Skip to content

„Templariusze i asasyni” Jamesa Wassermana, czyli maaaaatko jaki to gniot!

Last updated on 16 października 2020


Mam nieszczęście należeć do tych ludzi, którzy rzadko odkładają książki. „Jak to, ja nie dam rady?”, „Nie, dam mu/jej szansę”, „Może się rozwinie”, „To nie może być takie złe”. Wiecie, takie właśnie myśli chodzą mi po głowie, kiedy czytam jakiegoś gniota. To czemu nim nie rzucę w kąt?
Bo po pierwsze: książkami się nie rzuca, a po drugie, uczono mnie przecież, żeby się nie poddawać. Nie poddaj się! Wytrwaj! Idź do przodu!
No. Tak.


Chciałam uzupełnić wiedzę

Po raz kolejny przeleciałam przez „Królów przeklętych” Maurice Druona i chciałam odświeżyć to, co wiem o templariuszach. Jakie licho włożyło mi w ręce „Templariuszy i asasynów” Jamesa Wassermana – nie wiem i nie chcę wiedzieć.

Powinnam była przestać czytać tę książkę, kiedy wpadłam na następujący cytat, odnoszący się do tajemnych stowarzyszeń:

„”W opinii autora o wiele bardziej niebezpieczne [niż tajemne stowarzyszenia, uzupełnienie moje] są międzynarodowe stowarzyszenia powstałe w ostatnim stuleciu (takie jak Bilderbergers, Council on Foreign Relations oraz Royal Institute of International Affairs), które cierpliwie i nieubłaganie dążą do zbudowania rządu światowego. Członkami takich grup są politycy, biznesmeni, zarządzający mediami oraz dyrektorzy fundacji, którzy są w stanie nie tylko kształtować opinię publiczną, lecz także określić warunki debaty publicznej […]” [s. 21]

Powinnam przestać, ale nie. Brnęłam dalej. Dowiedziałam się, że:

„Etyczna degeneracja późnego społeczeństwa rzymskiego poprzedziła nas współczesny upadek w świecki humanizm i moralny relatywizm” [s.38]

Czy przestałam czytać? Nie! Nie poddaję się i nie rezygnuję!

Szłam dalej. Książka robiła się coraz bardziej bełkotliwa.

Autor „Templariuszy i asasynów”, niemiłosiernie powtórzę jego nazwisko, James Wasserman tłumaczył mi nie tylko przyczyny upadku Rzymu i łaciny, ale i tło krucjat oraz powstanie islamu. Użył określenia „orientalne hordy” [s. 42] w kontekście najazdów i wojen, które przewalały się przez Europę w VI i VII wieku. Nie podbił tym mojego serca, ale… co się będę poddawać?

Może dalej będzie lepiej. A jednak…

Im dalej w las, tym gorzej. Jasne jest jedno: autor nie ma daru jasnego przekazywania wiedzy. Miota się między kreśleniem „big picture” a szczególarstwem, które ma pokazać głębię jego wiedzy. Zarzuca wobec tego czytelnika setką nazwisk, przytaczając imiona kolejnych wezyrów i dowódców zamków, źle umieszczając ich w kontekście lub nie umieszczając ich w ogóle i przez to masakrując historię.

James Wasserman nie potrafi dobrze przybliżyć czytelnikowi niuansów i różnić pomiędzy szyitami, sunnitami, ismailitami i tak dalej. Mam złośliwe podejrzenie, że ich po prostu nie rozumie i dlatego miesza i kombinuje, robiąc mi mętlik w głowie. Co robi z templariuszami – nie chcę mówić, ale kilka dodatkowych siwych włosów na głowie dedykuje autorowi „Templariuszy i asasynów”.

Najgorsze jest to, że to jest po prostu źle napisana książką. Dowód? Proszę.

„Hasan zastosował wytrawna strategię, by przejąć ten zamek [Alamut uz. moje], który został powierzony aktualnemu właścicielowi szyickiemu imieniem Mahdi przez seldżuckiego sułtana Malik-szacha. Najpierw Hasan wysłał swych zaufanych ais, Husaina Quainiego wraz z dwoma innymi, by pozyskać konwertytów w sąsiednich wsiach. Wielu mieszkańców i żołnierzy w Alamucie potajemnie nawrócono na izmailizm. W końcu, we wrześniu 1090, Hasan potajemnie dostał się do zamku. Kiedy Mahdi zdał sobie sprawę, że Hasan zawładnął jego twierdzą, pozostawił ja w spokoju. Hasan dał mu w formie zapłaty weksel na 3000 złotych denarów. Opowiada się, że Hasan ofiarował tę sumę za połać ziemi, którą można przykryć zadem wołu. Następnie pociął jednak ów zad na cienkie pasemka i powiązał je tak, by objęły cały obszar zajęty przez skalę Alamut. Hasan skierował Mahdiego do domu pewnego bogatego szlachcica, który miał wykupić weksel. Mahdi niezbyt wierzył w ważność tego dokumentu, jednak kiedy w końcu przedstawił go szlachcicowi, ten ujrzawszy podpis Hasana, natychmiast ucałował papier i wypłacił mu należną sumę” [s. 107, interpunkcją oryginalna]

No więc widzicie, tak to wygląda

Cała książka jest taka. Może to autor, może tłumacz, bo musze przyznać, że tłumaczenie jest słabe. Sekta Koresha, której nazwę w Polsce najczęściej przekłada się na „Gałąź Dawidową” w książce jest „Branch Davidians”. Nazwy i nazwiska postaci historycznych są podane w zapisie, który nie odpowiada temu, jaki stosowany jest najczęściej w naukach historycznych, co powoduje zamieszanie i czasem za chiny nie wiadomo, o kogo chodzi. Przesadzam, ale tylko trochę.

Styl całości widać w przytoczonym wyżej fragmencie.
Tak, tłumacz przeszkadza. Bełkotliwa narracja nie zyskuje na klarowności ani na uroku, że o rzeczowości nie wspomnę.

Nie będę Was męczyć dalszą analizą

W „Templariuszach i asasynach” James Wasserman miota się między niewątpliwą miłością do historii, a własnymi fobiami i silnymi przekonaniami. Między niechęcią do religii (zwłaszcza zachodniego chrześcijaństwa) a bałwochwalczą miłością dla republiki rzymskiej. Między sensacją i okultyzmem a próbą bycia rzetelnym historykiem. Nie jest to dobra mieszanka.
Niewiele się dowiedziałam, przemęczyłam się z tą książką kilka godzin i nie jestem nawet pewna, czy znalazłam jedną pozycję w bibliografii, za którą chciałabym podążyć.

„Templariusze i asasyni” Jamesa Wassermana nauczyli mnie jednego: w życiu nie chodzi o to, żeby się nie poddawać, tylko o to, by wiedzieć, kiedy nie tracić czasu.

Published inCo teraz czytam? Czego słucham?

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *