Skip to content

„Tolkien i pierwsza wojna światowa. U progu Śródziemia” Johna Gartha, czyli (tylko) dla miłośników JRRT

Last updated on 8 czerwca 2020

„Wola będzie bardziej niezłomna, serce odważniejsze, a duch silniejszy, w miarę jak słabnie nasza siła” (fragment staroangielskiej „Bitwy pod Maldon”, dopisek ML)

[…] to podsumowanie dawnego północnego, heroicznego kodeksu doskonale odpowiadało potrzebom czasów Tolkiena. Wynikało ze świadomości, że może nadejść śmierć, lecz skupiało się uparcie na osiągnięciu resztkami sił wszystkiego, co się da[…]”

Brzmi znajomo?

Powinno. Jak zauważą wszyscy, którzy kiedykolwiek czytali Tolkiena, jest to podejście bliskie wszystkim jego bohaterom.

Ale w czasach, które obejmuje opisem „Tolkien i pierwsza wojna światowa. U progu Śródziemia” Johna Gartha, nie ma jeszcze Froda, ani Boromira, ani Eowiny. Książka ta zajmuje się bowiem wczesnym etapem życia i twórczości JRRT.

 

 

 

Autor pisze:

„Mądrzejsza epoka opisała wojnę jako jednego z czterech jeźdźców Apokalipsy, lecz w okresie edwardiańskim (o nim mowa w tej biografii – dopisek ML) wyglądało na to, że nie robi on nic gorszego niż uczestniczenie w rozgrywce polo”. 

Jak się okazuje – do czasu. Do czasu.

O książce „Tolkien i pierwsza wojna światowa. U progu Śródziemia” opowiem w dwóch częściach. Pierwsza będzie tak obiektywna, jak to tylko możliwe; druga będzie krótką i bardzo subiektywną opinią o temacie, który J. Garth wziął na warsztat, o Tolkienie i jego przyjaciołach.

Zacznijmy zatem.

„Tolkien i pierwsza wojna światowa. U progu Śródziemia” Johna Gartha – obiektywnie

Książka zajmuje się formatywnymi latami przyszłego autora „Władcy pierścieni” i skupia się na latach edukacji (w tym uniwersyteckiej) oraz na przeżyciach wojennych. Co prawda głównym bohaterem jest John Ronald Tolkien, ale nie jest jedyną postacią, o której pisze Garth.

Jest bowiem „Tolkien i pierwsza wojna światowa” portretem zbiorowym pewnego pokolenia; grupy ludzi, która w dorosłość wkroczyła w latach Wielkiej Wojny, a które reprezentują JRR Tolkien i trójka jego przyjaciół: Christopher Wiseman, Robert Gilson, Geoffrey Smith. Dwa ostatni zginęli w 1916. Pożarła ich „wojna, która miała skończyć wszystkie wojny”. Kiedy książka się zaczyna – mają kilkanaście lat, kiedy się kończy – dwadzieścia kilka.

Czterej panowie tworzyli klub czy też stowarzyszenie, które nazwali TCBS („Tea Club Barrovian Society – od celu i miejsca spotkań grupy), a którego zadaniem było… hmmm była poprawa świata, jego uszlachetnienie. Zadanie ambitne, napuchnięte tą ambicją młodości, która szczęśliwie nie zauważa przeszkód i która je ignoruje.

Plusy książki Gartha

 

1. Fakty. Fakty i jeszcze raz fakty!

Biografia młodego Tolkiena jest doskonale udokumentowana. Autor wykonał solidną pracę w archiwach i bibliotekach. Od faktów w tej pozycji uciec się nie da. Książka zaczyna się od przedstawienia chronologii bitwy nad Sommą (1916), w której Tolkien brał udział i która odebrała mu dwójkę najbliższych przyjaciół. Autor przygotował także mapy pokazujące pole bitwy oraz miejsca, w których znajdowali się w jej trakcie członkowie TCBS.

Dodatki: epilog, posłowie i bibliografia zajmują prawie jedną trzecią objętości tej pozycji. Jeśli zatem szukacie faktów – dobrze trafiliście.

2. Szczegóły

Dowiedziałam się nie tylko tego, co robili chłopcy w szkole średniej, jak wyglądało życie uniwersyteckie, jak należy interpretować wczesne utwory Tolkiena, ale i wiem, co młodszy oficer musiał sobie kupić przed wyjazdem na front i co z sobą tachał (między innymi pryczę i stolik do golenia, a wszystko miało się zmieścić w płóciennym worku…). Poznałam także chyba wszystkie młodzieńcze utwory Johna Ronalda oraz wiem, co sądzili o nich przyjaciele i nie tylko.

Entropio słodka, tyle tego było 🤯. Niektóre rzeczy ważne, inne pomijalne i tylko zaciemniające całość.

3.Imponująca znajomość twórczości JRRT

„Tolkien i pierwsza wojna światowa” Johna Gartha to hołd złożony twórcy Śródziemia. Hołd ze strony kogoś, kto traktuje JRRT jako bohatera i autorytet, kto rozpatruje każdy fragmencik i każdy obraz, i usiłuje go zinterpretować w kontekście życiorysu twórcy. Kogoś, kto czuje ekscytację podaniem informacji o tym, kiedy Tolkien nauczył się gockiego i jaka jest łacińska nazwa rośliny, która kwitła, kiedy Edith tańczyła, a patrzący na nią John Ronald wpadł na pomysł stworzenia postaci Tinuviel.

4. Interpretacje

W zasadzie to po przeczytaniu „Tolkien i pierwszej wojny światowej” Johna Gartha nie muszę zastanawiać się, „co poeta ma na myśli”. Inaczej – gdyby wczesna twórczość Tolkiena mnie interesowała, nie musiałabym nad nią łamać swojej ślicznej główki. Wszystko jest bowiem wyjaśnione w kontekście językoznawczym, literackim, źródeł, twórczości JRRT oraz jego życiorysu.

To był oczywiście sarkazm, ale autor nie ufa chyba czytelnikowi, bo do faktów, które przytacza i detali, które podaje dodaje interpretację wszystkiego. Wszystkiego!

Idealne, jeśli myśli się o napisaniu licencjatu z twórcy. Nie trzeba myśleć, wystarczy dobrze zacytować. Zaliczam jednak do plusów, bo wczesna twórczość JRRT jest idealna dla badaczy, czytelnicy mogą ją sobie darować i wiedzę o niej czerpać z książki Gartha.

5. Skąd wzięło się Śródziemie?

To jedno z pytań, na które pięknie odpowiada „Tolkien i pierwsza wojna światowa” Johna Gartha, to to o pochodzenie Śródziemia i najważniejszych jego cech.

Garth pokazuje, krok po kroku, jak rodziła się ta fascynująca kraina, jak wyrastała powoli z formy zalążkowej, jak ewoluowała. Co prawda nie widzimy, jak dorasta i dojrzewa do pełnej formy, ponieważ – podobnie jak samego Tolkiena – Śródziemie widzimy w jego młodości i niedojrzałości. Piękna sprawa, wiecie? Patrzeć jak narracja rodzi się ze studiów nad wymyślonym językiem!

6. Bitwa nad Sommą

Tę ostatnią daję na granicy plusów i minusów. Szczegółowość analizy ruchów jednostek brytyjskich, opis warunków w okopach, szczegóły dotyczące dowództwa – wszystko to pokazuje, że John Garth naprawdę chciał sprawić, że bitwa stanie się rzeczywistym kontekstem dla twórczości literackiej Tolkiena. Kłopot w tym, że pisząc o grozie okopów, o quenyi, wspominając Verdun i Ypres, gnomy i trolle miesza wszystko, nie wyjaśniając wiele. Wiele fragmentów jest…  są momentami nieprzekonujące i sztuczne, a wielość szczegółów wydaje się jedynie pokrywać nieumiejętność poradzenia sobie z tematyką, z tą szczególną bitwą.

Acz niektóre ze spostrzeżeń Gartha są ciekawe. Nie odkrywcze, ale ciekawe.

„”Flary używane do obserwacji i sygnalizacji, Very lights (światła Very’ego), w sposób nieunikniony otrzymały nazwę fairy lights („światła wróżek”). Tolkiena otaczali mistrzowie słowa. Lecz żołnierski slang, który obejmował śmierć, picie, jedzenie, kobiety, broń, pole walki i walczące ze sobą narody, wyrósł z ironii i pogardy dla tego, co było nie do zniesienia; był prymitywny i brzydki jak samo obozowe życie.

Qenya kwitła na tej samej glebie, lecz nie w tym samym tonie. Nic nie mogłoby dalsze od brzydkich, nieelastycznych kwestii praktycznych, których uczono Tokiena, niż wymyślanie języka dla przyjemności, jaką sprawiało jego brzmienie. Było to zajęcie samotne i nieśmiałe […]”

Minusy książki „Tolkien i pierwsza wojna światowa” Johna Gartha

A. Język

W przedmowie autor dziękuje swojemu redaktorowi za to, że ten zniósł jego dość szczególny styl. No więc przyznaję, że żałuję, że redaktor nie walczył. Miałam kłopot ze strawieniem języka. Po pierwsze Garth buduje zdania, z których większość mogłaby być uznana za short stories i nie jest to niestety komplement. Czytelnik (ja) czasem gubi się skomplikowanych okresach, w zdaniach wtrąconych, równoważnikach i dobudówkach, w nazwiskach, datach i danych.

A czasem po prostu zdania mają mało sensu:

„Niemcy były intelektualnym źródłem współczesnej filologii i umieściły język Anglosasów na czele studiów anglistycznych”. (Serio???)

Książka jest w jakimś dziwnym sensie sentymentalna – właśnie przez język i budowę zdań. Nie wiem, może to bycie na klęczkach, ta fascynacja wszystkim, co tolkienowskie, tak mnie drażniła? Może konieczność przedzierania się przez watę słów. Nie mam pojęcia. Myślę jednak, że język biografii konkretnego autora niekoniecznie musi się wzorować na języku jego dzieła. Wyobrażam sobie napisaną w ten sposób biografię J. Joyce’a. Wow…

B. Nuda

W „Tolkien i pierwsza wojna światowa” Johna Gartha wszystkiego jest za dużo. Stosunek treści do dodatków (epilogów, posłowi, bibliografii) jest zaburzony, nawet jak na tego typu pozycję. Język, czołobitność, analiza każdego, najgorszego nawet wiersza JRRT sprawia, że czytanie tej biografii jest po prostu nieciekawe. Temat jest fascynujący, a jednak udało się go zmulić. Jak? Coż, wszystko można źle napisać.

Jednak jest to pozycja konieczna dla tych, którzy lubią lub fascynują się Tolkienem i chcą o nim wiedzieć więcej. Z tej – obiektywnej – perspektywy, mając pełną świadomość niedociągnięć dzieła Gartha – polecam tę książkę. Jest faktograficzna, wprowadza w Śródziemie, pokazuje, jak rodził się ten świat.  Powiadam Wam: jest to fascynujący proces.

„Tolkien i pierwsza wojna światowa” Johna Gartha  – subiektywnie

Uwielbiam twórczość Tolkiena.

Przeczytałam wszystko – prócz jego wierszy, ponieważ większość poezji (zwłaszcza słabej i nadętej) powoduje u mnie emocjonalną astmę.

„Władcę”, „Silmarillion” i „Hobbita” pochłonęłam w trzech dostępnych mi językach. Tak, takim jestem tolkienowskim świrem. Ale z bólem przyznaję, że samego twórcy nie lubię. Nie ma mojej sympatii. Już markiza de Sade znoszę, bo ma w sobie prawdę i głęboka szczerość, a Tolkien… ech…

I żeby nie było: „Tolkien i pierwsza wojna światowa” Johna Gartha nie jest pierwszą pozycją o JRRT, którą przeczytałam, ale i ta nie dała mi nic, za co mogłabym twórcę… co mogłoby sprawić, że stałby się mi bliski w jakiś sposób.

Tolkiena nie lubię, podobnie jak nie lubię jego przyjaciół. To banda egzaltowanych, przerafinowanych gówniarzy, zamkniętych w swoim samczym świecie. Żeby nie było:  tak opisuje ich Garth w „Tolkien i pierwsza wojna światowa”!

Są zapatrzeni w przeszłość, której pewnie sami nie rozumieli, spierają się o to, kto może, a kto nie powinien, być członkiem ich klubu.

Czytając książkę Gartha, czułam się jak w liceum! A niespecjalnie przepadam za swoimi licealnymi czasami, z tymi wszystkimi dramami i emocjami strzelającymi jak korki szampana.

Niebywale mnie irytowali wszyscy czterej bohaterowie. Banda pół elfów z Aragornem na czele, grająca w rugby i pijąca herbatę w bibliotece. Proszę, oto cytat. Przypomnę, że mówimy o nastolatkach, no – w najgorszym razie dwudziestolatkach…

„Pierwsza wojna światowa była okresem wielkich zmian; stare porządki były odrzucane, a pragnienie nowszego, lepszego świata stało się wszechobecne i przyjmowało wiele form. Dla rewolucjonistów spiskujących teraz na rzecz upadku carskiej Rosji nowe oznaczało nowe. Dla Tolkiena, Smitha i Gilsona (z których żaden nie podzielał postępowego, naukowego liberalizmu Wisemana) nowe oznaczało odmianę starego. Każdy z nich miał własny, nostalgiczny Parnas: okres anglosaski, osiemnasty wiek, włoski renesans. Żadna z tych epok nie była utopią, lecz odległość w czasie dała im skrzącą się przejrzystość. W porównaniu z nimi wiek dwudziesty wydawał się pustkowiem spowitym we mgle, a teraz cywilizacja chyba rzeczywiście zgubiła drogę”.

Dwudziestolatkowie z nostalgią patrzący w przeszłość… tiaaa. Może dlatego świat odleciał w tak szaloną rzeź, jaką była IWW? Nie wiem, nie oceniam, dziwię się tylko niepomiernie.

Grrrr

No dobrze – na koniec powrót do obiektywizmu „Tolkien i pierwsza wojna światowa” Johna Gartha  – polecam fanom Johna Ronalda!

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *