„Synergis” Michała Lelonka

Wszystkich czytających zapraszam do przeczytania disclaimera do całej kategorii „recenzje”

Nie powiem, jak dostałam do rąk „Synergis” Michała Lelonka, bo człowiek musi mieć jakieś tajemnice. Powiem tylko, że chciałabym, żeby ten Autor miał szansę się ukazać w papierze i żeby nie trzeba było jego książki przesyłać sobie mailem. 

Dlaczego? 

Bo jego debiutancka i ciągle pozostająca w „maszynopisie” książka jest erudycyjna, nieewidentna, bo drażni i inspiruje, bo zmusiła mnie do myślenia, zaciekawiła i… wkurzyła do łez. Ale po kolei. 

Zacznijmy od akcji. 

Żeby nie spoilerować, będzie krótko i bez szczegółów. Z uśmiechem, pełnym wyższości, informuję, że one są niezwykle ważne. 

Ludzkość odkryła jak poruszać się po kosmosie i robi to z zapałem. Pokoju pilnuje flota United Humanity, a gospodarczy impuls rozwoju cywilizacji dają korporacje. Napięcie między zyskiem, a wartościami jest widoczne, a pod powierzchnią dzieją się bardzo nieładne rzeczy. To poziom polityczno-socjologiczny narracji.

Bohaterem „Synergis” Michała Lelonka jest komandor Jazon Iolcos, który pewnego dnia dostaje polecenie udania się na planetę Beryl, na której znaleziono artefakt, który… tu zawieszam głos i opis, żeby nie ujawnić za wiele. Powiem tylko tyle: będą Inne Cywilizacje, będzie odkrycie, przy którym napęd grawitacyjny wysiada, i będzie chęć zawłaszczenia nie swojej własności intelektualnej. 

W tym samym czasie, kiedy dowództwo wysyłało Jazona i jego uszkodzony statek kierunku planetu i artefaktu, podobny rozkaz dostał kpt Scypion Diomedes, kapitan najlepszego statku jednej z wielkich korporacji. Powiedziano mu: jedź na Beryl i wiesz co. Scypion wiedział co. Jak rozumiecie, wyścig o to, kto dostanie artefakt w ręce właśnie się rozpoczął. 

To poziom ludzko-narracyjny powieści.

Brzmi znajomo? Może. Ale nie sam wyścig jest ważny, tylko bohaterowie i to, co ta rozgrywka z nimi zrobi. 

Rzeczy ważkie i dobrze napisane

Liczy się także rodzaj pytań, jakie sobie bohaterowie zadają i wybory, przed którymi stają. A wybory oznaczają życie i śmierć. Ich, ich załóg, ich przyjaciół, ludzkości nawet. Wybory nie są ewidentne, bo są naznaczone historią. Zarówno tą galaktyczną, jak i tym, co zdarzyło się z poprzednikami ludzkości, rasą, która zostawiła artefakt na kosmicznym zadupiu. Na rozgrywce  piętno wycisnęły także dotychczasowe doświadczenia Jazona i Scypiona, załogi z planety Beryl i osób postronnych, nawet dziwek. 

Michał Lelonek opisuje i naparzanki, i kłótnie, i pogonie i strzelanki, i wszystko to, co powinna mieć porządna space opera, ale znowu… gdybym napisała, że „Synergis” jest tylko o tym, skłamałabym i skrzywdziłabym tę książkę. 

„Synergis”, a raczej jego Autor nie pływa bowiem po powierzchni rzeczy. Imiona bohaterów nie są prostym wyborem ze strony „imiona greckie” i „imiona rzymskie” z Wikipedii. Nie, on sięga do mitów greckich, do korzeni i delikatnie nas tam odsyła, kotwicząc naszą percepcję. Oczywiście, że bez znajomości mitologii da się „Synergis” czytać i zrozumieć! Ale fun jest mniejszy. 

To jest poziom mityczno-kulturowy narracji. 

Michał Lelonek, kiedy pisze o wirusach, to także nie pisze jedynie o „kawałku RNA”, tylko wyjaśnia, czym to diabelstwo jest. Biochemia, geologia i fizyka, są ważnym elementem „Synergis” i akcji powieści, ale nie upadajcie na duchu. Autor prowadzi nas za rękę i nie zostawia w naukowym piekle humanistów.

O proszę, warstwa naukowa ujawniła się sama. 

Ale znowu, to nie ona jest najważniejsza, nawet kiedy dotyczy tego, jak artefakt oddziałuje i działa na ludzi, w każdym razie nie jest zasadnicza dla mnie. Wiadomo, że jeśli pojawia się artefakt, to musi mieć wpływ na bohaterów książki, prawda? To nie ja to wymyśliłam, tylko Czechow. Strzelba wisi, to strzelba musi wypalić. O rany, jak ta wypala! 

Co w końcu jest najsilniejszą stroną „Synergis”?

Powód, dla którego „Synergis” czytałam więcej niż jeden raz, to psychologia, wgląd w głowę głównego bohatera. Od razu uprzedzam: na kawę bym z nim nie poszła, bo mnie irytuje. Ale to, jaką pracę wewnętrzną komandor Iolcos nad sobą wykonuje i to, jak Michał Lelonek to opisuje, jest niesamowite. 

Wiecie, podróże wewnątrz siebie nie są proste do opisania. Monologi wewnętrzne są ciekawe, pod warunkiem, że postać ma zauważalne wnętrze. A tu jest coś więcej! Jest cały wewnętrzny świat bohatera. W dodatku są elementy wizyjne i oniryczne, jedne ukryte w drugich. To są najlepsze części „Synergis”, to jest coś, co może być prawdziwą perełką. To duże części narracji, ale żadnej ze stron bym nie opuściła. Widać, że Autor to miał przemyślane najlepiej, bo jest to po prostu dobre i prawdziwe.

Nie samą psychologią człowiek żyje, w końcu to SF!

Co jeszcze mnie zafrapowało? Ucieczka od infantylizacji podróży międzygwiezdnych. Ja to piszę, człowiek, dla którego Jean-Luc i Kirk, że o Scotty’m nie wspomnę, są rzeczywistymi bohaterami, zupełnie jak Wellington czy Oda Nobunaga. 

Tu nie ma romantycznych kolacji przy świetle przemykających za „szybami” konstelacji. Tu jest nuda i udręka, i nuda. `i jeszcze więcej tego pierwszego. Znużenie i samotność. Pogoń zamarzeniami i gorycz po ich osiągnięciu. Pustka, która jest nie tylko za burtą statku. Szarość tego aż lepi się do palców i zatyka nos. Zmusza do przywołania tego komunału: zastanów się, o czym marzysz, bo marzenie może się spełnić. 

Są też rzeczy, które mnie zirytowały

No pewnie, że tak. Nawet w „Diunie” są takie rzeczy. 

Jestem feministką, nigdy nie ukrywam tego faktu. Uważam, że bycie kobietą nie sprawia, że jestem słabsza, głupsza, mniej sprawna, mniej zdolna do różnych czynności i działań. Jeden chromosom różnicy i inaczej ukształtowane gonady nie sprawiają, że mam się stać istotą drugiej kategorii, obłożoną zakazami i tabu, tylko dlatego, „że tysiąclecia cywilizacji tak ułożyły i zdecydowały”. Taki jest mój feminizm. 

Dlatego nie lubię postaci kobiecych w „Synergis”. No nie lubię. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach oraz redakcjach tej powieści się wyemancypują. Bardzo za nie trzymam kciuki. Jakby co, przyjdę im pomóc „palić staniki”.

Nie jestem także specjalnym fanem głównego bohatera, Jazona Iolcosa, co już wspominałam. Jest postacią o pięknie napisanym wnętrzu. Postacią, po którego snach, wizjach i autoterapiach mogłabym chodzić godzinami. To prawda, ale lubić go nie lubię. Bywa. Co-bohater, „Synergis” Scypion, i lekarz stacji na Berylu, Mat bardziej mi odpowiadają. 

Nota końcowa

Pisząc tę „recenzję” doskonale zdaję sobie sprawę, że „Synergis” tak de facto jeszcze nie wyszła, że nie pracował nad nią żaden redaktor z prawdziwego zdarzenia, że jest work in progress. Wy też to weźcie pod uwagę, jeśli wpadnie Wam w ręce plik z tą książką. Ocenianie czegoś, co jest niegotowe, wymaga, w mojej opinii, świadomości, że ocenia się coś, co jeszcze rośnie i dojrzewa, że to coś może się znacząco zmienić. Coś, co jest zamierzone jako część większej całości. I z takim podejściem sięgajcie po „Synergis”.

I jeśli macie znajomego wydawcę, podpowiedzcie, że jest taki Autor, którego można wydać, bo jest ciekawy i dobrze się zapowiada. 

Strona Autora: imperi.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *