Skip to content

„Uleczony świat” – kolejny fragment powieści

Last updated on 19 lutego 2020

„Uleczony świat” – piąta część sagi „Droga Smoka”

„Uleczony świat” zarys akcji powieści

„Uleczony świat” to wielka bitwa Sądu Bożego i zakończenie rewolty, która mogła poddać i Ludzi, i Nadnaturalnych osobnikom całkowicie pozbawionym skrupułów

Andrea, Alex i Oleg wreszcie są razem. Obudzili Smoka i przeżyli Czarne Piaski. Świat Nadnaturalny także wydaje się podnosić po klęskach, które na niego spadły. Zaraza Zmiennych, rebelia Magicznych, próby zatrucia Nieśmiertelnych – wszystko to jest już historią. Można by się cieszyć życiem, gdyby nie to, że ciągle nie wiadomo jednego: kto stoi na czele spisku, którego celem jest przejęcie władzy nad Nadnaturalnymi i nad Ludźmi?

Wprowadzenie do fragmentu

7 lutego 2054 roku Niwiński powiedziała do lady Solange, kiedyś znanej jako Margaret Ann Bayldon, żony Alexa z czasów, kiedy był Człowiekiem:

„Uważaj na łąkę bez trawy, Margaret Ann Bayldon. Księżyc umrze, kiedy będzie w żałobie, a ciebie spali na niej ogień, którego nikt nie rozpalił. Nie wchodź na łąkę bez trawy, damo Solange. I lękaj się Księżyca w żałobie”.

Znalezienie „łąki bez trawy” nie jest proste…

Andrea

Następnych osiem dni było koszmarem. Przyznaję się do tego bez bicia: kilka razy miałam prawie ochotę paść na dziób ze zmęczenia, a ja już niekoniecznie męczę się jak Człowiek. Nie jestem aż tak silna jak „normalni” Zmienni, ale cholera jasna, no, nie jestem kruchym Człowieczkiem, że zacytuję Olega.
Ale to był męczący tydzień.

Chłopcy byli w Rzymie, na San Cosimato, kilka marnych kilometrów ode mnie, a równie dobrze mogli być na innej planecie.

Siedziałam sobie w przytulnej piwnicy, otoczona komputerami i sprzętem, i pływałam w danych. Szukałam czegoś, czego oni, grzebiąc i weryfikując wcześniej nie zauważyli, czegoś błahego, co mi pomoże. Byłabym teraz wdzięczna za jakąś wizję, która pokazałaby mi paluchem kierunek. Czasu było coraz mniej, pełnia zbliżała się coraz szybciej, a myśmy znali tylko część układanki.

Parvaneh zapytała mnie, dlaczego nie mogę siedzieć i pracować z San Cosimato, skoro i tak połowa Rzymu pilnuje tego miejsca? Wyjaśniłam jej, że pracuję na bardzo delikatnym sprzęcie, który bardzo łatwo można usmażyć. Ceniłam sobie swoją głowę i jej zawartość, i bardzo bym nie chciała, żeby jakiś wirus, impuls magnetyczny, elektryczny, grawitacyjny czy chuj wie jaki, coś mi w mózgu spierdolił. No nie.

San Cosimato było świetnym miejscem, żeby kilka osób, nie zabijając się, spędziło pięć do dziesięciu dni. Ale kamienica Franki miała zwykłą sieć internetową i bardzo, bardzo zwykłe zabezpieczenia, których nie da się upgradować i dopasować do moich wymagań. To, że pływałam w niej pięć godzin już było durnotą i ryzykanctwem.

Dlatego musiałam skorzystać z znajomości Luki, którzy znalazł dla mnie miejsce z najlepszą ochroną i zabezpieczeniami, jakie można sobie wymarzyć i jakich można sobie zażyczyć.
Inkwizycja go używała. W sensie: w dalszym ciągu go używała. Miałam u nich kątek i kibelek. Umowa jest prosta: nie patrzę na nich, oni na mnie i wszyscy żyją.

No mówię, że Inkwizycja.

Mają niesamowite zabezpieczenia i przepustowość internetu, jakby planowali przejęcie władzy nad ziemią. Żarcik taki. Marny? OK, rozumiem.
Tak, to ta Ludzka Inkwizycja od szukania heretyków. Ta sama, której podobno już nie ma, nie Alex i jego koledzy z PBI, pilnujący świata Zmiennych i samych Zmiennych.
Mieli ci chłopcy miejscówkę na Watykanie, o krok od Bazyliki. Watykan był terenem należącym do Panteonów, totalnie buforowanym przed magią. Tam się żaden czar nie chwytał, tam się czarownice, te złe, chwytało. Kolejny żarcik, którego Harlan III, szef wszystkich Sabatów, chyba by nie polubił.

Przebywanie z osobami wierzącymi ma zły wpływ na moje poczucie humoru. Znak, że muszę szukać i spierdalać stąd, nim zacznę się troszczyć o swoją duszę.

Na razie nie miałam wiele, tylko jakieś okruchy i skrawki.

Tak było do momentu, kiedy po raz pierwszy od dwóch dni nie wyszłam z nory i nie poszłam do kawiarni, żeby zjeść tam to, co Włosi nazywają śniadaniem: croissanta i kawę. Mnie to specjalnie długo nie trzyma, ale na nich działa, więc kimże jestem, żeby zmieniać ich nawyki żywieniowe? Miałam dość jedzenia, które było na miejscu. Nie, nic mu nie było, ale po prostu jakoś… moje kubki smakowe miały serdecznie dość braku smaku. Rozumiem, że tutejszym braciszkom-Inkwizytorom przyprawy szkodzą. Serio, rozumiem. Szanuję ich powściągliwość, ale chwalę Entropię, że jej nie muszę uprawiać.

Założyłam blond perukę Franki, z której kilka lat temu korzystałam i w której wyglądałam zupełnie jak nie ja. Sztruksowe spodnie, kremowa jedwabna bluzka, sweter z jakiejś kudłatej i miękkiej wełny, i płaszcz. Wyglądałam, jakbym miała pieniądze i umiała ich używać w celach estetycznych. Imagine.

Stanęłam przy barze. Było po ósmej. Tłum urzędników i turystów jeszcze się nie zwalił i przy barze było kilku lokalsów, którzy nabijali się ze znajomego jednego z nich, a który to znajomy odpowiadał im pięknym za nadobne. Mówił z jakimś dziwnym akcentem. Po włosku, no pewnie, że tak, ale skąd? To nie był płaski dialekt rzymski, to nie był miękki toskański, a innych, za chuja psa nie rozróżniałam. Ale ciekawa byłam.

Zjadłam pierwszego croissanta, wypiłam cappuccino.

Poczułam, jak żołądek mi się odkleja od kręgosłupa, sięgnęłam po drugiego, tym razem con crema, i poprosiłam barmana o podwójne espresso. Jestem Nadnaturalna, kofeina mnie nie zabije, chyba że ciśnienie mi łeb rozwali. Z tego co wiem, ciężkie uszkodzenie głowy może mnie zabić.

– Rzym nie jest najbardziej zasranym tymi przeklętymi turystami miastem – mówił głośno ten z dziwnym akcentem – Ale i tu macie przesrane. Te zasrane hordy zasrywają wszystko, cały świat, szczególnie moje zasrane miasto…
No, gość miał fiksację defekacyjną, ale go rozumiałam. Turystów jest za dużo. Są jak namnażające się wirusy, atakujące jeszcze zdrową tkankę.

Barman musiał się nie zgadzać z taką opinią, albo po prostu nie lubił, kiedy znajomy mówił źle o źródle jego zarobku. Mruknął cicho, żeby ten się zamknął i nie płoszył klientów. Też bym chyba nie lubiła, gdyby mi ktoś psuł biznes. Ja, na ten przykład, pacyfistów nie lubię.
– Zgadzam się z twoim kolegą – powiedziałam, łamiąc croissanta i pakując część do gęby – Turystów jest za dużo i zadeptują wszystko. A ty – popatrzyłam na barmana – się nie martw. Nie jestem turystą. Pracuję dla nich – kiwnęłam łbem za siebie.
Wyciągnąwszy rękę wystarczająco daleko, można dotknąć stąd Bazyliki św. Piotra. No OK, przesadzam. Ręka musiałaby być zajebiście długa i mieć dodatkowy staw, ale to taka figura retoryczna.

Barman pokiwał głową, jego koledzy zmierzyli mnie wzrokiem.

Nie miałam habitu, ale zakonnice skrytki chodziły po cywilnemu. Może nie w ubraniach od Vaccarello, jak ja dzisiaj, ale jednak w cywilu.
– Zakonnica? – obcy był zdziwiony.
Odpowiedziałam parsknięciem.
– Historyk.
Fabrizio wyśmiałby mnie bezlitośnie, gdyby mnie słyszał. Na szczęście byłam tu tak sama, jak zwykle bywam.
„Khm, khm”.
No, mówię, Wilku, że jak zwykle bywam.

Mężczyźni pokiwali głowami i przybliżyli się.

Gromada Włochów pod pięćdziesiątkę nie oprze się chęci pogadania z młodszą i nieodpychającą fizycznie kobietą.

Nie ma takiej siły.
– Co badasz? – barman, nieproszony, postawił przede mną kolejną kawę, tym razem, duże i gorące latte.
Będę musiała polatać za chwilę nad Watykanem, żeby wywalić tę kofeinę.
„Tesoro, czy ty aby na pewno ciężko pracujesz?”
Głos mojego Kota był napięty znudzeniem. Rozumiałam go, nudził się, mój rudy Kocur. Od wczoraj siedzi nad finansami żony swojego osobistego partnera i chyba jest nimi zmęczony.
Rudziak, ty wiesz, że jak się to skończy, to zamykamy się jakimś domu, we trójkę, i nie wychodzimy stamtąd przez tydzień?

„Obiecujesz, Tesoro?”

Nie wiem, jak to jest, ale on potrafi być sto razy mądrzejszy ode mnie i Alexa razem wziętych, a jednocześnie ma w sobie dzieciaka na wyciągnięcie ręki. Nie dało się go nie kochać. W każdym razie ja byłam do tego organicznie niezdolna. Nogi mi miękły, serce przyspieszało, oczy mi się robiły szkliste, wszystko, bo on był blisko. On i ta druga, mroczna bestia.
„Nie wiem, czy komplementowanie Alexa coś ci da, więc zostańmy przy komplementowaniu mnie”.
Był niereformowalny.
„Koty to dranie. love”.
Głos Alexa był jak… jak dotyk.
„Telekinetycy mają niezasłużoną przewagę, Tesoro”.
„Cicho, Oleg, staram się sprecyzować obietnicę Andy. Tydzień? Zamknięci? Bez tej ciekawskiej hałastry, love? Ty, tylko dla nas; my, tylko dla ciebie?”
Przytaknęłam. Milczeli sekundę i powiedzieli
„Deal”.
Tylko tyle macie do powiedzenia? Noż kurwa, no… Sorry, Oleg, już nie klnę.

– Badam średniowieczne zagadki – powiedziałam Włochom.

Unieśli brwi w górę. Docenili, że nie były to dokumenty soborów z V wieku.
– Jak ci idzie? – zapytał do tej pory milczący, siwy i mocny facet. Z mowy ciała wywnioskowałam, że bliski przyjaciel tego nie-Rzymianina.
– Do dupy – powiedziałam, niewiele myśląc i zasłoniłam usta dłonią.
Jestem ubrana jak dama, więc powinnam zachować się jak dama!
„Love? A skąd możesz wiedzieć, jak trzeba się zachowywać będąc damą, hm?”
O, pięknie, to właśnie jest wsparcie ludzi, których kocham. Nóż w plecy i tyle.
„Uwielbiam twoje plecy. I miejsce, gdzie się kończą”.
Zaraza, Wilcza zaraza.
Alex tak wytrącił mnie z równowagi, że nawet nie myślałam, kiedy powiedziałam:- Nie mogę znaleźć łąki bez trawy.
Włosi popatrzyli na mnie jak na kosmitę.
– Jedna z zagadek – wyjaśniłam lakonicznie.

Pokiwali głowami, mrucząc coś o zagadkach, zadając mnie i sobie kilka. Daliśmy radę rozwiązać wszystkie, co poprawiło nam humory. Kończyłam kawę, kiedy ten obcy walnął się w głowę i zaczął się śmiać.
– Paschi, Pasquale! – kumpel usiłował przyciągnąć jego uwagę – i tak wszyscy tu myślą, że wy, Wenecjanie, jesteście pierdolnięci, nie udowadniaj tego, proszę – zakończył dramatycznym wzniesieniem rąk do góry – Proszę!
To były zatem naleciałości weneckie?
Ciekawe, bardzo ciekawe.

Wenecjanin machnął ręką i skończył się śmiać.

– Wiedziałem, że coś mi chodzi po głowie…
– Wszy – mruknął barman, wzbudzając falę śmiechu.
Ten bar, to było jedno z tych miejsc, starych i ciemnych, które nawet w zatłoczonym Rzymie jeszcze się czasem ostały. Takie, gdzie barman przyjmował swoich przyjaciół w pracy, zamiast w domu. Jak tych tutaj. Oni się znali z podwórka, ze szkoły, daję sobie rękę uciąć.
„Skrzydełka są moje”.
„To biorę nóżki, Kocie”.
Spadać.
– Mówię do panienki tutaj, nie do ciebie, ośle z Lazio – powiedział Wenecjanin z udawaną obrazą.

Odwrócił się tyłem do nich, do mnie przodem. Był łysy, miał hiszpańską bródkę i niewielki brzuszek. Ogólnie: Włoch w średnim wieku, wypisz, wymaluj.
„Myślałem, że wolisz starszych, love”.
O, zarazy dalej podsłuchują. Czy nie mają co robić?
„Nie, absolutnie nie. Czekamy na dane z Londynu i się nudzimy, Tesoro”.
A to sorki, bo ja, to akurat pracuję.

– Łąkę bez trawy mam po sąsiedzku – powiedział jakby nigdy nic Wenecjanin.

Opanowałam się trudem i szczęśliwie nie rzuciłam się mu na szyję. W końcu rzucanie się na obcych ludzi jest niefajne.
„I ma dla tych ludzi skutki śmiertelne” – powiedział poważnie Wilk.
Patrzcie państwo, zazdrosny… how sweet.
– Co prawda – kontynuował Włoch, mrugając do mnie – ona jeszcze siedem lat temu miała trawę, ale ostatnio ją wyłożyli czymś tam, żeby dzieciaki mogły jeździć na deskach, hoverach i innych takich wynalazkach. Skandal był, mera odwołali, bo zniszczył dorobek i charakter historyczny miejsca, ale w wyborach, które ogłosili po jego odwołaniu wygrał w cuglach, bo pierwszy raz w historii młodzi poszli głosować. Podobno dał im wreszcie miejsce do zabawy, takie, którego nie trzeba się wstydzić. Dzieciaki z okolicy, nawet z Wenecji, tam jeżdżą, karki sobie łamać i łękotki uszkadzać, idioci bez obowiązków i pojęcia o życiu. Dookoła są budy z tym ich śmietnikiem, które nazywają żarciem i z piwem. Z piwem! Całymi dniami i nocami tam siedzą, stadami całymi. Świat umiera.
– Zniszczył Prato i mimo to wygrał? – barman się zdziwił.
– Wygrał – potwierdził Wenecjanin.
– Demokracja – powiedział jeden z nich niezadowolonym tonem i wszyscy, łącznie ze mną, pokiwali głowami.

„Zwariowałaś, Tesoro? Co ty masz do demokracji?”

Nic, ale when in Rome…
– Gdzie ta łąka? – zapytałam z ciekawością, a nie z drapieżnym napięciem, które czułam – może się tam wybiorę?
– Il Prato senza erba. Il Santo senza nome. Il caffè senza porte. Il bue senza corna – trajkotał rozochocony Wenecjanin.
Łąka bez trawy, święty bez imienia, kawiarnia bez drzwi i wół bez rogów? No, to jest jakby rozwiązanie mojej zagadki i mojego proroctwa. Pod warunkiem, że się wreszcie dowiem, gdzie…
– Padova! – powiedział z tryumfem, akcentując każdą sylabę.
Padwa. O Chaosie. Padwa. Muszę wrócić i sprawdzić. Zweryfikować. Szybko, szybko.
Nie, nie szybko.
Naturalnie.
Z gracją.

Jeszcze pięć minut zachowywałam się naturalnie: pogadałam, pogratulowałam doskonałej pamięci i powiedziałam, że my, naukowcy, to się dużo musimy od normalnych ludzi nauczyć.
Usłyszałam na to, że bycie właścicielem hotelu w Wenecji ma swoje plusy. Kłamał oczywiście, lekkie parsknięcia kolegów i jego zapach mi to mówił. Ale niech wierzy, że ja wierzę. Obiecałam wpaść przy najbliższej okazji i wzięłam nawet wizytówkę. Potem wróciłam na borgo Pio, gdzie w przyjemnej piwnicy żerowałam na uprzejmości Inkwizycji. Prawda, że słowa „uprzejmość Inkwizycji” brzmią surrealistycznie? Marudzę na nich, ale Panteony są w sumie OK. Niektóre z nich.
Szłam ostrożnie i uważnie, sprawdzając, czy nikt się za mną nie ciągnie.

„Padwa jest podejrzanie blisko Wenecji”.

Oleg był teraz poważny, a jego obecność we mnie jakby się zatrzymała na chwilę. Zgadzałam się z nim. Była podejrzanie blisko Wenecji. Parvaneh spędziła dni, tuż przed porwaniem, w Wenecji, u swojego syna. Książka o Nadnaturalnych była w Wenecji, sprawdzamy u kogo, ale znowu: Wenecja. Lloyd uwielbiał Wenecję.
„Alex… ten zapach, zgnilizny, który potem utożsamialiśmy z epidemią…” – Oleg mówił wolno, jakby coś wyciągał z pamięci – „Pierwszy raz go poczułem, kiedy wróciłeś z Wenecji. Mówiłeś, że w tamtym czasie nie lubiłeś jeździć do Serenissimy, bo czułeś, że coś tam jest nie halo. Pamiętasz?”
„Pamiętam. Wtedy musiałem zabić Niedźwiedzia, bo oszalał. Jego nie zapomnę”.
Zamilkli.
Jak do tego dodamy książkę, którą Parvaneh oddawała do Savannah, a która wieki spędziła w Wenecji…
Czy możliwe jest, że to jednak…

 

„Droga Smoka” jest dostępna na Legimi, Google Books, Smashwords i Amazon.com.

Published in"ULECZONY ŚWIAT", część 5

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *