Skip to content

„Sny o Warszawie” Krzysztofa Mordyńskiego, czyli o powstawaniu z gruzów

„Wojna się skończyła, ale jej echa wciąż trwały.
Każdy kogoś przedwcześnie stracił, każdy przeszedł przez swoje piekło, miał swoją osobistą traumę. Czy wobec tego urbaniści, planując odbudowę miasta, powinni mierzyć siły na zamiary czy zamiaru podług sił? Zaczynając od pytań o wydźwięku filozoficznym, można było przejść do konkretnych rozstrzygnięć w realizowaniu budowy Warszawy. Jak daleko mógł sięgać heroizm pokolenia, które przeszło II wojnę światową? Czy na nim miał spocząć główny ciężar odbudowy, czy może lepiej było go rozłożyć w czasie, przerzucić na dzieci i wnuki? Ludzie, którym udało się uniknąć zagłady, mieli prawo zadać takie pytanie, zastanowić się, czy nie dość już wycierpieli. To jednak doświadczenie bliskości śmierci dawało im siłę, dzięki której mogli dokonać rzeczy prawdziwie heroicznych – choć rzadko stawia się pomniki tym, co budują, a zdecydowanie częściej tym, co walczą”. [s. 155]

Do Warszawy przeprowadziłam się nie tak dawno

Miałam obawy, czy polubię to miasto, ale okazały się płonne – uwielbiam je. Prawie wszystko w nim lubię.

W pandemii korzystam z okresu zawieszenia wszystkiego i braku opcji i wgryzam się powoli w historię Warszawy, jak wgryzałam się kiedyś w jej rytm i codzienność.

Mieszkam w pięknym miejscu, na terenie dawnego getta, w miejscu, które najpierw tętniło życiem, potem rozpaczliwie i bez wielkich nadziei walczyło o przetrwanie, które długo umierało, nim zostało zrównane z ziemią, które następnie zostało odbudowane w zupełnie innej formie.

Mieszkam na cmentarzu. Chodzę nowymi ulicami, ale pod stopami mam historię.

„Sny o Warszawie. Wizje przebudowy miasta 1945-1952” Krzysztofa Mordyńskiego,

książka wydana przez Prószyński i S-ka, to nie tylko opowieść o odbudowie stolicy, ale i o emocjach i filozoficznych sporach, i rzeczywistości, która warta jest przypominania.

„Warszawa nie została odbudowana. Ją przywrócono do życia, ale w odmiennej formie, ukształtowanej przez mieszankę sentymentu, poczucia misji, szaleńczej odwagi, przesadnej pewności siebie i specyficznych, powojennych okoliczności. […] Emocje odgrywały na tej drodze ważną rolę. Architektura to nie historia cegieł, betonu i stalowych prętów. To historia ludzi, którzy czuli, żałowali, pragnęli, ale też nienawidzili. Do projektowania domów, do kreślenia planów urbanistycznych popychało ich niezniszczalne poczucie misji. Architekturę postrzegali jako potężną siłę kształtującą życie i nadawali jej znaczenie wykraczające poza utylitarną funkcję schronienia”. [s.9]

Miasto budowane od nowa

Urbaniści i architekci pracujący przy odbudowie Warszawy znaleźli się w unikalnej sytuacji. Od 1939 roku zmnieniło się bowiem wszystko. Ustrój, technologie, struktura demograficzna. Nie było wąskich uliczek dawnego miasta, nie było – przynajmniej w lewobrzeżnej Warszawie – kamienic czynszowych i ścieków. Nie było miasta!

Urbaniści i architekci mieli zatem przed sobą rodzaj tabula rasa. Przed nimi rozciągało się morze ruin i napływające fale ludzi, powracających do domu, chcących za wszelką cenę odbudować swoje życie.

Ludzie ci wywierali stałą presję na pracujących urbanistów i na architektów, chcieli normalności. Chcieli wrócić do swoich domów. Planowanie odbudowy zniszczonej Warszawy było zatem także kompromisem między bieżącymi potrzebami a przyszłością, której wielu mieszkańców Warszawy w 1945 roku pewnie nawet nie umiało sobie wyobrazić.

Z innej jeszcze strony – nikt nie mógł abstrahować od polityki i jej coraz bardziej stalowej łapy zaciskającej się na wszystkim.

W planach odbudowy – na jej początku – pojawiło się założenie, że w Śródmieściu powstanie dzielnica uniwersytecka, której budowę pomogą sfinansować Stany Zjednoczone. Później okazało się, że pomocy takiej nie będzie, a nawet gdyby się była pojawiła, to nie zostałaby przyjęta. Dzielnica szkół wyższych i instytutów badawczych nigdy nie powstała. To tylko jeden przykład wpływu, jaki zmieniająca się polityka międzynarowa wywarła na koncepcje urbanistów i architektów oraz na ich realizację.

Nie możemy także zapomnieć o tym, że zaczynano planowanie, kiedy socrealizm nie pojawił się jrszcze na polskim horyzoncie. Potem, kiedy przyszedł, zmienił wiele planów. A jeszcze później pojawiła się wielka płyta i kolejne zmiany, niekoniecznie na lepsze.

Miasto i jego ludzie

Mordyński w swojej ksiażce pisze nie tylko o odbudowie tkanki miejskiej i infrastruktury Warszawy, ale i o ludziach, którzy mieli ją odtworzyć, i o ich zmaganiach z warunkami, potrzebami, z rzeczywistością.

„Ktoś widział 22 grudnia 1945 r. pracowników BOS (Biura Odbudowy Stolicy – wyjaśnienie ML) na targowisku sprzedających ryby z samochodu. Plotka powtarzana w różnych resortach wracała jak bumerang. Urzędnicy Ministerstwa Aprowizacji i Handlu byli przekonani, że w magazynie BOS, dokąd trafiają paczki z UNRA, kradnie się ich zawartość i aby ukryć przestępstwo, wsypuje piasek dla uzyskania równej wagi. Plotki, pomówienia, opinie i żale – bez względu na to, ile było w nich prawdy i w jakiej dziedzinie – dotykały pracowników BOS tym bardziej, że nie szczędzili oni swego zdrowia, nie cofali się przed niebezpieczeństwami pracy wśród ruin. Jak wspominali architekci, przydział do pracy: albo w biurze, albo w terenie, odbywał się według prostego schematu. Kto nie miał butów, kreślił w pracowni, kto dysponował obuwiem, przeprowadzał inwentaryzację w terenie”. [s. 89]

Mamy zatem rozsiane po ksiażce drobinki informacji pokazujących twórców nowoczesnej Warszawy jako ludzi, nie tylko jako postaci historyczne. To cenna wiedza.

„Sny o Warszawie” to pięknie napisany reportaż

„Urbanista, niczym dawny astrolog, miał za zadanie połączyć te punkty w zespoły, w których ludzki umysł znajduje sens. W przeciwieństwie jednak do astrologii wiążącej gwiazdy w figury zodiaku, układy pozorne i w gruncie rzeczy przypadkowe urbanista powinien znaleźć sposób na zbudowanie systemu porównywalnego z celowością zespołu elementów maszyny”. [s. 109]

Jego autor pomaga nam zrozumieć, jak morze ruin stało się pulsującym witalnością miastem, na które tak często narzekamy, ale którego pewnie nie zamienilibyśmy na inne.

„Układając plan miasta funkcjonalnego, urbaniści mogli być przekonani, że pomyśleli o wszystkim, że powiązali funkcje, potrzeby, zależności w jeden układ przestrzenny. To było piękno wyższego rzędu, piękno funkcjonalne”. [s. 122]

 

Mordyński ma niezwykły talent do jasnego objaśniania skomplikowanych procesów i zjawisk

Prądy architektoniczne, spory różnych szkół urbanistycznych, uwarunkowania polityczne, rozliczne zjawiska, które zachodziły jednocześnie w wielu miejscach – znajdują swoje miejsce w jego książce i nie ma się wrażenia, że jest się przytłoczonym danymi i faktami, tylko że historia odbudowy powoli rozwija się przed nami, razem ze wszystkimi przyciągającymi uwagę szczegółami.

To jedna z wielu zalet książki – jasność wywodu, umiejętność omijania dygresji i skupiania się na najważniejszych kwestiach.

Książka Mordyńskiego to nie tylko

zapis powoli realizującego się snu o odbudowie stolicy,

ale także szansa na zapoznanie się z koncepcjami urbanistycznymi i architektonicznymi pierwszej połowy ubiegłego wieku. To okazja to poznania nazwisk ludzi, których efekty pracy widzę, ale o których nie słyszałam lub o których wiem zbyt mało.

Jak o Barbarze Brukalskiej, której publikacje zostały z czasem zakazane, bo nie do końca wpisywały się w koncepcje niby-socjalistycznego raju na ziemi.

„Dla Brukalskiej prawdziwym celem pracy architekta było zaprojektowanie przestrzeni dla człowieka, w której może on swobodnie realizować swoje prawa: do zdrowego życia, do odpoczynku po pracy, do życia społecznego, do odosobnienia i koncentracji, do realizacji potrzeb biologicznych i swoich ambicji wyższego lotu. Człowiek potrzebuje wolności, aby dobrowolnie współtworzyć społeczność, którą scementuje prawdziwa oddolna więź, trwała podwalina demokratycznych organizacji. Nie ma tu znaczenia, czy mówimy o mieszkańcach osiedla czy o obywatelach państwa”. [s. 193]

Wolność, oto słowo-klucz, które wyrzuciło prace Brukalskiej poza nawias tego, co dozwolone.

Warszawa na siatce

Mordyński w „Snach o Warszawie” z pieczołowitością odtwarza myślenie o odbudowie stolicy. Prowadzi czytelnika od ogólnych koncepcji urbanistycznych, od zdefiniowania najważniejszych linii, które mają definiować miasto, po szczegóły takie, jak ilość i przeznaczenie pomieszczeń w poszczególnych blokach.

Z fascynacją czytałam o tym, jak planowano, jakie spory toczono wokół tego, co ma powstać najpierw? Jak ograniczyć dziką odbudowę? Które zabytki odbudowywać, czemu mają służyć? Tarasowa zabudowa od skarpy wiślanej, przestrzeń reprezentacyjna, położenie głównego dworca kolejowego, główne arterie przecinające odbudowane miasto – wszystko to ma uzasadnienie socjologiczne i filozoficzne.

Warszawa – przynajmniej ta, która wyłaniała się z marzeń i desek kreślarskich na początku odbudowy – była miastem klarownym, dobrze przemyślanym, miastem przyszłości, które miało być wzorem dla świata. Trochę żałuję, że historia weszła w kolizję z planami i Warszawa wygląda inaczej, niż na deskach kreslarskich BOS.

Co ważne, autor podkreśla i wydobywa to, co niezwykle ważne: że urbanistom i architektom nie zależało jedynie na odbudowie miasta, stworzeniu mieszkań, miejsc pracy, ciągów komunikacyjnych, ale przede wszystkim – na stworzeniu prawdziwej tkanki społecznej i więzi społecznych w obrębie kolonii, osiedli, dzielnic i miasta.

„Syrkus [jednen z architektów – uzup. ML] był zdania, że budowy nowej Warszawy nie należy rozpoczynać od struktur komunikacyjnych, ale społecznych. To ludzie zbudują miasto, nie drogi, urzędy czy stadiony. Trzeba najpierw stworzyć społeczności, zadbać o hierarchię różnych powiązań między małą i dużą grupą sąsiedzką, zbudować poczucie odpowiedzialności obywatelskiej i braterskiej pomocy”. [s. 181]

Nawet ta kwestia wywoływała spory i dyskusje. I o nich także przeczytamy w „Snach o Warszawie”.

„Sny o Warszawie” Krzysztofa Mordyńskiego to fascynująca lektura

Narracja toczy się powoli, czasem zatacza koła, czasem cofa się, by przywołać szerszy kontekst, dać czytelnikowi wiedzę niezbędną, by w pełni docenić to, co się działo tuż po wojnie.
Książka napisana jest absolutnie pięknym, klarownym i przezroczystym językiem, który nie jest barierą między tematem a czytelnikiem, tylko środkiem do przekazania wiedzy. Czyta się „Sny o Warszawie” lekko, aczkolwiek z racji tematyki nie jest to książka na jeden wieczór.

No i jak wydana!

Reprodukcje planów, szkiców urbanistycznych, zdjęcia Warszawy takiej, jaką zastali powracający tuż po wojnie mieszkańcy, zdjęcia przedwojenne, wojenne i te, zrobione już w odbudowanych dzielnicach. Wszystko to sprawia, że historia opisana przez Mordyńskiego nie jest abstrakcją, tylko czymś, co można dotknąć i zobaczyć.

I jeszcze jedna, ważna dla mnie rzecz 😉

Autor odsyła w treści do wielu innych pozycji, książka ma także piękną bibliografię i przypisy, można zatem szukać kolejnych lektur. piękna sprawa.

„Sny o Warszawie” Krzysztofa Mordyńskiego – ksiażka wciągająca, pięknie napisana, jakaś szlachetna w ogolnym odbiorze. Zdecydowanie nie tylko dla fachowców. To po prostu pozycja poszerzająca horyzonty.

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *