Skip to content

„Splątane drzewo życia” Davida Quammena – czyli zapowiadało się lepiej…

Last updated on 31 grudnia 2020

Dawno nie cieszyłam się na żadną książkę tak, jak na „Splątane drzewo życia”

 

Kocham ewolucję

Uwielbiam książki opisujące jej mechanizmy i to na każdym poziomie, od molekularnego po społeczny. Nie wiem, czy jest coś od ewolucji piękniejszego. Dlatego, kiedy zobaczyłam, że wydano po polsku Quammena, pomyślałam sobie: „yasssssss”.

Opis zapowiada co następuje:

„Co wydarzyło się na przestrzeni ostatnich około czterech miliardów lat, by życie od swych prymitywnych początków mogło wybujać do tak olśniewającej różnorodności i złożoności, jaką obecnie możemy podziwiać? Jak przypadkowe zdarzenia dały początek stworzeniu tak cudownemu jak człowiek – a także płetwalom błękitnym, tyranozaurom i gigantycznym sekwojom?
Kolejne badania dowodzą, że ewolucja jest o wiele bardziej skomplikowanym procesem, niż nam się wydawało. David Quammen wyjaśniał jaki sposób najnowsze odkrycia w dziedzinie biologii molekularnej mogą zmienić nasze dotychczasowe rozumienie teorii ewolucji i wpłynąć na nasze życie”.

„Splątane drzewo” – no faktycznie!

Początki życia na Ziemi, genetyka, biochemia, mechanizmy, które rządzą ewolucją, a nie są „prostym” doborem naturalnym, kwestie dziedziczenia poziomego, taksonimika oraz spory naukowców są tematami o wysokim poziomie skomplikowania. Są faktycznie „splątanym drzewem” i trzeba mieć ogromną wiedzę i umiejętność tłumaczenia, oraz jasny obraz tego, co się chce przekazać, żeby umieć przyglądać się gałęziom i konarom i schodzić do korzeni. Jeśli nie – wychodzi pomieszanie z poplątaniem. Znaczeniowo wyrażenie to leży blisko „splątanego drzewa”, ale nie jestem przekonana, czy to aby o to w tym wszystkim chodziło.

Kiedy ostatnio się tak strasznie rozczarowałam? Nie pamiętam.

Wiecie, to książka jakby nie dopisana do końca, albo taka, w której autor nie bardzo wiedział, co chce napisać! Zapowiada, że to pozycja o początkach ewolucji, o czasach, kiedy nie było organizmów wielokomórkowych, o zupełnej „prehistorii”. Takie są przynajmniej opisy wydania i angielskiego, i polskiego.

A co wyszło?

Misz-masz!

Jest nieco o początkach życia na Ziemi, czyli o czasach, gdy o „życiu” mówić w zasadzie jeszcze nie można.

Jest wiele o Carlu Woese, który dzięki zastosowaniu taksonomii filogenetycznej zrewolucjonizował w 1977 roku tak zwane „drzewo życia” i odkrył archeony.

Jest także historia badań początków życia i ewolucji od Darwina do czasów prawie nam współczesnych, bo do 2012 roku.

Autor rozmawia z wieloma naukowcami, o których pracy – jako laicy – nie mamy pojęcia. George Fox, Dunning Hotopp, Ralph Wolfe, Stuart Levy, Cedric Feschotte i wielu innych.

Zagląda do ich laboratoriów, spotyka się znimi na luchach, non-stop uprawia „name dropping”, podaje ploteczki o ich życiu pozazawodowym. Y lubi imprezować, X je tylko jeden rodzaj pizzy, a Z ma „szopę siwych włosów”.

Wiem dużo o życiu prywatnym Lynn Margulis, ale o ewolucji jednokomórkowców nie wiem więcej, niż wiedziałam!

W dodatku Quammen pomija wiele kwestii, co jest nie tyle irytujące, co niebezpieczne. Wydaje mi się, że „Splątane drzewo życia” zostało napisane po to, by wystawić pomnik Woesemu i kropka. Ale napiszmy to uczciwie, że to książka w hołdzie wielkiemu naukowcowi i odkrywcy, a nie zapowiadajmy historii ewolucji wczesnego życia, do jasnej anielki!

Nie zrozumcie mnie źle – cieszę się, że ktoś opisał prace i upór Lynn Margulis

To niesamowita kobieta i badaczka, dzięki której pojęcie „endosymbioza” pojawiło się w nauce, a my wiemy, skąd wzięły się mitochondria i chlorofil. Ale co z wczesną historią życia ma wspólnego pożycie małżeńskie Margulis i jej dzieci? Nic?

No właśnie!

Podobnie w sumie fajnie wiedzieć, że Woese nie znosił Darwina, czy kto się Woese’m opiekował, kiedy ten był terminalnie chory, ale na ile to pogłębia moją wiedzę o ewolucji?

No właśnie.

A autor miota się od ewolucji, po sekwencjonowanie genów, przywoływanie wspomnień z bohaterskich czasów pracy w laboratoriach, gdzi eni ebyło żadnego BHP, potem skacze do historii taksonomii, napisze coś o Darwinie, rzuci kilka wartościowych uwag o transferze genów, wróci do Woesego, umieści kilka ciekawostek, zada jedno pytanie i napisze, że Woese czuł się niedoceniany.

No jak rany koguta, no.

Nie, książka ma zalety

Przede wszystkim – dobrze wreszcie docenić należycie rolę sekwencjonowania 16S rRNA (pod warunkiem, że nie poświęci się temu całej książki!) i znaczenia tego procesu w dokonaniu podziału przez Woese istot żywych na trzy królestwa (o tym poniżej).

Co to jest i czemu to takie ważne?

„Określamy ją mianem „16S rybosomalnego RNA”. Jest to komponent strukturalny każdej bakterii na Ziemi […]. W rybosomach bardziej złożonych stworzeń, takich jak zwierzęta, rośliny i grzyby, istnieje podobny wariant, 18S rRNA. Zatem cząsteczka 16S i jej wariant 18S mogłyby posłużyć jako wzorzec odniesienia, świetna wskazówka do wnioskowania o rozbieżności i podobieństwach zachodzących pomiędzy wszystkimi organizmami komórkowymi. Był to prawdopodobnie najbardziej niezawodny, tak czy inaczej molekularny, dowód pozwalający na narysowanie schematu drzewa życia. To spostrzeżenie, choć nigdy nie znalazło się na pierwszej stronie „New York Timesa” było największym wkładem Carla Woese’a w rozwój biologii w XX i XXI wieku”. [s. 103, zapis oryg.]

W nauce nie wszystko się udaje

„Splątane drzewo życia” Davida Quammena uzmysławia także jedną, bardzo ważną kwestię, którą laikom trudno jest pojąć, bo przecież non-stop czytamy o nowościach, o odkryciach i pewnie wielu z nas żyje w paradygmacie, że „każde odkrycie idzie na stronę główną mainstreamowych portali”. Nie.

Quammen pokazuje, że do przebicia się, odniesienia sukcesu w nauce potrzeba nie tylko geniuszu, pieniędzy, laboratoriów i godzin wytężonej pracy, ale i szczęścia. Nie jest łatwo przebić się z nową i nowatorską ideą. Nie wszystko przyjmowane jest przez aklamację, niektóre odkrycia uznawane są za kroki milowe dopiero po latach. Nim to się stanie – jest rozczarowanie i czasem nawet gorycz, która zabarwia resztę życia zawodowego (tak, ja też mówię o Woese’m).

Historia technologii badawczych

O tak, jesli o to chodzi, to Quammen jest doskonały. I dokładny, jeśli chodzi o opisywanie tego, jak rozwijały się techniki badań, od początkowych „zabaw” z substancjami radioaktywnymi, po współczesność. Ale nie to chciałam wiedzieć, kiey sięgałam po „Splątane drzewo życia”! Owszem, to ciekawe, że stosowano przemysłowe wirówki do mleka, które uszczelniano, żeby patogeny się nie wydostawały, ale czy o to mi chodziło? NIE. Nie o to.

To, co ważne – poziomy transfer genów!

Autor „Splątanego drzewa życia” poświęca dużo miejsca poziomemu transferowi genów, czyli procesowi „przerzucania” genów pomiędzy odrębnymi organizmami, ba!, pomiędzy odrębnymi gatunkami, a nawet przedstawicielami odrębnych królestw. I muszę przyznać, że przystępnie tłumaczy nie tylko sam proces (na przykładzie wrotków bdellowanych, za chwilę o tym więcej) ale i to, jakie są skutki tego procesu dla wszystkich. Bo jeśli o poziomym transferze genów nie wszyscy słyszeli, to o odporności drobnoustrojów chorobotwórczych na antybiotyki – chyba tak.

Jak to z wrotkami było? Otóż w 2008 roku na Harwardzie wykonano sekwencjonowanie fragmentów genomu jednego z wrotków i…

„[…]odnaleźli w nim dziwactwa, których nie powinno tam być. Dokładniej mówiąc, znaleźli co najmniej dwadzieścia dwa geny stworzeń nie będących bdelfloidami, geny, które musiały być wchłonięte na drodze transferu poziomymi. Niektóre były genami bakteryjnymi, inne pochodziły od grzybów. Jeden gen pochodził od rośliny. Co najmniej kilka z tych genów nadal zachowało swoje funkcje […].
[…]
Powiem to jeszcze raz: DNA zostaje uszkodzone, komórka stara się je naprawić przy użyciu materiałów pochodzących z otoczenia, zawierających fragmenty, które nie były częścią oryginału. Jeśli to DNA znajdzie się w komórkach linii zarodkowej, zmiany będą dziedziczne”. [s. 370-371]

A teraz posłuchajcie o badaniach Dunning Hotopp i Michaela Clarka nad Wolbachią. To takie bardzo agresywne pasożyty wewnątrzkomórkowe, które zarażają co najmniej 20% owadów na Ziemi.

Ciekawy jest modus operandi tego pasożyta: albo zabija samce nim się wyklują, albo zmienia samce w samiczki, albo uruchamiają partenogenezę, albo niszczą żywotność niezainfekowanych jajeczek. Spryciule, prawda?

„[…[ czy geny bakterii mną przenikać do genomów owadów i innych zwierząt bezkręgowych, takich jak wszy, skorupiaki i nicienie. Po sprawdzeniu ośmiu genomów, odpowiedź brzmiała: zdecydowanie tak”. [s. 373]

Zastanówmy się, jakie to ma konsekwencje dla rozumienia, czym jest ludzki genom i z czego się składa? Fascynujące pytanie, prawda? Quammen krąży wokół niego i trochę rozpoczyna odpowiedź, ale za mało, za mało!

To chyba moje podsumowanie: za dużo Woese’a, za mało ewolucji i transferu poziomego.

A propos „królestw” – kwestia taksonomii także została poważnie potraktowana przez Quammena. Przejście od prokariotów i eukariotów, przez bakterie, archeona i eukarioty i dalsze dyskusje co z czym jest spokrewnione i jak to narysować – tego nie brakuje. Schematów organizacyjnych „życia” jest w „Splątanym drzewie życia” kilka.


No owszem, trochę się dowiedziałam o tym, co było „na początku”, ale mimo wszystko „Splątane drzewo życia” Davida Quammena to rozczarowanie. Potężna książka, z niezłą bibliografią, miejscami nie najlepiej zredagowana (jest na przykład „przekierować na śliskie zbocze” na s 53, co jest kalką ze slippery slope i mogłoby być porządniej przełożone!), pełna szczegółów i wiedzy, ale obiecuje więcej niż dowozi.

Uważam „Splątane drzewo życia” Davida Quammena za moje największe rozczarowane czytelnicze w 2020.

Szkoda.

Książkę przeczytałam dzięki „Klubowi Recenzenta” portalu nakanapie.pl

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *