Skip to content

Sztuka zaciekawiania – ma znaczenie!

Last updated on 13 kwietnia 2022

„Czynność opowiadania jest dla człowieka czymś oczywistym jak jedzenie czy oddychanie, ale też – choć to zapewne mniej oczywiste – opowiadanie jest równie ważne. Umiejętność tworzenia i rozumienia fabuł pozwala nam pojąć świat wokół nas i samych siebie. „Spóźniłem się, bo tramwaj nie przyjechał i szedłem pieszo” – mówimy, budując logiczny związek między przyczyną i skutkiem, ustalając relacje czasowe wydarzeń, ustalając miejsce akcji. W setkach codziennych opowiadań wyjaśniamy sobie i innym przypadki naszego życia”. [s. 179]

„Sztuka ma znaczenie” pod redakcją Dagmary Rode, Marcina Składanka i Macieja Ożoga to kolejna książka, po którą sięgnęłam, będąca zbiorem różnorodnych artykułów naukowych, których tematyka wiąże się z niezwykle szeroko rozumianą sztuką, a która pomyślana jest i stworzona jako hołd i podziękowanie dla naukowca i wychowawcy.

Bohaterem tej publikacji Wydawnictwa Uniwersytetu Łódzkiego jest prof. Ryszard W. Kluszczyński, medioznawca i kulturoznawcą, od czasu swoich studiów związany z UŁ. 

Powiedziałam, że „Sztuka ma znaczenie” to zbiór artykułów naukowych na różne tematy – i tak naprawdę jest!

Ot, weźmy takie kino!

Zasięg tematyczny prac zebranych w tym tomie obejmuje zarówno eseje o tytanach kina (Godard), eksperymentatorach (Bunuel), zacnych, acz specjalistom nie znanych twórcach (Kirsanoff), Polakach (Kutz), kinie popularnym (Avengersi) czy wreszcie analizie statystycznej obrazu kinowego (Gwiezdne Wojny!). Oszałamiająca jest ta szerokość tematyki, prawda?, a przecież wypisałam tu jedynie artykuły dotyczące kina! A gdzie inne? Literatura, przedmioty codziennego użytku? Sztuka interaktywna? Cyberkultura? Ta ostatnia opisana jest – co muszę przyznać – ze swadą, naukowym zacięciem i odwagą w eksponowaniu medium, które tworzy się i zmienia każdego dnia. 

W tomie napotkamy i mainstream, i eksperymenty, których nie ogarnęłam, bo jeszcze o nich nie słyszałam! 

Co ciekawe – autorzy artykułów w „Sztuka ma znaczenie” piszą tak, że mocno mnie zaciekawili! Pomachali mi przed nosem tymi fascynującymi i nowymi rzeczami, jakby zadając pytanie: ale jak to „tego nie znasz?”. 

Pobudzanie ciekawości – najpiękniejsza rzecz, jaką mogła mi przynieść ta naukowa książka. 

Język! 

„Zawodowe poszukiwanie prawdy to epistemologiczna prostytucja, zadanie jednocześnie zaszczytne i poniżające, zwłaszcza że często znajduje się ją w rynsztoku”. [s. 180]

Tak, „Sztuka ma znaczenie” jest publikacją naukową – co do tego proszę nie mieć najmniejszej wątpliwości. Jednak większość artykułów napisana jest tak, że laik lub prawie-laik nie czują się zagubieni, odcięci od znaczeń poprzez użyty język. Naukowa przystępność – tak zdefiniowałabym to, jak napisano tę książkę. I to jest – przynajmniej w moim pojęciu – pochwała. Nie sztuka pisać dla wybranych, sztuką jest popularyzować wiedzę i naukę tak, by zachęcać i przybliżać innym nowe treści, pojęcia, zjawiska. 

Oczywiście, kilka artykułów wymagało większej pracy intelektualnej (analiza statystyczna na przykładzie „Gwiezdnych wojen”), ale to raczej funkcja braku wystarczających kompetencji czytelniczki (mnie) niż czegokolwiek innego. 

Tyle ogółu, a może teraz jakiś szczegół?

„Detektyw więcej czasu poświęca […] na kontemplowaniu garderoby zmarłej niż poważnym poszlakom, czeka zamiast działać, wreszcie niemal cudowny sposób znajduje rozwiązanie zagadki, które przez większą część opowieści w ogóle nie było sugerowane. Najbystrzejszy amator literatury detektywistycznej nie ma szans domyślić się zakończenia. Nawet w finałowej scenie narrator nie podsuwa żadnych wskazówek, zamiast tego koncentrując się na oliwkach i likierze komisarza”. [s. 172-173]

Muszę przyznać, że zwykłam tego typu zbiory artykułów czytać na wyrywki. Nie każda tematyka interesuje mnie w równym stopniu i jestem książkową sybarytką: wybieram wpierw to, co lubię. Rzuciłam się zatem na „Oliwki komisarza Maigret” Piotra Sitarskiego. Raz – ponieważ uwielbiam tego starego, milczącego detektywa, który więcej spraw rozwiązuje w barze niż na komendzie, który jest nieco pesymistyczny i który ma empatię i dla ofiar, i dla większości sprawców, który ceni jedzenie i zawsze obiecuje żonie, że nie wróci późno. Dwa – ponieważ w tytule swego eseju autor nawiązał (tak mi się przynajmniej wydaje i taką mam nadzieję) do innego autora kryminałów, Andrei Camilleriego i jego „Pomarańczek komisarza Montalbano”. Camilleriego uwielbiam, a komisarz nie dość, że ma cechy wspólne z Maigretem, to jeszcze mnie poważnie zastanawia. Jak można tyle jeść i… nieważne! 

Wróćmy do tematu, czyli do artykułu Piotra Sitarskiego. 

„Podczas gdy cała reszta dokonań pisarskich oczarowana jest potęgą swobodnego eksperymentowania, kryminał z godnością godzi się na podporządkowanie sztywnym zasadom i regułom”. [s. 176]

Sitarski analizuje „Maigret i trup młodej kobiety”,  jedną z powieści George’a Simenona, patrząc na nią pod kątem jej przystawalności do stworzonego jeszcze w XIX wieku kanonu powieści detektywistycznej. Paradoksalnie – Simenon łamie kilka ważnych zasad, ale książce to nie szkodzi. Dalej czytamy ją z zainteresowaniem, jeśli nie z zapartym tchem, dalej kibicujemy komisarzowi Maigret, w dalszym ciągu czujemy lekkie poczucie winy, gdy inspektor Lognon – mimo jego pracowitości, rzetelności i trzymania się zasad pracy detektywistycznej – nie odgaduje prawdy i nie łapie sprawcy zbrodni, a zamyślony, kierujący się intuicją Maigret – tak. 

Dlaczego tak się dzieje?

Czemu odkładamy zasady na bok? Bo Simenon wie, że może naginać wszelkie normy pisania kryminału, prócz jednej – tej dotyczącej utrzymania zainteresowania czytelników. A to stary mistrz potrafi i to jak! A diabeł u niego tkwi w szczegółach, na które właśnie uwagę zwraca nam Sitarski. 

„Oliwki komisarza Maigret” to nie tylko fascynująca analiza pewnego – zapomnianego już pewnie – kryminału, ale i szybki rzut oka na historię samego gatunku oraz na rozwijającą się w symultanicznie z kryminałem – historię profesjonalnych detektywów i policji kryminalnej. 

To tyle zachęty do czytania tym razem. Warto sięgnąć po „Sztuka ma znaczenie” nie tylko dla komisarza Maigreta, ale i choćby dla uzyskania odpowiedzi na pytanie jak Avengersi zmienili sposób myślenia o superprodukcjach, kaja kolorystyka przeważa w każdej z części „Gwiezdnych wojen”, jak przyjęto „Nikt nie woła” Kazimierza Kutza, kiedy i gdzie kończy się literatura, czy jak powstawało motion capture.

„Sztuka ma znaczenie” zawędrowała do mnie za pośrednictwem portalu Nakanapie.pl – dziękuję!

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.