Szykuję się do wypuszczenia w świat trzeciej części „Drogi Smoka”

Pierwszy fragment trzeciej części poniżej

Trzasnęłam drzwiami i poszłam, jak stałam, w sięgającym mi do kolan podkoszulku, bokserkach i niezawiązanych glanach, do sąsiadów. Nie, żebym się jakoś szczególnie naszła. Daleko nie mam. Czterdzieści metrów, no, góra pięćdziesiąt. Było po szóstej, więc wiedziałam, że Michał, mój sąsiad i przyjaciel od czasu, kiedy uczyliśmy się korzystać z nocników, był już w pracy i kroił ludzi. On lubił w poniedziałki zaczynać operacje bardzo, bardzo wcześnie. Pierwszą miał właśnie o szóstej. Podobno i pielęgniarki, i asystenci tego nienawidzili, ale doktor Nitsch był tak dobrym chirurgiem, że nikt nie śmiał mu powiedzieć, że nie może przyjść i asystować mu, bo imprezował w weekend.
Ciocia Mary była w domu. Jej Toyota stała ciągle na podjeździe. Mary jechała dopiero na ósmą, bo jej „pacjenci” już nigdzie się nie spieszyli. Zresztą ona zawsze twierdziła, że kobieta pod pięćdziesiątkę musi się wysypiać.
Wparowałam zatem do kuchni i wywarczałam swoje „dzień dobry”, a następnie posadziłam dupsko na krześle, przy stole.
Ciotka podniosła głowę znad tabletu. Pani Basia, kucharka, uniosła oczy do sufitu i z wyrazem twarzy męczennicy podała mi kubek herbaty, mojego ulubionego earl greya. Pani Oleńka, gospodyni i sprzątaczka w jednym, podniosła głowę znad komputera, w którym, jak zwykle w poniedziałek, podliczała wydatki domu z poprzedniego tygodnia. Fuck. Może to jednak nie jest dobra pora na wizyty?
– Pani Jędrusia w cudownym humorze, jak widzę. A cóż to się zdarzyło tym razem? – pani Oleńka mówiła z lekkim przekąsem, coś wpisując w arkusz i wywalając do kosza paragony.
Miałam ochotę jej pokazać język, albo powiedzieć coś brzydkiego, no jak pragnę, kurwa, zakwitnąć. Wiedziałam jednak, że przy ciotce nie mogę kląć, bo dom Nitschów to nie koszary. Tak, to cytat z mojej ciotki.
– Czy mogę zabić miłość swojego życia? I pogrzebać gdzieś pod cioci różami? – podniosłam wzrok na ciągle piękną, szczupłą blondynkę, która od kilkunastu lat próbowała być najbliższą mi kobietą. Pytanie brzmiało, przyznaję, dość dramatycznie. Ale było poważne. Śmiertelnie poważne.
– Nie, nie możesz. Mogłaś iść na prawo, wiedziałabyś, że za morderstwo się siedzi i wiedziałabyś nawet, ile się siedzi.
To był zwyczajowy argument, używany nie po to, by dopiec, tylko po to, by mnie rozbawić. Po kilkudziesięciu latach używania niektóre argumenty pięknie się zestarzały i zrobiły się nawet śmieszne.
– Pani doktor nie zwraca uwagi na to, co pani słyszy. Nie ma sensu, to tylko zachęci niektórych do mówienia. Pani Jędrusia dramatyzuje, jak to ona. Co tym razem? – harpia rodzinna odwróciła się w moją stronę – Nie mogła pani popełnić seppuku nożem do ryb, czy może poproszono o założenie spadochronu przy skoku z samolotu? Albo był kłopot z powodu tego samotnego plątania się po Mistrzejowicach po północy? W czasie zamieszek? Sama pani nie wie, pani Jędrusiu, co pani ma i nie wie pani, jak bardzo powinna się pani cieszyć – powiedziała krynica mądrości Woli Justowskiej, pani Oleńka.
Pani Basia tylko pokiwała głową. Daję jej pięć minut na wejście z jakimś jej argumentem. Po co ja tu, kurważ mać, przyszłam, to nie wiem. Znikąd człowiek nie ma ratunku i znikąd wsparcia. Rodzina, ja pierdolę, to padaka.
Ciotka ukryła uśmiech i uniosła jedną, pięknie i naturalnie zarysowaną brew, jakby rzucała mi wyzwanie.
Olałam harpie domowe z dumą i opanowaniem, z którego słynęłam.
– Ja kiedyś naprawdę popełnię morderstwo. Przez tę nadopiekuńczość, przez paranoiczne dbanie o tak zwane „moje dobro”, przez wkładanie łba we wszystko, przez pilnowanie żebym się nie spociła i nie złamała przypadkiem paznokcia! – wywarczałam, sięgając po kanapkę.
Pani Basia przejechała ścierą po moich plecach. Auć, boli, kurwa, no. Przemoc sąsiedzka, jest na to paragraf? Right, mogłam iść na prawo, wiedziałabym.
– Zje pani w domu, pani Jędrusiu. Zresztą, rąk pani nie umyła. Tu jest porządny dom.
Cholera, ta też z „panią Jędrusią” wyjeżdża. Co ja jestem, damska wersja Kmicica, czy chuj? Popatrzyłam na ciotkę z uniwersalnym spojrzeniem pytającym „da fuck”, ale ciotka Mary wybrała dzisiaj ignorowanie mnie.
– Jakie ty miałaś szczęście – powiedziałam jej, podnosząc oczy znad kubka – wyście się z wujkiem nigdy nie kłócili.
Tak to właśnie pamiętam. Spokój, ciepło, bez kłótni i spektakularnych wybuchów emocji. Może nie romans stulecia, ale też nie dom, gdzie aż kipiało od gniewu, jak w moim domu rodzinnym.
Moi rodzice nie tworzyli najlepszego związku świata.

~~***~~

Trzy panie w kuchni popatrzyły na siebie, potem na mnie, a potem zaczęły się śmiać. Pani Oleńka autentycznie płakała ze śmiechu, zanosząc się prawie i kładąc rękę na pokaźnym biuście, pani Basia przykucnęła przy kuchence i trzymając się szafki, rżała jak hiena, a ciotka ocierała łzy i w końcu zdjęła okulary, masując miejsce między brwiami. Tak robiła, kiedy próbowała się opanować. Kompletnie nie miałam pojęcia, o co tym cholernym babom chodzi i dlaczego kwiczą ze śmiechu?
– Doktorostwo strasznie się kłóciło. Profesor – czyli wujek Stanisław – był upartym osłem…
– Pani Oleńko… – skarciła ciotka łagodnie, ale nie zaprzeczyła.
– Pani doktor jak zwykle uprzejma, ale profesor, świeć Panie nad jego duszą, był trudnym człowiekiem, i więcej niż upartym osłem. A i doktor charakter miała, i ma. Tylko, że – popatrzyła na mnie – oni szybko się godzili. Bo rozmawiali. Ot, i cała, wielka tajemnica. I nikt drzwiami nie trzaskał.
Niemożliwe, żeby moje trzaśnięcie drzwiami było słychać aż tutaj. Czyli taka figura, kurwa, retoryczna jest w użyciu, rozumiem. Pani Oleńka popatrzyła na mnie jak na niedorozwiniętą. Wuj był starszy od ciotki o jakieś dwadzieścia lat i faktycznie, charakterek to on miał. Michał go po nim odziedziczył, debil jeden.
– A pani Jędrusia, to na cuda liczy. Żeby wszystko było, jak kiedy pani panienką była, niezamężną. Tylko wolność i junacka swoboda, i byle żadnej zmiany nie było. A teraz ma pani kogoś i trzeba się dogadywać. Kompromisy wypracowywać, rozwijać się jak dorosły człowiek, nie wieczny nastolatek. Pracować nad związkiem trzeba. No tak, co pani Jędrusia tak oczy wytrzeszcza? Sama pani z sobą czasem się dogadać nie umie, przecież wiem, znam panią od pieluch, nie? – mówiła, układając ważniejsze rachunki w równe kupki na stole – A myśli pani, że jak się jest w małżeństwie, to od razu i cudem jakimś człowiek z człowiekiem się dogada? Trzask, prask i już? Cuda i czary mary? Tyle pani w tym świecie była, ale rozumu, to pani nie przybyło od tego jeżdżenia.
Siadłam prosto, lekko urażona.
– A jak jest inaczej, niż się pani Jędrusi wydaje, to… – pani Basia siadła i zaczęła obierać ilość ziemniaków, która by wystarczyła dla kompanii wojska – … to się pani jak jakiś żółw, cała w sobie chowa i wszystko w sobie obraca, i coraz gorsza się pani z tego obracania robi. Pani dorośnie, pani Jędrusiu. Pani zobaczy, co pani ma i pani przestanie się zachowywać, jakby pani była jo-jo jakieś. Nie miotać się, tylko myśleć, pani Jędrusiu. I to nie tylko o sobie, no. Szarlotka będzie na wieczór, proszę tam w domu powiedzieć. Bez cukru robię i z różą, spodoba się.

~~***~~

O Chaosie błogosławiony, jak ja potrzebowałam rzucić kurwą, albo dwiema! Albo coś. Czymś. Przyszłam tu, po ciężkim sporze w domu, zablokowałam dokładnie wszystko w środku i byłam jak reaktor atomowy, zero wycieków emocjonalnych. Liczyłam, że baby pokiwają głowami, powiedzą mi, że jestem biedna, że wszystko będzie dobrze, że faceci to dranie i nic nie rozumieją. A tymczasem dowiedziałam się od tych prawie emerytowanych harpii, że jestem dziecinna i niedojrzała. Zabolało mnie to, ale jako że chcę jeść i dalej wieść wygodne życie, to ugryzłam się w język. Taka jestem dojrzała, wiem, kiedy przytrzasnąć japę. Zwłaszcza w towarzystwie własnej kucharki i gospodyni, no, dzielonych z Nitschami, ale własnych.

~~***~~

– W gabinecie jest moja torba z komputerem. Przyniosłabyś? – ciotka wstała, odstawiła filiżankę i zaczęła się zbierać do wyjścia. Figurę miała jak dwudziestolatka. Powinnam jej zazdrościć.
Tyle mam z kobiecego wsparcia. Tu z jednej strony są nadużycia werbalne, z drugiej konkurencja estetyczna. Oto moje życie, bardzo proszę o oklaski, szlag jasny i krew troista by to zalała, no. W wojsku było mi lepiej. Camaderie jakieś było, a tu nic. Nic.
Powlokłam się za ciotką na podjazd, podałam jej torbę. Wiatr był zimny, ten sierpień w Krakowie to jeden z ciekawszych miesięcy, jakie pamiętam. Był jedynie dla wytrzymałych nerwowo i zdrowotnie. Było jak w listopadzie. Inwersja, kurwa, temperatur. Wiatr śmigał mi po gołych nogach i kropelki deszczu lądowały na chłodnej skórze. I ja, i ciotka wiedziałyśmy, że gówno mi będzie, więc nie usłyszałam, że mam wrócić do domku i ubrać czapeczkę. Niektórzy lekarze są cool, zwłaszcza ci, którzy zajmują się zwłokami.
– O co chodzi, tak naprawdę? – zapytała, siadając w samochodzie. Przycupnęłam, schowawszy się za otwartymi drzwiami toyoty, na krawężniku. Podkoszulek włożyłam między nogi, żeby ciotce nie świecić w oczy kroczem odzianym w męskie gacie. Mam jakąś wrażliwość.
– Nie pozwolę nikomu decydować o tym, co robię – wysyczałam w przestrzeń. Pokiwała głową.
– Zrozumiałe – powiedziała po prostu
– I, kurwa, przepraszam za wyrażenie, nie mam pięciu lat i wiem, co mogę, a czego nie, co mi zaszkodzi, a co nie – kopnęłam kamyk pod podwozie.
– Zrozumiałe – powiedziała, ale tu zrobiła pauzę. Popatrzyłam na nią, trochę niepewna, czy nie wypomni mi tych momentów, kiedy robiłam tylko to, co mi szkodziło. Wojsko to nie jest zakład pracy chronionej.
– I… – zatrzymałam się, nie wiedząc, co powiedzieć więcej.
Bo, prawdę mówiąc, nie było nic więcej do powiedzenia. Wiatr musiał mnie otrzeźwić. Jak na powody do takiego dramatu, z trzaskaniem drzwiami i ucieczką do sąsiadów, to faktycznie było to słabawe. Umiem się przyznać do wtopy, nie?
– I? – ciotka czekała w milczeniu.
Wzruszyłam ramionami. Co miałam powiedzieć? Że to wszystko? Zrozumiała, kiwnęła głową.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *