Skip to content

„Taterniczki” Agaty Komosy-Styczeń, czyli twardy pierwiastek żeński

„Niezłego bigosu w tym całym wspinaniu narobiła Wanda Rutkiewicz. Nie dość, że wspinała się dobrze, to jeszcze miała tak zwane podejście sportowe. Faceci zgrzytali zębami, gdy podkaszała im co smakowitsze kąski, dokonując pierwszego polskiego wejścia na Everest w 1979 roku i na K2 w 1986 roku. Gdyby cały zestaw cech jej przypisywanych miał mężczyzna, mówiono by o nim: twardziel, indywidualista, ambitny, wie, czego chce. Wanda była kobietą, więc nie była twarda, lecz uparta, lubiła się kłócić, jej ambicja była chora, a do celu szła „po trupach”. Przytaczam tu tylko zasłyszane męskie opinie”. [s. 154]

Tak, celowo wybrałam taki, a nie inny cytat, żeby zacząć mocno i przyciągnąć Waszą uwagę.

Nie chciałabym jednak, by „Taterniczki” Agaty Komosy-Styczeń, wydane przez Wydawnictwo Prószyński, były postrzegane jako książka antagonizująca taterników i dzieląca ich ze względu na płeć. Tak nie jest.

To książka o kobietach w Tatrach, prawdziwe kompendium wiedzy o wspinających się paniach

Autorka zaczyna w wieku XVI od Beaty Łaskiej, pierwszej podobno niewiasty, która w Tatry wybrała się w celach podróżniczych. Komosa-Styczeń kończy swoją książkę opowieścią Anny Bieleckiej o jej wspinaniu się w Tatrach, o jej feminizmie i byciu kobietą w górach.

„Taterniczki” to piękna panorama historyczno-socjologiczna. Pokazuje bardzo różne postawy wobec gór, mężczyzn w górach i życia w ogóle. A! Zapomniałabym dodać, że nie traktuje jedynie o kobietach, które się wspinają, ale i o tych, o które schodzą w górach w dół, po podziemi – o speleolożkach, oraz o kobietach na skałkach i ścianach.

Powiedzmy sobie jasno – „Taterniczki” to książką, która nie upraszcza rzeczywistości

Nie ma tutaj martyrologicznego założenia „mężczyźni blokują nam szanse na rozwój” i nie ma miliona dowodów na uzasadnienie tej tezy. Co taterniczka/speleolożka – to inna postawa. Niektóre faktycznie uważają, że mężczyźni niespecjalnie cenią kobiety w górach i na skałkach i tylko czekają, aż wydarzy się jakaś katastrofa z ich udziałem.

Oto, co mówi Aleksandra Taistra o wspinaczce skałkowej:

„To był męski sport, z grunge’owym romantycznym towarzystwem w kraciastych gaciach, na pełnym luzie, pachnącym trawką. Nie mam nic przeciwko takiemu podejściu, tylko że ono w Polsce dominowało i co więcej, nie akceptowało odmienności. Jeśli się nimi nie ziomaliłaś, nie przyjmowałaś ich opinii, śmiałaś mieć swoje zdanie w sprawie treningu lub wyceny drogi, a do tego miałaś biust i miesiączkę – no to mogiła. Po prostu błąd systemu.
Byłam wściekła, dlaczego mentalnie tkwimy w bloku wschodnim, skoro sportowo chcemy iść do przodu”. [s. 206]

Inne nie widzą najmniejszych problemów, ani dyskryminacji – jak Alicja Paszczak:

„[…] nigdy nie odczułam dyskryminacji ze względu na płeć. W mojej karierze w ogóle nie spotkałam się z lekceważącym stosunkiem. Jasne, zawsze znajdzie się jakiś burak, ale nigdy nie usłyszałam, że „z babą to ja nie idę”, „baby źle się wspinają”, „z babami w górach są tylko problemy”. Nie miałam trudności ze znalezieniem osoby do wspinania. Jednak może to wynikać z faktu, że bardzo dużo wspinałam się ze swoim mężem. Zostaliśmy parą, gdy miałam 22 lata”. [s. 182]

I dalej:

„Nie sądzę, żeby kobiety miały gorzej, bo ktoś nie chciał ich ze sobą brać. Faceci też mieli ten problem. Ten, który chciał przeskoczyć poziom wyżej, musiał znaleźć takiego, który by go wziął na coś trudnego. A chętnych nie było wielu. Lepszy wolał chodzić dla siebie, a nie wspinać się z żółtodziobami”. [s. 184]

Są takie, które opowiadają, że o swoje góry i miejsce w nich musiały walczyć, a są i takie, które podkreślają rolę ich partnerów i mężów w ich drodze w góry.

Agata Komosa-Styczeń nie lukruje rzeczywistości i nie portretuje polskich taterniczek i speleolożek jako grupy, którą wiąże miłość siostrzana i która zawsze się wspiera. Nie. Jasno pisze o antypatiach i animozjach. O tym kto z kim lubił się wspinać, a kto kogo ścierpieć nie mógł. I jeśli ktoś pomyśli: „wiadomo, baby”, to znaczy, że celowo zapomina o tym, jak bardzo mężczyźni potrafią się nie znosić.

Opowieści i rozmowy

Autorka nie dość, że sięgnęła do źródeł historycznych (z Łaską nie dało się porozmawiać osobiście, co jasne) i rozmawiała z samymi taterniczkami, to jeszcze wyszukała znajomych tych pań, które same już swojej historii opowiedzieć nie mogą. Lub nie chcą.

Są także takie taterniczki, które nie lubią o sobie mówić

Dla nich ich bycie w górach, ich sukcesy – to nic takiego. Ot, poszły, zdobyły, wyszły, przenocowały w zimie na ściance, ale cóż? Każdy tak potrafi, prawda? Poraża mnie pokora tych kobiet, ich odwaga i sprawność fizyczna.

Wiele z nich nie walczyło nawet o to, by ich dokonania były zapisywane w annałach sportów górskich. By ich wejścia były odnotowywane. Często im nie zależało na tym typie docenienia, często nie miały czasu, często – nie chciały marnować czasu na walkę z wiatrakami. Bo jakkolwiek byśmy nie patrzyli – przeszkody były. Lekceważenie, paternalistyczne podejście, traktowanie kobiet jako kogoś, kogo się wlecze za sobą, umniejszanie dokonań i tak dalej, i tak dalej. Przeczytajcie książkę, przekonacie się, co mam na myśli.

Komosa-Styczeń rozmawia nie tylko z tymi skromnymi taterniczkami, które wzruszają ramionami, kiedy autorka wspomina, że dokonały rzeczy wielkich. Rozmawia także z tymi, które doskonale widzą swoją wartość i nie obawiają się o niej mówić. Jak pisałam wcześniej – to nie jet książka, której założeniem jest „zaoranie facetów”, to pozycja, która ma uzmysłowić ceprom i nie tylko, ile kobiet wspina się i wspinało się w Tatrach i ilu z nich nie mamy pojęcia.
Znamy niektóre.

Wanda Rutkiewicz to symbol

Zofia Bachleda tak ją wspomina:

„Znałam Wandę osobiście, ale dopiero wtedy [20 lat po śmierci Rutkiewicz – dop. ML] zrozumiałam, przez jakie piekło musiała przechodzić, doświadczając zawiści ze trony kolegów himalaistów. Przerastała wielu z nich talentem i charakterem, odniosła wiele spektakularnych sukcesów, ale łatwego życia nie miała. Była nieprawdopodobna – miała smykałkę do wspinania, była znakomitą sportsmenką i niesamowicie pracowitą osobą. Dorównywała mężczyznom a niejednego po prosty prześcigała. Dla męskiego towarzystwa to był szok. Nagle z ładnej koleżanki stała się rywalką. A rywal to wróg”. [s. 176]

Symbol lubiany albo nie, akceptowany albo nie – nie ważne. Zgadzam się z tym, co autorka napisała w cytacie, którym otwieram recenzję, że cechy charakteru często są inaczej postrzegane i nazywane w zależności od tego, czy osoba, której je przypisujemy jest kobietą czy mężczyzną. Tak jest i naszą rolą jest powoli wychodzić z tego paradygmatu i zmieniać te postawy i przyzwyczajenia.

Rutkiewicz była – zdaniem wspominających ją koleżanek i samej autorki – osobą, która zawsze kładła nacisk na stricte kobiecą wspinaczkę. Miała jednak kłopot – ona i wiele innych taterniczek – ze znalezieniem odpowiedniej partnerki. Takiej, która nie tylko sportowo jest dobra, ale która odpowiada i osobowościowo. Tak, wracamy do kwestii animozji i niechęci.

Jakkolwiek rozdział poświęcony Rutkiewicz jest objętościowo spory, to jednak

Agata Komosa-Styczeń w jej „Taterniczkach” skupia się raczej na mniej znanych – przynajmniej w tzw mainstreamie, paniach.

Dostajemy portret Zofii Radwańskiej-Paryskiej, pierwszej kobiety w TOPR. Zofii Steckiej, speleolożek Anny Okopińskiej i Izabelli Luty, i wielu innych pań, które na linach wspinały się w górę lub opuszczały się w dół.

W książce Komosy-Styczeń podoba mi się język i to, co on opisuje

Klarowny, prosty, nieprzesadzony. Autorka używa określeń charakterystycznych dla wspinaczy i speleologów, ale tłumaczy je. Nie ma bariery poznawczej dla tych, którzy weszli na Giewont i tyle wiedzą o górach, co stamtąd widzieli.

Jest także ten aspekt języka, który jest bolesny. Którym można pokazać czyjąś „niższość” lub – niby w żartach – pokazać swoją opinię o konkretnej osobie.

„[…] pokutowało przekonanie, że do klubów wysokogórskich dziewczyny ciągną po to, by złapać męża. Jasne. W górach chodzili najzdolniejsi i najprzystojniejsi, w klubie zawsze były tak zwane przytaterniczki, czyli dziewczyny, które się albo wcale nie wspinały i tylko czekały u podnóża gór z ciepłą herbatą, albo wspinały się niewiele. […] Jednak te, które łapały za linę, były surowiej oceniane. Taternicy nie patyczkowali się, jeśli chodzi o przezwiska. Te lepiej zbudowane sportsmenki nazywali „końmi” albo „babozwierzami”. Słyszało się też uwagi: „Nie wyglądasz na taką, co tylko śpi przy kobietach”, i część lepszych taterniczek klasyfikowali jako lesbijki. Jeśli nie mogli przyczepić się do techniki wspinaczkowej, to znajdowali tysiące innych powodów”. [s. 102-103]
To słowa Ewy Panejko-Pankiewicz.

Jest także w „Taterniczkach” Agaty Komosy-Styczeń prawdziwa kopalnia wiedzy o tym, jak kiedyś się wspinano.

Jak wyglądała „kariera” taternicza? Jak się nazywały oficjalne stopnie wtajemniczenia? Jak wyglądało szkolenie? Czego uczono, jak i kto to robił? Na czym się wspinano? Jak kompletowano sprzęt w czasach, gdy sprzętu nie było, a wyjazd „na Zachód” był marzeniem ściętej głowy? Jak zarabiano na liny i karabińczyki? Jak się przechodziło na słowacką stronę w czasach granic i kontroli granicznych? Wow, fascynujący kawałek historii, pięknie napisanej i pięknie podanej.

No i jest szczerość

Bo kobieca wspinaczka to nie tylko kwestia siły fizycznej i siły charakteru, ale i fizjologia. O tym także jest – szczerze i bez osłonek.

„Dziś są kubeczki menstruacyjne, specjalne przyrządy do oddawania moczu w terenie. A niefajne sytuacje przecież się zdarzają – kiedy tampon przecieka, kiedy trzeba sikać na skale. I tu trzeba mieć ten twardy pierwiastek żeński. Nie męski, tylko właśnie żeński. To nie jest równoznaczne z byciem babochłopem, ale przymagnezjowaniem plamy krwi na tyłku, żeby takie niedogodności nie zawaliły całej wspinaczki. Nie załamywać się, jak partner obsika cię w ścianie”. [s. 211]

Za dużo? Za mocno? Tak? Dla mnie to właśnie jest piękne w książce Agaty Komosy-Styczeń: dbałość o pokazanie wieloaspektowości kobiecej obecności w górach. Od pereł i krynolin po kubeczki menstruacyjne. Bądźmy tam, gdzie chcemy być.

Bardzo polecam „Taterniczki”. Dały mi dużo siły i pokazały, że siła niejedno ma imię i niejedną postać. Wiem, to truizm, ale czasem najszybciej wylatują z głowy proste prawdy.

 

 

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *