. To umiejętność, jaką posiadają tylko prawdziwi artyści słowa. Bardzo jej autorce zazdroszczę.

Hopper był wielkim malarzem

To prawda. Jego dzieła to światło i samotność. Tak je sobie opisuję. „Wąski pas lądu” Christine Dwyer Hickey podejmuje próbę przebicia się przez płótno, przez legendę i pokazania nam człowieka, ludzi którzy stoją poza kadrem jednego z nich. Obraz jest piękny, ale czy ten opisany przez Hickey taki jest? Nie wiem. Wiem że jest głęboko ludzki.

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *