Skip to content

„W cieniu koronkowej parasolki”, czyli jak zagubiłam się między halką a gorsetem

Wyznanie z tytułu jest boleśnie prawdziwe

Uwielbiam czytać o historii ubioru, chodzę/chodziłam na wystawy, na których mogłam zobaczyć tiurniury, gorsety, suknie, mantyle, fichu, rękawiczki, pantalony…

Mnie – człowieka chodzącego zwykle w dżinsach, wybierającego odzież prostą i wygodną – fascynuje proces projektowania, produkowania, szycia i ubierania tych warstw, upinania ich. Chodzenia w nich, prania, prasowania! Radzenia sobie z chłodem i upałem. Czyli cała ta otoczka normalności, o której zapominamy, bo dla nas to, co kiedyś było normalnym ubraniem, jest „k o s t i u m e m  z epoki”. A dla naszych przodków to nie był żaden kostium, to była codzienność!

Różne rzeczy mnie ciekawią

Zastanawiam się, jak panie (niekoniecznie z wyższych warstw społecznych) radziły sobie w czasie miesiączek? Jak przechodziły ten czas w epoce, kiedy nie było ani środków higienicznych, ani majtek w dzisiejszym rozumieniu? Nie wszystkie mogły sobie pozwolić na zaleganie na szezlongu.

Przyglądam się obrazom i śledzę kroje, faktury tkanin. Ze zgrozą patrzę na dzieci, ubrane jak miniaturowi dorośli. Ciekawi mnie symbolika koloru w strojach, ich znaczenie w rytuale uwodzenia. Zadaję sobie pytanie, jak to było, kiedy wyłuskiwało się kobietę z tych wszystkich metrów tkaniny i czy się w ogóle wyłuskiwało, biorąc pod uwagę… ah, ale o tym później 😉.

Interesuje mnie wszystko, łącznie z tym jak panowie czuli się w tych obscenicznie przylegających pantalonach!  Jak w początkach tegoż XIX wieku mogli nosić tak obcisłe spodnie i a) nie gorszyć pań, bo człowiek niekoniecznie ma wpływ na reakcje organizmu, prawda? b) nie narażać na szwank swoich zdolności reprodukcyjnych? Zagadka.

Moja obsesja Moje zainteresowanie jest tak duże, że kiedy raz w życiu zdarzyło mi się być na imprezie kostiumowej, ubrałam gorset i długą spódnicę 🤦🏼‍♀️

 Nie, nie wolno się śmiać. 

Jak widzicie ubiory to jeden z moich „koników” 😌

Takie prezenty lubię!

„W cieniu koronkowej parasolki” Joanny Dobkowskiej i Joanny Wasilewskiej dostałam w prezencie, od osoby nie mającej pojęcia o moich zainteresowaniach. Ot: „lubisz historię, powinno ci się spodobać”.

No i spodobało się! I to jak!

Joanna Dobkowska i Joanna Wasilewska stworzyły bowiem książkę, która jest dla mnie czystą radością.

Nie jest to li tylko historia ubioru, to jest pozycja – jak mówi podtytuł – „o modzie i obyczajach w XIX wieku”.

„[…] w „Kurierze Warszawskim” z 1839 roku pewna modniarka, Fanny Frohlich, ogłaszała, że sprowadza gorsety ze specjalnym mechanizmem, który za jednym dotknięciem rozsznurowuje całość. Wynalazek ten jednak się nie przyjął, być może właśnie ze względu na niebezpieczną łatwość obsługi”.[s. 124]

„”Według niemądrego zwyczaju ówczesnego nie wypadało młodym pannom najadać się do syta; pozowały one na rusałki i sylfidy, żyjące ‚ranną rosą i zefirem’. Mnie się jednak zdaje, że powodem do braku apetytu były obcisłe gorsety i staniki sznurowane, istne pancerze. Więc o północy, kiedyśmy się na spoczynek rozeszli, kuzynka Zosia, dzwoniąc kluczami zwoływała nas do spiżarni, gdzie na półmiskach widniały wcale Jeszce pokaźne resztki kolacji w postaci zimnego drobiu i innych mięs. Rzucały się panienki na smaczne kąski, wynagradzając sobie sowicie post przymusowy” [s.119]

Ładne, prawda?  Ostatni fragment to wspomnienia Marii z Mohrów Kietlińskiej.

A to tylko maleńki wyimek skarbów, które można znaleźć w książce pań Dobkowskiej i Wasilewskiej.

Moda i polityka, moda i filozofia

Autorki patrzą na przemiany obyczajowe, na zwyczaje i obyczaje epoki przez pryzmat zmieniającej się mody. Uznają, i zgadzam się z nimi, że w modzie, jak w innych sztukach wizualnych, da się zauważyć każde przesunięcie akcentów w filozofii czy polityce, widać sympatie polityczne i czuć nastroje ludzi.

„Podstawę męskiego stroju stanowił nadal frak albo surdut, ale sylwetka modnego mężczyzny z lat 30. XIX wieku daleka była już od ideału empirowego atlety. Sprawny mózg zyskał sobie większe poważanie niż wytrenowane mięśnie. […] Moda męska, choć zdecydowanie wygodniejsza i mniej krępująca ruchy niż damska z tego samego okresu, odznaczała się paroma cechami podobnymi do niej; przede wszystkim akcentowała silnie wciętą talię. Z tego powodu część panów nosiła gorsety, spłaszczające brzuch i wypychające do przodu pierś”. [s.88]

Panowie, jak wyglądalibyście w gorsecie? 🤭

Trzydzieści lat później nie ma śladu po męskich gorsetach! Jaka szkoda.

„Producenci bielizny nie zapominali o mężczyznach. Zmiany szły głównie w kierunku tak cenionych przez panów cnót: praktyczności i oszczędności. „Kołnierzyki i manszetki z papieru znakomicie imitują płótno albo batyst. […] A co za ogromna wygoda w podróży! Pranie bielizny sprawia przecież zawsze ogromne trudności w najlepszych nawet hotelach, a jego cena jest na pewno wyższa od sumy, którą trzeba wydać na papeliton (czyli papierowy kołnierzyk). I nie bez znaczenia jest sprawa, że jest on cudownie biały i wykazuje sztywność, którą trudno uzyskać w płótnie!” – tak entuzjastycznie pisał „Journal des Desmoiselles” w 1869 roku”. [s. 183]

I zróbmy kolejny skok, o następne 30 lat. Tym razem zajrzyjmy na plażę 😁

„Mężczyźni wyglądali na plaży równie komicznie i nieatrakcyjnie jak kobiety. Albo nosili jakieś dziwne ubranka z granatowego lub czerwonego serżu, albo straszliwe trykoty w niebiesko-białe lub granatowo-białe paski, długie do połowy łydki. Moda noszenia kapeluszy obowiązywała nawet na plaży, więc ci straszni panowie w pasiastych trykotach, w których wyglądali jak zebry albo jak więźniowie, nosili na głowach słomiane panamy lub małe słomiane dżokejki” – wspominała Magdalena Samozwaniec w autobiograficznej powieści „Maria i Magdalena””. [s. 278]

Ona: Królowa krynolina!

Nie mogłabym (cały czas) nosić gorsetu. Zwariowałabym nie mogąc oddychać normalnie, zresztą mój żołądek nie lubi aż tak się zaprzyjaźniać z kręgosłupem. A już z cała pewnością nie mogłabym nosić krynoliny. Chociaż, tak sobie myślę, że w roku Covid krynolina mogłaby być genialnym rozwiązaniem problemu social distancing…?

Wbrew wszystkiemu, co może nam się wydawać, krynolina była sporym ułatwieniem życia kobiet. Stelaż ze stalowych lub fiszbinowych, połączonych z sobą obręczy, zastępował bowiem halki, mnóstwo halek.

Mnóstwo, mnóstwo halek!

Tak było „przed krynoliną”

„Zwykle noszono pod suknią około sześciu halek, ale niektóre damy uważały, że do osiągnięcia właściwej prezencji potrzeba aż kilkunastu. Na ogół jedna była flanelowa, druga perkalowa, trzecia z włosianki. Do tego zakładano jeszcze kilka halek z tak nakrochmalonego muślinu lub batystu, że prawie stały. Na koniec halka jedwabna, spódnica i już można było wyjść, dźwigając na sobie kilka kilogramów uczepionych pasa”. [s. 132]

Na wagę sukni – od pasa w dół – krynolina chyba nie wpłynęła znacząco. Ale zdecydowanie halek było mniej 😂.

„… wkładana była na koszulę, wiązana w pasie, albo za pomocą specjalnych haczyków doczepiana do gorsetu. Na niej spoczywała halka, zimą wełniana, aletem bawełniana lub jedwabna. Krynolina przyczyniła się do popularności długich majtek, tzw. pantalonów”. [s. 147]

Czy to, co widzę, to błysk zainteresowania? Ha! Bielizna!

No to dalej, jak to z majtkami było?

Majtasy owe…

„Pantalony składały się z dwóch nogawek, nie zszytych, lecz tylko złączonych paskiem w talii. Do tej pory noszone były dosyć rzadko, na ogół wkładane na szczególne okazje, takie jak jazda konna. Przeważnie kobiety nosiły pod suknią tylko halki i koszulę. Brak majtek, który może wydawać się dzisiaj bezwstydem, pikanterią lub perwersją, w zależności od poglądów, w 1. połowie XIX wieku traktowany był jako coś zupełnie przeciwnego, mianowicie przejaw moralności. Uważano, że tylko kokoty nasza stale majtki i to po to, żeby prowokować mężczyzn…”[s. 148]

😎

Koniec dywagacji bieliźnianych! W książce jest o tyle więcej:)

Joanna Dobkowska i Joanna Wasilewska w swoim ”W cieniu koronkowej parasolki”  korzystają nie tylko z zasobów muzealnych, z bogatej ikonografii, z mediów z epoki. Autorki sięgają i po pamiętniki, i listy pan i panów, i muszę przyznać, że te starannie wybrane fragmenty są istnymi perełkami. Kilka z nich przytoczyłam w treści, przytoczę jeszcze jedną, bo nie mogę się powstrzymać, tak ciekawy do przykład tego, jak ważny jest kontekst. Wspomniana już wcześniej Maria z Mohrów Kietlińska tak opisuje wycieczkę w Tatry, którą odbyła z rodziną w latach 50. XIX wieku:

„Dla mnie tylko jedno pozostanie zawsze zagadką: jak można było robić wycieczki górskie w ówczesnym ubraniu? Dziadek w długim surducie i nieodstępnym, wysokim, jasnym cylindrze; panny w cieniutkim obuwiu, długich sukniach, gorsetach […] i – krynolinach!!! (…) Matka twierdziła wszakże, że to było najlepsze z ich „ekwipunku”! Krynolina trzymała z daleka długą suknię i nie plątała nóg przy chodzeniu”. [s. 142] 🤨

Muszę przyznać, że swoja ilość szlaków w górach przeszłam. Nie raz i nie dwa wyrżnęłam i potknęłam się. Efekty były i śmieszne, i bolesne, i trwałe, różne. Sama myśl, że mogłabym iść w Tatry w krynolinie budzi mój podziw i przerażenie.

Nasi przodkowie byli ulepieni z innej gliny.

„W cieniu koronkowej parasolki” to uczta dla miłośników historii

I to nie tylko dlatego, że autorki wydobywają z dokumentów smaczne kąski, którymi się z nami dzielą, ale i dlatego, że książka jest bogato ilustrowana, a same ilustracje są doskonale opisane. Uwierzcie mi, nawet w książkach traktujących o historii nie zawsze jest to regułą.

Mamy więc nie tylko ryciny z magazynów mody, ale i obrazy! I nie, nie widzimy tylko defilady wydekoltowanych dam z arystokracji, ale możemy obejrzeć sobie i panów, i mieszczan, i dzieci. Suknie dzienne i balowe. Marynarki przedpołudniowe i tużurki. Oprócz obrazów i rycin mamy także zdjęcia, bo druga połowa XIX wieku powoli daje się już uwieczniać w ten nowy sposób.

Autorki nie ograniczają się do suchych faktów i informacji, prowadzą nas przez zmiany, wskazują najciekawsze, czy najbardziej znaczące z nich, pomagają łączyć przemiany obyczajowe z tym, jak się noszono i kiedy.

Przyznam się, że nad wieloma ilustracjami siedziałam z lupą. Tak, nie dałabym rady bez dżinsów, ale te suknie! Krynoliny, gorsety, biżuteria. Te fryzury. Te szpiczaste wąsiki (u panów oczywiście!) No jak cię mogę.

Ale teraz poważnie: „W cieniu koronkowej parasolki” to jedna z tych książek, które czyta się i ogląda z równą rozkoszą.

Jeśli interesujecie się historią, lub przynajmniej lubicie romanse historyczne, sięgnijcie po „W cieniu koronkowej parasolki” Joanny Dobkowskiej i Joanny Wasilewskiej.

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *