Skip to content

„Świerczewski” Krzysztofa Potaczały, czyli jak stworzono komunistycznego męczennika

„Grzegorz Ostasz z IPN: „Wiosną 1945 r. podczas operacji łużyckiej błędy taktyczne z reguły nietrzeźwego gen. „Waltera” – „skłóconego z podwładnymi, którzy odmawiali wykonywania niedorzecznych rozkazów” – poskutkowały rozgromieniem 2. Armii [która dowodził Świerczewski – dop. ML] przez niemieckie wojska feldmarszałka Ferdinanda Schörnera. Świerczewski „dowodził chyba w pijanym widzie”, samowolnie modyfikując dyrektywy sowieckiego marszałka Iwana Koniewa. Buńczucznie lekceważył Niemców (…), „pchał pułki wprost pod zaporowy ogień przeciwnika” – toteż bitwa pod Budziszynem, stoczona w ostatnich dniach wojny, zakończyła się sromotną klęską”.
W dwutygodniowej operacji łużyckiej dowodzona przez „Waltera” armia traci aż 57 procent czołgów i dział pancernych. Straty w ludziach są koszmarne: prawie pięć tysięcy poległych, blisko trzy tysiące zaginionych bez wieści i ponad dziesięć tysięcy rannych, spośród których wkrótce część umiera. Jak wyliczają historycy wojskowości, to aż 27 procent wszystkich strat poniesionych na froncie w ciągu dwudziestu miesięcy istnienia Ludowego Wojska Polskiego”. [s.49]

Kidy byłam dzieckiem, Świerczewski był wszędzie, nawet na banknocie…


Prawdę mówiąc miałam dość tych „żywotów świętych”, których mnóstwo było w szkole. Dlatego nie żałuję, że nie sięgnęłam wcześniej po żadną nowoczesną książkę o Świerczewskim.

Nie żałuję, bo Krzysztof Potaczała napisał książkę świetną. Jego „Świerczewski” nie jest żadną biografią komunistycznego generała, choć informacje biograficzne pojawiają się na tyle, by czytelnik zrozumiał postać i kontekst.

Czym jest zatem „Świerczewski” Potaczały?

Jest biografią zakłamywania historii Bieszczad na wielu poziomach. Jest biografią celowego zapomnienia, kłamstw, półprawd i przemilczeń. Autor pokazuje w sposób równoległy ewolucję miejsca pamięci w Jabłonkach, tego poświęconego Świerczewskiego, z ewolucją mitu i rozwojem świeckiego i masowego kultu komunistycznego świętego.

Mocne, nie? A książka jest jeszcze mocniejsza

Dobrze, opowiem o niej trochę, choć wolę, by mówiły o niej cytaty – dlatego jest ich tak dużo. Ale coś chcę napisać, byście wiedzieli, po co sięgacie.
Otóż Krzysztof Potaczała najpierw przedstawia nam Świerczewskiego: młodość, wyjazd do Rosji, jego związki z komunistami. Autor przypomina, że Świerczewski wcześnie związał się zawodowo z wojskiem i w wojnie 1920 roku walczył… po stronie rosyjskiej.

„Świerczewski idzie w bój bez cienia wątpliwości, czy w słusznej sprawie. Dlaczego walczy po stronie bolszewików? Córka Antonina Karłowna mówi po latach: „Chyba uważał, że niesie wolność polskim robotnikom i chłopom. Armia Czerwona miała ich wyzwolić od kapitalizmu. […] [Świerczewski – dom. ML] Mocno przeżywa Cud nad Wisłą, bo wcześniej wyobraża sobie, jak z czerwonymi sołdatami wkracza zwycięsko do rodzinnej Warszawy. Rany fizyczne się goją, gorzej z psychicznymi. Ratunkiem okazuje się służba w Szkole Czerwonych Komunardów w Moskwie, gdzie Świerczewski jest dowódcą batalionu i wykładowcą”. [s. 40-41]

Później następuje przypomnienie hiszpańskiego etapu w życiu Świerczewskiego: to, jak fascynował dziennikarzy i pisarzy (Hemingway!), jego romanse, ale i pijaństwo.

„To w Hiszpanii tworzy się i dojrzewa mit generała „Waltera”, a dziennikarze robią z niego romantycznego wojownika, który nigdy, w żadnych warunkach nie cofa się przed ogniem nieprzyjaciela. Ale nie wszyscy postrzegają go jako człowieka czynu, walczącego o wolność hiszpańskich mas. Pseudonim „Walter” ma związek z jego ulubionym pistoletem Walther PP. Rozstrzeliwuje z niego jeńców, dezerterów i innych „wrogów ludu”. Według badaczy tamtego okresu Świerczewski ponosi dodatkowo współodpowiedzialność za śmierć siedemnastu tysięcy duchownych, zakonnic oraz dzieci z sierocińców”. [s.42-43]

To właśnie w czasie Wojny Domowej w Hiszpanii zaczyna dawać się we znaki alkoholizm Świerczewskiego:

„”Podczas walk niemal zawsze był pod wpływem alkoholu. Stawał się wtedy despotą, całkowicie odrzucał rady podległych oficerów, a nawet ignorował rozkazy dowództwa wyższego rzędu”. [s.43]

I mamy także II Wojnę Światową, w czasie której generał dowodził Drugą Armią Ludowego Wojska Polskiego. Nie da się powiedzieć, by generał „zabłysnął”:

„Dwudziestego siódmego kwietnia 1947 roku, miesiąc po śmierci generała Świerczewskiego, rozpoczyna się akcja „Wisła”. Ludność ukraińska wywożona jest na ziemie poniemieckie, a z Polaków wylewa się mieszanina radości, złości i agresji.
– Lżyli wypędzanych, zastraszali, czasami rzucali kamieniami – pamięta Kopczyński – Tylko nielicznych zdobyli się na przyzwoitość, by otwarcie stanąć w obronie znajomych niczemu niewinnych Ukrainców. Bezskutecznie próbowali zapobiec ich wygnaniu”. [s.58].

Potem przenosimy się w Bieszczady i widzimy ten dzień, kiedy niewielki oddział, z którym porusza się wizytujący okolicę Świerczewski zostaje ostrzelany przez Ukraińców i generał ginie. Krzysztof Potaczała przytacza dane, informacje świadków, oficjalne, niekoniecznie mówiące prawdę, dokumenty. Mówi o plotkach, pogłoskach, o teoriach spiskowych. Nie zamyka historii, niczego nie rozstrzyga, po prostu mówi. Mówi zresztą w pięknym, klasycznym reporterskim stylu. Niech cytaty mówią za siebie.

A później zaczyna się to, co budzi mój szczery podziw

Krzysztof Potaczała drobiazgowo odtwarza rozwój kultu komunistycznego męczennika. Jak ewoluowały uroczystości „ku czci”? Jak zmieniały się rajdy bieszczadzkie, ile osób w nich uczestniczyło? Jakie zobowiązania podejmowały zakłady pracy, żołnierze, harcerze? Wszystko jest pokazane z cudowną dokładnością.
Rok po śmierci Świerczewskiego, pięć lat po jego śmierci, dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, lata osiemdziesiąte, a w końcu czasy przełomu, aż po rok 2020.

Równolegle Potaczała pokazuje ewolucję pamięci. Pokazuje, jak nie najgorsze kiedyś układy sąsiedzkie układy zmieniały się i stawały się zatrute. Jak po „akcji Wisła” zacierała się obecność Ukraińców w Bieszczadach.

„- Kiedyś znałem tu każdy kamień, a teraz stałem w miejscu i nic nie rozumiałem – opowiada najstarszy – Zastanawiałem się, co powiem ojcu po powrocie. On cały czas wierzył, że któregoś dnia spakuje dobytek i wróci w Bieszczady. Nie do jakiejś tam wsi, ale do swojej. Tej, w której się urodził, ożenił, spłodził dzieci i zbudował dom. Ale tego domu już nie było, tak samo jak wszystkich innych”. [s.75]

 

„Istnieją równolegle dobra pamięć i zła pamięć, w obydwu przypadkach dopuszczająca pytania i otwarta na dialog. Istnieje też dychotomia pamięci, wykluczająca te możliwości. Cechuje tych, którzy są przekonani, że Ukraińcy to prymitywni rezuni, a Polacy – szlachetni rycerze. Jeśli Ukraińcy z UPA zabijali Polaków z LWP [Ludowego Wojska Polskiego – obj. ML], to był to po prostu mord. Kiedy żołnierze zabijali partyzantów UPA, mówiono o czystej walce w warunkach bojowych. Dlatego generał Świerczewski nie został skoszony pociskami wroga, lecz podstępnie przezeń zamordowany”. [s. 167]

Co ciekawe – im bardziej pompowano legendę Świerczewskiego, tym bardziej nikła, zarastała pamięć o tych „innych” mieszkańcach Bieszczad. Ciekawe jest to, że pomnika nie ma, święci męczennicy, których czci się publicznie się zmienili, a pamięć – zatarta i zarośnięta chaszczami – nie wróciła. Bo komu na jej powrocie zależy?

Autor, Krzysztof Potaczała, Bieszczady, ich historię i współczesność zna doskonale, ma na swoim koncie kilka książek o tematyce Bieszczadzkiej. Wie, co mówi, wie, o czym pisze. A w swoim „Świerczewskim” przypomina, że wyparto pamięć nie tylko o Ukraińcach. Cień pomnika w Jabłonkach, miejscu śmierci Świerczewskiego, przysłania i inne kości.

„W Bieszczadach są też inne miejsca pamięci, głównie ofiar niemieckich nazistów i UPA, ale żadne z nich – może poza cmentarzem wojennym w Baligrodzie – nie jest otoczone tak drobiazgową opieką. Pomniki i tablice pamiątkowe stają w miasteczkach i wsiach, nigdzie jednak nie są upamiętniane ofiary Holokaustu. Żydów w Bieszczadach już nie ma. Ich ciała w bezimiennych dołach, spalone w krematoriach, lecz lepiej o tym nie pamiętać. Kirkuty zarastają zielskiem, zamieniane są w wysypiska odpadów, wymazywane z miejsc, którym należne są pamięć i szacunek”. [s.107]

Fascynujące i przygnębiające jest spojrzenie autora na Bieszczady:

„Bieszczady usiane są bezimiennymi mogiłami tysięcy poległych w pierwszej wojnie światowej, lecz o nich nikt nie pamięta. Z czasem zienia wypluwa ludzkie szczątki na powierzchnię, a przypadkowy przechodzień uznaje, że to na pewno ofiary UPA. Nie ma innej możliwości Dopiero gdy gleba i trawa stają się mniej tajemnicze, gdy odsłaniają ukryte pociski, fragmenty mundurów i wyposażenia – znać, że to nie pozostałości walk z drugiej wojny, lecz znacznie wcześniejszych. […] Całe Bieszczady to przecież jeden wielki cmentarz. Gdziekolwiek wejść, gdziekolwiek postawić nogę – wszędzie jakieś kości, guziki, naboje, bagnety, menażki, saperki. Życie zmielone przez ziemię na fragmenty i fragmenciki”. [s. 122]

Kiedy przychodzi przełom polityczny, Świerczewski musi zniknąć

„Znikanie” generała proste nie jest, bo mieszkańcy wcale nie chcą się go pozbyć. Gmina, na terenie której leżą Jabłonki, jest biedna. Nie ma się czym pochwalić! Niczym, prócz pomnika Świerczewskiego, jego pamięci i tego, co się z nią wiąże. Tyle że machina historii wydaje się nie do zatrzymania i w końcu i ten granitowy pomnik zostaje zniszczony.

„Pierwsza noga zostaje odspawana dopiero po godzinie, na drugą schodzi prawie tyle samo czasu. Podjeżdża dźwig, człowiek w uniformie sięga po hak na linie i zaczepia go o rzeźbę. Po chwili wolno i ostrożnie blaszany orzeł opada, aż w końcu osiada na zamarzniętym gruncie. Kiedy ta część operacji dobiega końca, zgromadzeni jeden po drugim podchodzą do konstrukcji. Dotykają, oglądają, robią zdjęcia – także sobie, obejmując czule pokonany symbol, który przez pięćdziesiąt sześć lat strzegł oblicza generała „Waltera”. […] Znikanie „Waltera” z bieszczadzkiej przestrzeni, spomiędzy Charczajki i Woronikówki, trwa cztery dni”. [s. 255]

„Świerczewski” Krzysztofa Potaczały – to mnóstwo detali

To nie tylko historia komunistycznego generała i jego pomnika. To także okno na świat, którego już nie ma. Możemy zobaczyć wycieczki z zakładów pracy, braki w zaopatrzeniu, brodaczy i hippisów, opozycję antykomunistyczną i cały ten lokalny koloryt. W reportażu Potaczały znalazły się wypowiedzi mieszkańców Jabłonek i okolic, listy, dokumenty, fragmenty przemówień.

Ale to nie książka historyczna, to reportaż! Autor nie chowa się za ścianą konwencji. Nie. Pięknie go widać, jak pochyla się nad historią, jak dyskutuje z wyborami innych, opłakuje stratę i pokazuje pustkę, której nie dało się wypełnić żadnym planem pięcioletnim.

Jest „Świerczewski” trochę rozmyślaniem nad mechanizmem historii i nad ludzkością jako taką.

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *