Skip to content

„Uleczony świat” – fragment

Last updated on 18 lutego 2020

Oleg

Całość „Uleczonego świata” – tutaj

„Uleczony świat” to wielka bitwa Sądu Bożego i zakończenie rewolty, która mogła poddać i Ludzi, i Nadnaturalnych osobnikom całkowicie pozbawionym skrupułów

Byliśmy mistrzami pakowania się i przenoszenia z miejsca na miejsce. Żyliśmy jak nomadzi od kilku lat. W każdym możliwym miejscu miałem co najmniej kilka garniturów, reszta garderoby robiła się coraz bardziej niemodna i zalegała w Londynie.

Koszule zawsze były gotowe do spakowania, cały ich zapas.

Podkoszulki wystarczyło przenieść z szafy do plecaka. Broń była pod ręką. Co więcej? Paszporty, kasa, czytnik, komputer. Wszystko to tylko rzeczy, których zamiana, wymiana, zagubienie czy nabycie było bezbolesne i bezosobowe. Dlatego mieliśmy sporo czasu, żeby po prostu położyć się, być blisko i siedzieć w swoich głowach. Uspokajając się i kojąc. Nasiąkając sobą jak wiśnie spirytusem.

Śmiali się, słysząc moje porównanie.

A jedliście kiedykolwiek wiśnie, na których robiono wiśniówkę?
Nie? Tak myślałem. To twarz w kubły, nic o życiu nie wiecie, dzieciaki. Wiśniówka to niegroźny trunek w porównaniu z mocą, jaką mają w sobie wisienki. Wisienki są mordercze. Spirytus ukryty w cierpkości i w słodyczy owoców, w specyficznym smaku pestek odbiera rozum i siłę w nogach. Tak jak bliskość z wami, tu i teraz.
„Zrobisz takie wiśnie?”

„Zjadłabym takie najebane wisienki”.

Nie klniemy, Andy. I tak, futrzaku, zrobię wiśniówkę, i tak, zjemy kilogram pijanych wiśni, jeśli obiecacie, że nie będziecie pluć w siebie pestkami.
Alex, do ciebie też mówię. Nie tylko Andy ma ptasi móżdżek.

***

– Z Kubą wszystko OK? – Andy pytała Parvaneh, cichutko i jakby nieśmiało.
Stały blisko siebie, ja tuż za nimi. Andrea obserwowała Kubę, który bezskutecznie usiłował wyrwać się Wojtkowi i Michałowi, tłumaczącym mu coś po cichu i gestykulującym. Ech… Przecież on umie zadbać o siebie.
Parvaneh skinęła głową.
– Wiem, że fizycznie jest – Andy zaciskała dłoń na futrynie, przelękniona o „swojego anioła stróża” – Ale… będzie dalej tak genialny i kreatywny, tak? Nic o was nie wiem, Lady Parvaneh, a on jest skarbem. Jak Oleg. Jak Yoshitsune.
Rzuciła okiem na mnie i mówiła dalej.
– Oni są… łagodzą nasze kanty, moje i Alexa. Wojtka, Miśka, Napierów. Ojca. Są tym, czego my nie mamy: człowieczeństwem w jego najgłębszej formie.
Parvaneh położyła głowę na ramieniu Andrei i nasza dziewczyna rozluźniła się momentalnie, przygarniając do siebie piękną kobietę.
– Tak – melodyjny głos królowej nie niósł się daleko, mówiła tylko do Andy.

I do nas, bo my podsłuchujemy zawsze.

Przeprosin za to nie będzie.
– Wszystkie jego funkcje kognitywne są w absolutnym porządku. Będzie nawet lepiej. Jest coraz to szybszy, coraz to mocniejszy, czuję jego energię, tu – pokazała na swój splot słoneczny – jak małą elektrownię. Kuba jest bardzo, bardzo OK. I chyba podoba mu się nowe życie.
– Understatement of the millenium – Alex pojawił się za nami, w swoich skórach i czerni.
– Mógłbyś przynajmniej udawać, że nie podsłuchujesz, wnuku.
Parvaneh nawet nie popatrzyła do tyłu, tylko pokręciła głową, jakby nie mogła się na nas gniewać, i poszła w kierunku jednego z samochodów, do którego już zapakowano jej dwie walizki.
Wracała do Włoch. Kuba jechał z Yoshitsune do Londynu. Jak wszystkie ręce na pokład, to wszystkie ręce na pokład.
– Parvaneh, ja już nie udaję. Udawanie przestało mnie bawić. A Kuba u ciebie jest… wreszcie u siebie – Alex ukłonił się królowej nisko, ukłonem prawdziwego dworzanina i otworzył drzwi, żeby mogła wrzucić swój laptop na tylne siedzenie.
Spojrzenie Hyeon Ju warte było wszystkich pieniędzy świata, a Andy westchnęła, jej ruchliwa aura wtłoczyła się między nasze jak zakochany kociak
Szedłem za nimi do samochodu.

Wilk miał rację.

Kuba wreszcie chyba żył życiem, jakim żyć powinien. Nerd, wiadomo. Dziwni są. Nie to, co my, normalsi. Śmiech, który rozprysnął się we mnie sprawił, że gęba roześmiała mi się sama.
Andy przytuliła się do nas mocno. Wciągnęła mój zapach, potem zapach Alexa, jakby nie chciała nas zapomnieć. Miałem ochotę być przez chwilę tylko z nimi, bliżej i nie wypuszczać ich.
I kurcze, uświadomiłem sobie, że właśnie to mogłem zrobić.

„Sprawdźmy, czy tylko Alex rządzi Smokiem!”

Andy śmiała się w nas i prawie podskakiwała. Z ekscytacji, ptasi móżdżek, no.
„Chcę zobaczyć ich miny, please, chcę zobaczyć ich miny, oni go jeszcze nie widzieli”.
Uparty ptak z tej naszej dziewczyny. Tesoro, zaprzeczanie nie pomaga. Nie mogę ci mówić „człowieczku”, bo już nie jesteś ludziem, więc najbliższe i najprawdziwsze jest „ptak”. No tak. A ty? A ty dalej możesz mi mówić per „piękny Kocie”

***

Siedzieliśmy jak zwykle na pupie, tym razem oparci o samochód, którym miał odjechać Hyeon Ju. Patrzyli na nas jak stado hien na zdechłą antylopę gnu. Tylko, że byliśmy ładniejsi niż hieny. I żywsi niż gnu.
Andrew przysiadł na plecaku i gapił się na nasze tatuaże, na tygrysa i wronę na naszej klacie. Chcieliśmy mu pokazać wilka, którego mieliśmy nad ogonem, ale jeszcze pomyślałby, że go lubimy. Bo go lubimy. Tak, tę kwestię musimy omówić porządniej i później.
Chłopaki stały za Andrew i coś w sobie trawiły. Lunch był lekki, to nie mógł być lunch.
– Gdzie Andy? – zaciekawił się Michał.
Podzieliliśmy się i jedna z naszych głów się do nich przybliżyła. Musieliśmy urosnąć trochę, żeby to się udało i przy okazji zarysowaliśmy samochód teścia, ale da sobie radę. Kupi sobie nowy. Albo fabrykę samochodów sobie kupi.
– Tu jestem – powiedzieliśmy, przejeżdżając językiem po Miśku.

Nawet się nie skrzywił. Chirurdzy mają podobno ponadprzeciętną tolerancję dla paskudności.

Myśmy się za to skrzywili. Cholera wie, gdzie on tę twarz wkładał, jak wczoraj pojechali do miasteczka, niby na zakupy. Cholera wie, a my tak sobie liżemy bezmyślnie.
Przenieśliśmy się do Wojtka.
– Ani się waż – powiedział poważnie.
Skoro tak ładnie prosi, to polizaliśmy go obiema bocznymi głowami, bo lubimy symetrię. Co trzy głowy, to nie jedna. Przejdzie mu. Na nas się nie da gniewać długo.
Kuba umiał się bawić i zdjął nawet okulary. Polizaliśmy go, a potem dotknęliśmy nosem.
– Ale czad, ale czad – mówił, gładząc nas po łuskach na szyi.
Parvaneh i Charles podeszli bliżej, Charles jakby chciał chronić królową. Unieśliśmy brew i pokazaliśmy mu zęby. Charles parsknął, twardy troll. Dla Parvaneh rozłożyliśmy skrzydła, żeby je sobie podziwiała. Ukryliśmy połowę rodziny w ich cieniu, a nie stali blisko siebie. Nikt z nich nie widział, jak latamy, bo fruwamy w nocy i nie robimy szumu. Pięknie szybujemy. Szybko. I sprawnie, w końcu mamy licencję pilota. No dobrze, trzy mamy, też osiągnięcie w XXI wieku, no.

– Matko Bosko święto, smok!

Pani Oleńka się przeżegnała i podeszła do nas, torebką przesuwając Henry’ego, jakby nie był pół metra wyższy od niej. Ciągnęła za sobą panią Basię.
– Głodnyś może, skarbie?
Tak, pani Oleńka jest fajna. Smok nie może chodzić po świecie głodny, bo będzie marudził. Jak marudzimy, to plujemy jadem. Sprawdziliśmy to. Geranium Mary nie przeżyło.
Połączyliśmy się, bo warto mówić jednym głosem i trzeba odebrać możliwość mówienia mniej odpowiedzialnym częściom nas. Nawet my idealni jeszcze nie jesteśmy.
– Dziękujemy, pani Oleńko, ale sporo zjedliśmy na lunch, był przepyszny – powiedzieliśmy i James uśmiechnął się, jak na trolla przystało.
Mieliśmy piękny głos, lepszy niż on. Troll jeden. Nie, nie troll, przyjaciel. Kolejna rzecz do wewnętrznej dyskusji.
– O, pan Oleg. Jak miło, że wreszcie mądry człowiek mówi za nich wszystkich – pani Oleńka poklepała nas po szyi jak konia. Albo krowę – Tylko w kuchni, nieważne w której, nie rośnij mi tak szybko, słońce, bo coś stłuczesz, dobrze?
Jak ona poznała Olega? Pokiwaliśmy głową, niby to się zgadzając, ale sumie to zastawialiśmy się, czy pani Oleńka nas pochwaliła, czy zganiła i kogo za co, i czy wszyscy jesteśmy mądrzy, czy tylko Kot?

***

– Jak wy to, kurwa, zrobiliście? – Lachlan był przy Andy w ciągu sekundy i sprawdzał, czy jest cała.
Jakbyśmy ją zjedli i wypluli, no. Szkocki młot pneumatyczny.
– Tak jak ty się Zmieniasz – Andy odgarniała mu włosy z czoła i tłumaczyła, że powie więcej, kiedy się zobaczą następnym razem.
Obiecała i przyrzekła. Biła się w piersi, przysięgając. Niewiele brakło, a szukaliby Biblii, żeby to było jeszcze poważniejsze. Napiery to bestie.

Alex odciągnął Lachiego i przekazał go Georgiemu.

– Weź się zajmij swoim bratem, póki jeszcze ma obie ręce – powiedział mroczny rycerz każdej możliwej apokalipsy.
Wywrócił gałami. No, ja wiem, że robisz to dla zasady, ale co, ty młody nie byłeś?
„Cudzych żon nie obmacywałem”.
No nie, serio? To ciekawe kogo?
Podrapał się po łysej, durnej pale. Andy śmiała się w głos.
Uwielbiałem ją za to między innymi, że przeszłość była dla niej przeszłością.
– Jedźcie, kurwa, wreszcie i jedźcie bezpiecznie – Andy chyba chciała już mieć spokój i ciszę, bo zrobiła się werbalnie brutalna.
Każdy musiał zadać jeszcze jakieś ostatnie pytanie. Czy musi kląć, czy ma kasę, czy ma fałszywe dokumenty, czy ma aktywne konto w banku i czy jest na nim kasa, bo jak nie…. Czy ma kluczyki do samochodu, czy sprawdziła Noego, czy będzie jeść i spać, czy się nie boi wilkołaków grasujących po Masywie Centralnym, czy ma wszystkie dostępy, czy jest pewna i…

– Dość! – ryknęła na całe gardło.

Nie podejrzewałem, że Wrona ma już takie duże płucka.

Obserwowaliśmy nasze łącze w samochodzie, w samolocie. Nie słabło. Tym razem odległość nie miała na nie wpływu. Francja, Anglia, Australia, Chile, czuliśmy Andy tak, jakby była z nami.

Wszystkie książki w serii „Droga Smoka”

„Droga Smoka” Moniki Lech na Amazon.com.

Published in"ULECZONY ŚWIAT", część 5

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *