Skip to content

„Sploty przeznaczenia” Pawła Kopijera, czyli koniec jednej książki jest początkiem innej!

Last updated on 13 kwietnia 2022

„- Nie rozumiesz. Nic nie jest jednoznaczne, nawet nasze przeznaczenie. – Mag znów przybrał minę znużonego pouczaniem nauczyciela. – Postrzegasz Światło i Mrok jako przeciwstawne dobro i zło, a to powszechny błąd myślenia. Jedno nie mogłoby istnieć bez drugiego, są ze sobą powiązane i wynikają z siebie wzajemnie, mieszając się nieustannie. Czy matka okłamująca chore dziecko, by oszczędzić mu przerażenia, jest rzeczywiście nieuczciwa? Czy żołnierz zabijający wrogów w obronie swoich rodaków jest winien po prostu zabójstwa? Czy ty, narażając jednych, by chronić innych, jesteś bardziej dobry, czy zły? Te sprawy zawsze pozostaną złożone i nieoczywiste, bo świat stałby się nudny i niewart życia na nim. Każdy z nas samemu wybiera zestaw wartości, którym pozostanie wierny”. [s.132]

„Sploty przeznaczenia” to druga książka Pawła Kopijera, którą miałam w rękach

Dzięki Klubowi Recenzenta portalu nakanapie.pl sięgnęłam po trzecią i ostatnią częścią jego „Trylogii Mitrys”. Przeczytałam tom pierwszy, „Mrok we krwi” i odpuściłam sobie drugi: „Czempion Samaela”. O powodach pominięcia środkowej części jeszcze opowiem. 

Najpierw zasadnicza sprawa: o czym to jest?

Otóż „Sploty przeznaczenia” Pawła Kopijera to domknięcie większości/wszystkich wątków jego epickiej sagi, w której opowiada dzieje Dwuświata, wykreowanej przez niego krainy, w której szaleją bogowie, magia i krzyżujące się ambicje. 

W swojej serii autor pokazuje – w klasyczny sposób – losy pojedynczych bohaterów w kontekście odwiecznej wojny sił światła i ciemności, szalejącej wojny o władzę i ogólnej szarpaniny, której stawką jest przetrwanie ras i królestw. 

Dwójka głównych bohaterów serii: szamanka i zabójca, nie są „zwykłymi i szarymi ludźmi”, ale i tak czytelnik zastanawia się, jak wyjdą z tych niebezpieczeństwa, jak wydostaną się z tego kosmiczno-boskiego-demonicznego zamieszania? Jak w ogóle go przeżyją, że o uratowaniu świata nie wspomnę?

„- Nosisz w sobie ziarno Mroku, a także uwięzionego Burghala. […] A jednak miecz cię zaakceptował, Jak brzmi twe imię?

– Noran, Syn Nocy, wybraniec Mroku i czempion Samaela – Odmieniec zdołał wydobyć z siebie chrypliwą odpowiedź. – Nie znam jednak swego rodu”. [s.162]

Bo że bohatrowie uratują i siebie i świat – w to nie miałam wątpliwości. Tak to już jest w tej konwencji. Nie jest to zarzut – najciekawsze jest sprawdzanie, co Autor wymyśli, jakimi środkami poprowadzi swoich bohaterów ku zwycięstwu. Jakie niebezpieczeństwa pokonają? Ile krwi się poleje? 

Powiem tak: Kopijerowi nie brakuje wyobraźni. Umie zapętlać losy i krzyżować ścieżki bohaterów. 

„Sploty przeznaczenia” Pawła Kopijera czytałam w weekend po wyczerpującym tygodniu. Przyznam, że potrzebowałam takiej lektury: bez zbędnego filozofowania, bez wysilonej intertekstualności, bez zadęcia i udawania, że książka jest czymś więcej niż dobrą rozrywką. A tym jest zdecydowanie. Czytało mi się ją nieźle, choć brakowało mi kilku rzeczy i parę kwestii mnie uwierało. 

„- To nie jest zwykła wojna czy militarne zmagania. – Jego głos brzmiał i zdecydowanie, ale też w jakiś sposób spokojnie i wzniośle. – Nadszedł kres świata, jaki znamy od czterech wieków. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie od nas, potomków dawnych Archontów, strzegących niegdyś magii i prymatu rodu błogosławionych, znów będzie zależeć, czy zgaśnie wszelka nadzieja, czy pozostanie jej tlący się płomień. Przeznaczenie ponownie upomina się o ofiarność i silną wiarę tych, którzy nigdy nie zawiedli”. [s. 185-186]

Książkę czyta się szybko

język powieści jest sprawny, choć miejscami książka rozpaczliwie potrzebuje lepszej redakcji (patrz choćby przytoczone fragmenty ze s. 38, 132, 162 i inne. Może błędy nie walą po oczach, ale mnie nieco drażnią). Redakcja – porządna – wygładziłaby to, z czym sobie autor nie poradził. Są bowiem w powieści gorzej napisane fragmenty, to trzeba przyznać.

Kolejnym minusem jest rozpaczliwy brak humoru. Nie zdarzyło mi się roześmiać, kilka razy wywracałam oczami, ale to oznaka zniecierpliwienia. Może „nie łapię”, nie zaprzeczam, że mogłam „nie załapać”, zdarza mi się. 

To, co podoba mi się u Kopijera

to fakt, że nie obawia się tworzenia słów i rysowania rzeczywistości za pomocą obcobrzmiących wyrażeń. Jego świat ma swoją wyraźną nomenklaturę. Rasy mają osobne języki i ich okruchy w „Splotach przeznaczenia” znajdujemy, magia ma swoją terminologię, wojna – swoją. Przez karty powieści przewija się mrowie postaci, każda z imieniem i stanowiskiem wyrażonym w języku jej nacji. To dlatego warto – moim zdaniem – „Trylogię Mitrys” czytać po kolei, żeby łatwiej było wejść w jej rzeczywistość. Nieznanych nazw, pojęć, imion, ras, miejsc – jest mnóstwo. 

Dzięki temu zabiegowi Autor przenosi czytelnika w swój świat, rzuca go w środek konfliktu. Mówcie, co chcecie, ale taki podejście sprawia, że ja – jako czytelnik – zawsze mam się na baczności, uważam, nie relaksuję się tak po prostu, tylko… staję się przez to częścią akcji? Może i nie walczę, nie uciekam, nie borykam się z wewnętrznym mrokiem, ale język jest jak włosiennica – uwiera mnie, każe uważać na to, co się dzieje.  A jak już mówiłam – w warstwie narracyjnej dzieje się mnóstwo. Co? Nie powiem, bo to byłby paskudny spoiler.

„Gdy opuszczali fort wczesnym przedpołudniem, ruszając ku Nemedor, Noran odnotował radykalną zmianę w nastawieniu warów do jego osoby. Zatrzymywali się i uderzali w pierś, patrząc na niego z uznaniem. A przynajmniej takie wrażenie odniósł, bo odczytywanie emocji z wyrazu orogońskich twarzy wciąż zdawało mu się balansowaniem na granicy iluzji”. [s.38]

Innymi słowy – język oceniam 6/10, akcję na 8/10

Z bohaterami jest nieco gorzej. 

„Czempiona Samaela” sobie odpuściłam, bo sama myśl, że miałabym spędzić czas sam na sam z tą irytującą mnie postacią, była bolesna. No tak, nie znoszę Norana, czyli czempiona. „Zabójca o demonicznych oczach” wydaje mi się takim niedojrzałym frat-boyem, tylko dysponującym bardziej morderczymi i wycyzelowanymi umiejętnościami walki wręcz. Jego protagonistką – szamanka Winea, jest równie irytująca i dość płasko napisana. Tak – bardzo możliwe, że to wina mojego recepcji i percepcji, efekt moich uwarunkowań. Nie przeczę, tak może być. Fakt jest faktem, że do książek Kopijera przyciągała mnie akcja i świat przedstawiony, nie bohaterowie. 

Ależ mnie wkurzali! Wiecie, na końcu „Splotów przeznaczenia”, gdy… Choroba, nie mogę powiedzieć, co się wtedy dzieje! No nic, powiem tylko tak – gdy ich świat się wywraca do góry nogami, to oni są – jak to mówią Anglicy – cool as cucumber! No serio! Nie wiem, czy podziwiać ich opanowanie, czy co. Wybieram „czy co” ;).

A propos bohaterów, tym razem drugoplanowych – nie do końca wykorzystano relację Leśniada i Amiry, tę ostatnią w ogóle gubiąc gdzieś na końcu. Szkoda straszna, bo to była jedyna bohaterka, którą lubiłam! Ale w sumie to tak sobie myślę, że taka jest konwencja. Jak w grach – akcja jest/bywa najważniejsza i góruje nad bohaterami. 

Dwuświat – jaki jest?

Otóż świat przedstawiony powinien być znajomy wszystkim wielbicielom klasycznego fantasy. Żeby sięgnąć tylko po dwa nazwiska, to powiedzmy, że są tam mocne ślady tolkienowskiego Śródziemia i bardzo mocne rysy świata stworzonego przez Sapkowskiego. Czasem łapałam się na tym, że myślałam: „o, patrzcie państwo, Elfy”, „o, jak bitwa czarodziejów z Nilfgardem”, „o, to by powiedział Aragorn/Gandalf”, „o, to było w którymś opowiadaniu…” tak dalej, i tak dalej. 

 „- Oto spocznie w ziemi równin Mehon, ostatni król Orogonów w służbie Mroku. Władca, który oddał życie nie zwycięstwu, lecz sprawiedliwej porażce – wypowiedziała ciche słowa zagłuszone okrzykami triumfu wojowników jej armii”. [s.259]

Ale przyznam, że i tak nie łamałam swojej pięknej główki, tylko pędziłam z akcją do przodu. Bo akcja pędzi tak, że czasem nie ma jak zaczerpnąć tchu. Aż jestem przez to zła na autora, bo – nie spoilerując!!! patrzcie, robię wszystko, żeby niczego nie zaspoilerować! – koniec przyszedł za szybko! Nieco brakowało mi oddechu i trochę więcej akcji przy końcu książki. Dobudowania szczegółów, dopieszczenia finału. Niektóre wydarzenia były nieco deux ex machina. 

A! No i koniec książki…

Nie wiem, jak to zrobić, ale koniec jest wow… nie dość, że Autor zdobył się na bardzo odważny krok, naprawdę bardzo odważny – za co go doceniam, bo wybrał dla siebie i swoich bohaterów najtrudniejszą ścieżkę, to jeszcze otworzył tym samym furtkę do kolejnych części kronik Dwuświata. Ciekawe, czy kolejna książka jest już na dysku Kopijera? Mam nadzieję, że tak. 

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.