Skip to content

„Twardy. Zimny. Martwy” Marcina Pełki, czyli John Rambo spotyka Brudnego Harry’ego

Last updated on 2 września 2020

Bawiłam się jak dziecko!

Nie, nie żartuję. Nie, nie używam ironii. Stwierdzam fakty. Dla mnie „Twardy. Zimny. Martwy” Marcina Pełki to książka typowo wakacyjna. Niech rzuci kamieniem, kto takich nie czyta.

Książka Pełki przywołuje nostalgiczne wspomnienia godzin spędzonych przy zdartych taśmach VHS, na oglądaniu filmów z szybką akcją, z kawałkami ciał walającymi się dookoła, strzelaniną i emocjami ograniczonymi do minimum.
„Twardy. Zimny. Martwy” Marcina Pełki taki właśnie jest i podoba mi się to. W dalszym ciągu nie żartuję ani nie ironizuję.
Żyjemy w wolnym kraju i mam pra… stop, od początku: mam prawo lubić takie książki, jakie chcę. Kropka.

Wiecie, czemu było mi tak błogo?

No właśnie ze względu na te wszystkie filmy akcji z lat 80., które oglądałam! Te wszystkie rambo i brudne harry (jak to odmienić?) w setkach odmian, te filmy, których dokładnych tytułów już nie pamiętam, ale które miały cudownie prostą linię podziału my/oni, i w których jeden dzielny bohater (mężczyzna oczywiście!) w pojedynkę pokonywał całe armie! Celowo podkreślam tę pojedynczość, bo ona była tym, co tak pociągało i kusiło. Ona i wybuchy. Oraz mordobicia.

Kochałam to!

Jako miłośnik SF miałam wygwizdane na prawdopodobieństwo. Jako dziecię nie do końca jeszcze rozwinięte miałam w nosie przerośnięte, lśniące od potu męskie klaty. Były takie czasy, owszem. Ze łzą w oku je wspominam.

No więc takie właśnie są nowele z tomu „Twardy. Zimny. Martwy” Marcina Pełki

To trzy minipowieści, które czytałam, jedząc marchewki i śmiejąc się raz po raz.

Dlaczego się śmiałam? Bo to dobrze skonstruowane pastisze kina akcji lat 80 i nieco późniejszych. Traktowanie ich na poważnie może się skończyć obrażeniami wewnętrznymi w okolicach mózgu, a tego chyba nie chcemy, prawda?

Są „Twardy. Zimny. Martwy” Marcina Pełki utworami cudownie „chłopackimi” w dobrym tego słowa znaczeniu.

Szczegóły? Już lecę.

„Twardy”

„Pracę w policji traktowałem jako swego rodzaju ułatwienie. Miałem lepszy i szybszy dostęp do sprzętu i informacji w porównaniu ze zwykłym cywilem, nie mówiąc już o tym, że odznaka otwierała różne drzwi i rozwiązywała ludziom języki. Jeżeli kiedyś wyjdzie na jaw, że prowadzę prywatną wojnę z hybrydami, pewnie zwolnią mnie ze służby. Raczej nie będę z tego powodu rozpaczał”. [s.50]

On – gliniarz, któremu hybryda (czyli… no hybryda człowieka i efektów pracy bioinżynierów) zabrała żonę i dziecko. Zgorzkniały, marudny, obolały samotnik na prywatnej krucjacie. Bez przyjaciół. Bez życia emocjonalnego – co zresztą jest/ zdaje się być cechą wspólną bohaterów książek Pełki.

To, że baby są głupie, nie nadają się do pracy operacyjnej, plotą i w ogóle – można przeczytać co najmniej kilkanaście razy. Irytujące? No ba! Ale jak ładnie wpisuje się zarówno w konwencję tego typu narracji jak i ich pastiszu.

Gliniarz nienawidzi hybryd, czyli poprawionych za pomocą pseudo-pierwotniaków (sic!) ludzi, przy których Batman wysiada. Zabija ich, nie zastanawiając się nad tym, kim staje się on. Zabija ze względu na inność, bo taki „inny” zabił jego żonę i nienarodzone dziecko. Motyw potwora zabijającego potwory – jak na dłoni.
Jego krucjata jest krwawa i kończy się jak te, które prowadzili wszyscy jego poprzednicy.

„Zimny”

„Ciebie nie sposób zabić – oznajmiła – Jesteś jednoosobową, samowystarczalną armią do walki z symbiontami”. [s.282]

i chwilę później, na tej samej stronie:

„- Przy tobie Terminator to zwykły cieć”.

Już widzicie, kogo tu Pełka bierze na tapetę?

Mamy do czynienia z byłym wojskowym, z komandosem, który ucieka w głuszę, w miejsce, gdzie ma nadzieję spotkać byłego dowódcę. Ucieka, bo Ziemię opanowują obcy, w formie larw, które włażą przez usta do mózgu i zmieniają człowieka w marionetkę, sterowaną za pomocą… a nie, to sobie doczytajcie. Spotyka kumpli, a wcześniej ratuje kobietę, Blue, która mówi od razu:

„Tylko przy tobie mam szansę na przeżycie”. [s.200]

No i walczą. Rozpieprzają, strzelają, umierają, powodują wybuchy, latają śmigłowcami, jak cię mogę, koło gospodyń wiejskich* wersja rodem z Fort Bragg. (Przepraszam za odniesienie do KGW, ale to aluzja do „wszystkoumienia” i zagadki, którą w formie cywilizowanej podaję na końcu).

I wiecie co jest najlepsze?

Spisek rządu! Tak!!! Jest spisek rządu.

I jeszcze jedno. Zakończenie. „Cheesy” – tak to mówią Amerykanie, ci niedoścignieni mistrzowie gatunku.

„Martwy”

„Któregoś dnia, we wcale nie tak odległej przyszłości do pracy przyjdzie jakiś państwowy urzędnik i podejmie decyzję o likwidacji posterunków w Śródmieściu. Policja zniknie stąd w ciągu kolejnych dwudziestu czterech godzin. Skończą się wówczas patrole i interwencje, kodeks karny zostaje zastąpiony bezprawiem. Według optymistycznych założeń wskrzeszeńcy zajmą dzielnicę w przeciągu roku, wypędzając prawowitych mieszkańców lub zabijając tych, którzy się nie wyniosą”. [s.339]

Tym razem mamy do czynienia z apokalipsą zombie. I, raju, ależ to jest rozwałka! Wypożyczenie haubicy, rajd czołgiem, zombie wyłażące z kanałów i znowu jeden jedyny bohater, który daje się namówić przyjacielowi z dzieciństwa na samobójczą eskapadę. I znowu mamy do czynienia z policjantem, który ma sprawę do załatwienia. Siostrę ma, która złą kobietą się stała.

Naprawdę, smakowite! Widziałam oczyma wyobraźni komendanta policji, który wygląda jak każdy chroniący własny tyłek biurokrata, widziałam gasnące oczy umierających i tę ostatnią rozgrywkę!

„Twardy. Zimny. Martwy” Marcina Pełki to dobra lektura, jeśli lubi się i dostrzega konwencję!

Jeśli ma się ochotę nią bawić, w nią zagłębić, a nie zadawać sobie i autorowi setek pytań rozpoczynających się od staropolskiego „ja prld, a dlaczego on…..”. Jeśli masz ochotę na rozrywkę – polecam. Jeśli nie – odradzam, bo będziesz się czytelniku męczył i irytował. Po co ci to? Włącz telewizor.

Książka ma minusy

o których chcę wspomnieć z recenzenckiej uczciwości i prywatnej, pielęgnowanej od lat upierdliwości.

Przy lekturze zadawałam sobie pytanie, czy w przyszłości, w której można wzmacniać człowieka i robić z niego robocopa, nie ma testów DNA? Dlaczego żółtodziób po szkółce w Szczytnie zostaje p.o. szefa oddziału uderzeniowego? Rejonizacja posunęła się tak daleko, że nie ma transferów? Po cholerę komuś symbionty, skoro ludzie i tak są jak te owce i robią, co się im każe? Dlaczego śmigłowce nie mają czujników podczerwieni i ukrycie się w lesie załatwia wszystko? Czy na serio wojsko to idioci i można się do nich włamać ot, tak? Muszę spróbować. Jak można w pojedynkę… a nie, to nie jest dobre pytanie.

Język jest charakterystyczny dla Pełki: potoczysty, sprawny, z niewieloma babolami, które przeszkadzają w czytaniu. Poprawny, spójny z tematyką i konwencją. Pełka ma jednak tę irytującą tendencję do inwersji, która czasem doprowadza mnie do szału.

Jest na przykład „prądotwórczy generator”, „optyczne urządzenie”, radiowe fale”, śnieżna zaspa”, holowniczy hak” i tak dalej i tak dalej. Jak w leksykonie, jak pragnę zakwitnąć.

Bohaterowie nie mają osobowości. Ale ci z filmów akcji z lat 80. także jej nie miewają. Wszyscy posiadają jeden rys charakteru: najcześciej dążenie do zemsty lub chęć wyrównania rachunków. Oprócz tego są jednoosobową armią.

Kobiety są literacko jeszcze bardziej płaskie niż mężczyźni. Znany ich imiona, profesje, wiemy, że gadają, płaczą, potrafią strzelać i czasem się do czegoś nadają, bo ratują życie herosowi. Ale na przestrzeni dwóch stron (przesada recenzencka) potrafią być sprytne i straszliwie głupie (jak Blue).

Ogólnie? Polecam, jeśli szukasz czegoś szybkiego i w sumie – zabawnego

* „Opowiem ci, dziecko, zagadkę. Co to jest? Śpiewa, tańczy, przytupuje, daje d… i gotuje? Nie wiesz? Koło Gospodyń Wiejskich!” Tak właśnie zagięła mnie 80-letnia członkini jednego z podkrakowskich KGW.

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *