Skip to content

„Testament Darwina” Emilii Nowak, czyli: Darwin i ewolucja. Co może pójść nie tak???

Od czego by tu zacząć… 🙄

Od wykrzyknika. Ewolucja!

Zasadziłam się na książkę Emilii Nowak, bo ewolucja mnie fascynuje. Siły, które rzeźbią świat są niby niewidoczne, ale ich siła budzi szacunek. Podziwiam Darwina za jego… za to, że miał cojones, żeby napisać i wydać swoje przemyślenia. Darzę szacunkiem wszystkich, którzy spędzają życie, szukając, katalogując i pokazując nam, jak działają mechanizmy opisane przez Darwina i jego następców.

Dla tych, którzy uparcie twierdzą, że ewolucja mówi o tym, że pochodzimy od małpy, że „jest tylko teorią”, że nie ma na nią dowodów, że nie ma czegoś takiego – mam pełne ubolewania spojrzenie i zero cierpliwości.

No dobrze, o czym jest „Testament Darwina”?

Sięgnę do strony wydawcy, Wydawnictwa Novae Res i wspomogę się tekstem, którym promują tę pozycję.

„Gdy w XIX wieku młody, obiecujący naukowiec Karol Darwin wyrusza w wieloletnią podróż na pokładzie okrętu Beagle, zupełnie nie spodziewa się rezultatów tejże wyprawy. Zapewnią mu one sławę, ale sprawią jednocześnie, że do końca życia znany biolog będzie borykał się z ciężarem prawdy, którą dane mu było poznać. Skrzętnie skrywane zapiski na temat jego szokującego odkrycia po latach trafiają w ręce Adolfa Hitlera, dla którego liczy się tylko jeden cel – stworzenie nowej rasy ludzkiej, która pomoże mu zawładnąć światem. Podczas okrutnych eksperymentów giną miliony ludzi, jednak szalona misja Hitlera kończy się fiaskiem. Wiele lat później echa tych wydarzeń powrócą w historii Cariny, studentki z Portugalii, która podczas badań naukowych na Wyspach Zielonego Przylądka wpadnie na trop zatajonych niegdyś przez Darwina rewelacji. Rozpoczyna się walka o ujawnienie prawdy…”

Pomysł na historię – duży, duży plus

Książka Emilii Nowak to fantastyka z elementami thrillera, to samo w sobie nie jest zaskakujące.

Jej akcja zawiązuje się nieźle. Darwin dokonuje zadziwiającego odkrycia, którego nie ujawnia i które ukrywa. Jednak nic nie da się utrzymać w tajemnicy, bo – jak wiadomo – Chaos macza we wszystkim paluchy. Zapiski naukowca dostają się w niepowołane ręce i zaczyna się jatka. Mamy notatnik ukryty w kominku, skamieliny w trumnie, mamy doświadczenia na ludziach, gwałty, niechciane macierzyństwo, szpital psychiatryczny, ingerencję rządów i tak dalej i tak dalej. Pomysł – świetny, chciałabym na niego wpaść, serio.

Co mi się jeszcze podoba?

Że to slowburner i autorka daje się akcji trochę rozbujać. Choć pojawienie się głównej bohaterki dopiero po  ¼ książki jest nieco przesadzone.

No to jak oceniam książkę Emilii Nowak?

Tylko 5/10, przede wszystkim dlatego, że jest źle napisana! Potencjał poszedł w kosmos, a pomysł został zmarnowany, co mnie boli i martwi. Różne rzeczy czytam i oglądam, niewielu się dziwię.

Pomyślałam sobie zatem – durna gapa – że w przypadku tej książki też nic 

mnie nie zdziwi.

Chaos jednak po raz kolejny pokazał mi środkowy palec, udowadniając, że owszem, że się da.

Za dużo wszystkiego

Autorka ma tendencję do dywagowania. Usiłuje wepchnąć tyle informacji, ile się da – niezależnie od tego, czy posuwają one akcję do przodu, czy nie.

Jak tutaj:

„Kobieta zbliżała się do furtki, zachęcając gości do wejścia, ale nikt nie odważył się ruszyć, widząc warującego przy branie ogromnego psa. Była to dwuletnia suka rasy rhodesian ridgeback, wykorzystywanej w szesnastym wieku przez europejskich osadników, którzy zasiedlali wówczas Afrykę Południową, do polowań na lwy. W tym momencie nikt z przyjezdnych nie zastanawiał się nad jej pochodzeniem, każdy stał jak sparaliżowany, zerkając ukradkiem na „bestię””. [s. 139]

Też bym się nad tym nie zastanawiała, po co zatem ta informacja w tym konkretnym miejscu? O, dowiadujemy się także, skąd wzięła się nazwa Wysp Zielonego Przylądka. Spoiler alert: są niedaleko Zielonego Przylądka.

Tak jest non stop. Non stop! Jakby trzeba było napisać wszystko, co się wie, albo co się może znaleźć w necie.

Non sequitur za non sequitur…

Jest też sporo takich momentów, które nazywam sobie „non sequitur”, żeby nie pisać, ze są z odwłoka. Przykłady? Ok, ale tylko jeden. Oto jesteśmy na jednej z plaż niedaleko Lizbony. Ktoś znalazł ciało kolejnej zamordowanej i zgwałconej kobiety. Wszyscy cie kręcą, jest zamieszanie, ale w miarę kontrolowane (prowadzący śledztwo kieruje na piasek, ale zbiera peta. Może zanieczyścił miejsce zbrodni? Kto by się tym przejmował 🤷🏻‍♀️).

I tak kończy się rozdział:

„Wszędzie kręcili się policjanci próbujący zebrać jak najwięcej materiałów w nadziei natrafienia na jakiekolwiek ślady. Odwrócił głowę w lewo. Tu już zaczynały się liczne skały i plaża nie była tak atrakcyjna, jednak wcinający się w ląd ocean tworzył przyjazną zatoczkę, gdzie lustro wody było spokojne, a płaski kształt skał umożliwiał opalanie. Luis Silva Campos stracił swoją bujną czuprynę ponad dziesięć lat temu. Zaczął łysieć już po trzydziestce. Dzisiaj na jajowatej, porządnie zgolonej głowie pozostał tylko ciemny nalot po bokach i z tyłu. Łysina mocno kontrastowała z zarostem i ciemną oprawą oczu. Dał znak jednemu z policjantów, że odchodzi, i ruszył w stronę samochodu z miną zbitego psa”. [s. 122] Cytat jest dosłowny.

Rozumiecie, o co mi chodzi?

W „Testamencie Darwina” jest dużo scen, bez których powieść by się obyła, ba!, byłaby bez nich lepsza (jak spotkanie króla i premiera, jak szczegóły drogi bohaterki z domu na uczelnię o do oceanarium)

Anachronizmy i błędy, których można było uniknąć

To już nie jest błaha rzecz. O ile ludzie mają prawo mieć tendencję do logorei (sama ją mam), to fakty da się zweryfikować i nawet nie trzeba dostawać odcisków na pupie od siedzenia w bibliotekach!

W książce Hitler dostaje do ręki notatnik Darwina. Czyta go przy stole, pochłaniając treść. Pięknie! Jest z tym co najmniej jeden kłopot. Nawet nie chodzi o to, że rękopisy naukowca wcale nie są tak proste w czytaniu, jak się wydaje. Pisał dość czytelnie, ale „dość” jest szerokim określeniem. Najgorsze jest to, że jak mówią biografowie Hitlera, przywódca Trzeciej Rzeszy nie znał angielskiego. Nie potrafił w nim mówić, ani go czytać.

Następny przykład? Mamy 1931 i jesteśmy w Windsorze. Pani Simpson jest nazwana podwójną rozwódką. Nie! Podwójną rozwódką była od 1936 roku. Czemu się wkurzam? Bo to ważne. Naprawdę, w książce, która bierze na tapetę rzeczywistość i dobudowuje wydarzenia, które nie miały i nie mogły mieć miejsca, fakty muszą się trzymać, kurcze, kupy! Muszą!

Czasem się jej nie trzymają…

„- Wiedziałaś, że na jednej z wysp Oceanu Indyjskiego odkryto kamienne narzędzia, których powstanie datuje się na kilkaset lat? Były wykonane przez przedstawicieli gatunku Homo erectus”. [s. 123 i zdjęcie na dowód, że nie opuściłam celowo żadnego słowa]

Jestem pewna, że to błąd w redakcji, ale – jasny gwint, no – ogromny. A za kreślenie po książce – przepraszam. Jak widać na zdjęciu – robię notatki, ale czasem mnie ponosi. 

Kolejna sprawa – na Galapagos Darwin pije sobie herbatkę z soczkiem w towarzystwie gubernatora wysp. I tenże daje mu butelkę soku na drogę, bo „jest tu gigantyczna dawka witamin” [s. 55].

Nie, nie mógł tak powiedzieć. Witaminy to późniejsze odkrycie. Sporo późniejsze.

Etykieta i jej tajemnice

Wiem, ze jestem czepialska. Czepiam się zazwyczaj rzeczy, które da się sprawdzić, które można zweryfikować. Jak tytułologia, etykieta, sposób zwracania się do różnych osób w różnych epokach historycznych.

Dlatego zęby mnie bolały, kiedy chłopak okrętowy mówił do Darwina po imieniu, kiedy Hitler zwracał się do byłego brytyjskiego monarchy „Książę Edwardzie, kiedy Ribbentrop używa określenia „król brytyjski” [s. 101], kiedy w posiadłości Darwinów nie widać żadnej służby i Karol ukrywa notatki w kominku i nikt tego nie widzi… halo!!! Haaaalooooo!!!!

Tak się nie robi. Po prostu, to się sprawdza. Da się. Internet to taka przydatna rzecz.

Archaizacje i język

Początek książki to czasy przed naszą erą, XIX wiek i pierwsza połowa wieku XX. Autorka nie chce używać współczesnego języka i archaizuje. Mogę powiedzieć tyle: zamiast Sienkiewicza warto poczytać Prusa. Jego język jest piękny i jest doskonałym przykładem XIX polszczyzny, do którego można było sięgnąć.

„- Darwin, niech cię o to głowa nie boli, jakobym czas swój marnotrawił” [s. 17]

„Osoba kapitana nie nosiła wszak śladów surowości, co jednak okazało się nieco złudne na dalszym etapie podróży]. [ibidem]

No dobrze, to ostatnie zdanie jest źle zbudowane, to prawda, ale głównie dlatego, że – jak podejrzewam – autorka chciała do uszlachetnić archaizacją.

Co ciekawe, po kilkunastu początkowych stronach po archaizacjach nie ma śladu i można odetchnąć z ulgą lub czymś, co ją przypomina.

Bo problemów z językiem jest więcej.

Emilia Nowak ma styl, który nazwałabym nieokiełznanym.

„Nieśmiałe jesienne słońce łaskotało przyjemnie w nos. Karol, wyszedłszy z zacienionej bramy, poczuł, jak delikatne promienie szaleją łobuzersko na jego nieco bladej twarzy, a w końcu ledwo zdążył sięgnąć po chusteczkę i wnet za uszami kapitana rozbrzmiało gromkie kichnięcie” [s. 17]

 

„Jego starannie ogolona twarz kłóciła się nieco z gęstymi czarnymi brwiami wiszącymi nad powiekami. Ubiorem przypominał marynarza: szerokie luźne spodnie, wielka jasna koszula z licznymi wygnieceniami oraz brudne buty, byle jaki czarny halsztuk, a także pokaźnych rozmiarów kapelusz szerokim rondem”. [s. 21]

 

„Spod gęstej czupryny ciemnobrązowych włosów spoglądały poczciwe oczy o niezbyt wyraźnej oprawie. Wąskie usta na pierwszy rzut oka przypominały grymas, który tracił na sile dzięki miękko zakończonemu nosowi i dużym, lekko odstającym uszom” [s. 38]

I jeszcze jeden, na zdjęciu poniżej.

Podsumowując: bardzo dobry pomysł na książkę!!!

Wykonanie – słabe 🙁 a szkoda.

Wielka szkoda, bo potencjał był i jest!

 

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *