Skip to content

„Śmiertelnie poważna rozrywka” – kolejny fragment powieści

Last updated on 19 lutego 2020

Ósma część „Drogi Smoka” to „Śmiertelnie poważna rozrywka”

Zarys akcji

Śmierć brata zmieniła wszystko w życiu Drew Napiera. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jego świat się potrzaskał!
Żeby uniknąć takiej katastrofy w przyszłości, Andrew skupił się na dwóch najważniejszych rzeczach: na pilnowaniu swojej rodziny i unikaniu posiadania nowej. To ostatnie jeszcze do niedawna nawet nie przyszłoby mu do głowy, bo kto normalny chciałby trzymać się z dala od Susany Dołhoruki?
Zdaniem Andrew sytuacja jednak się zmieniła i dlatego kapitan Napier rzadko pojawiał się w Rzymie.
Susana zacisnęła zęby i skupiła się na tym, na co mogła mieć wpływ: na wynikach swoich i drużyny. Roma D była blisko najważniejszego piłkarskiego trofeum globu i trzeba się było przyłożyć. Jeszcze kilka meczów i finał Ligi Mistrzów należy do zespołu ze Stadio Olimpico!
Niestety, w życiu zwykle dostaje się to, czego się nie zamawiało. Przekonają się o tym i Andrew, i Susana, i cała ich rodzina. Oraz Rodzina Dołhorukich.
Susanie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Ktoś bardzo chce, żeby jej zespół nie zagrał w finale. Wataha Yi Hyeon Ju znowu musi interweniować w Rzymie. Czy uda się uratować życie Susany? Czy zakochany w niej Andrew Napier przeżyje skupioną na nich uwagę Irishmana? Jeśli tak, czy przetrwa to, co czeka na niego później?

 

„Śmiertelnie poważna rozrywka” jest o piłce nożnej, zdrowieniu i skomplikowanych układach rodzinnych. Ale przede wszystkim – o podnoszeniu się z kolan.

Fragment „Śmiertelnie poważnej rozrywki”

Susana

Andrew spał zmęczony całym dniem. Nauką, planowaniem, treningiem z Olegiem, wieczorną rozmową, która skończyła się nad ranem, i tym o czym mówiliśmy.
Ale ja nie spałam. Obudziłam się chwilę temu i patrzyłam, jak mój Drew wygląda, kiedy śpi.

Miałam dwanaście, później trzynaście, później czternaście, później jeszcze piętnaście i szesnaście lat, i marzyłam, że taki właśnie widok kiedyś zobaczę.

Pierwszy raz byłam jego stalkerem,

kiedy byliśmy wszyscy w domu Kuby, nad jeziorem w Polsce, tam, gdzie Smoki miały wesele. To było jakieś półtora roku przed tą pamiętną imprezą. Mój Napier spał na trawie, w cieniu wielkiej wierzby, rozłożony wygodnie na kocu. Pamiętam, że był tylko w spranych spodenkach do kolan, a spał z prawą ręką pod głową.
Był idealny.

Miał króciutkie włosy, ścięte tuż przy czaszce. Niedawno był ranny i stracił część tych jego loków w ogniu, no i musieli mu ciachnąć całość. Ale wtedy, tamtego dnia, przynajmniej nie miał już blizn ani zaczerwienienia, nic go już nie bolało. Przez rok nie mógł używać lewej ręki. Kula przeszła mu przez łokieć i po prostu zostawiła po sobie tylko wielką dziurę. Musiał się zregenerować. Siedział chwilę w Rzymie, a później to już tylko w Katanii, gdzie remontowaliśmy dom. Nasza chałupa, z tego co pamiętam, ma jedyne siedemnaście tysięcy metrów kwadratowych. Andy kupiła ją od mojego ojca. To było fee za zlecenie, które dla niego robiła. Ceni się, nie? Jak napastnik Realu Madryt.

Drew operował tylko jedną ręką, ale pracował jak każdy z nas. Zmienni uważają, że praca jest najlepszą rehabilitacją. Jedyną akceptowalną. Zapytajcie Yoshiego, który po tym, jak stracił łydkę i kawałek uda, przenosił terakotę i inne delikatne rzeczy na budowie w Afryce.
Wiele razy widziałam go rannego, Drew, mówię o Drew. Mniejsze lub większe rany, postrzały, złamania, to codzienność żołnierza, zwłaszcza tego konkretnego żołnierza.
Bo trzeba mieć świadomość, że mój Drew jest zbójem jak Borys i jak Wojtek. Lubi być w środku zamieszania, lubi się bić. Nie tak, jak lubi Andy, ale też jest z tych bardziej nienormalnych.

Wiedziałam, jaki jest, ale i tak za każdym razem, kiedy widziałam go rannego, chciałam ryczeć rzewnymi łzami, zupełnie jak trampkarka po przegranym meczu.
Ogarnęłam się, kiedy Sasza powiedziała mi, żebym się stuknęła w głowę i odpowiedziała jej, czy Andrew mi wygląda jak ofiara? Nie, nie wyglądał. Wyglądał tak, że…

Wtedy, nad jeziorem, kiedy się na niego gapiłam, obudził się szybko, bo nos dał mu znać, że jestem i że siedzę blisko niego.

Byłam przygotowana do bycia przyłapaną na gorącym uczynku. Żeby zamaskować mój niecny czyn wzięłam z sobą „Wstęp do maszyn budowlanych” i udawałam, że uczę się do egzaminu. Przepytał mnie z połowy podręcznika. Zwykle uczył się ze mną do egzaminów, mówił, że z nudów. W sumie mógłby zostać inżynierem, moje kochane polpetto brutto.

Teraz leżał spokojnie, jak gentleman, którym w głębi swojego zdeprawowanego serca był. Sypiał tak od czternastu nocy: przy mnie, na kocu, w ubraniu, przy otwartych drzwiach. Jeśli był przy mnie jako Puma, to zamykałam drzwi, bo nie chciałam, żeby ktoś widział, że śpię rozwalona na nim jak na najpiękniejszej poduszce świata.

Miał wąskie usta, które sprawiały, że zawsze wyglądał, jakby się ironicznie uśmiechał. Wysokie kości policzkowe, piegi, których normalnie nie widać, ale które da się zauważyć, kiedy się jest kilka centymetrów od niego. Długawe, lekko kręcone włosy. Nie blond jak George’a, nie rude jak Jamesa, nie czarne jak Fredericka, ale brązowe, w ciepłym odcieniu włoskich orzechów. Krótkie na karku, długawe na górze. Dłuższych pewnie nie pozwalają nosić regulaminy wojskowe. Ale teraz już nie będzie wojskowym, prawda? Będzie mu tego brakować?
Muszę go zapytać.

Mnie będzie brakować jego widoku w mundurze i kilcie.

Kiedy byłam mała, młodsza, to chciałam wiedzieć, czy to prawda, że Szkoci nie noszą bielizny pod kiltem. Przygotowałam się bardzo naukowo i poważnie do operacji sprawdzenia tego na konkretnym, a nawet bardzo konkretnym przykładzie.
Uczyłam się od tych, którzy w podglądaniu mieli już doświadczenie: od moich rówieśników płci męskiej.

W szkole chłopcy czasem zaglądali dziewczynom pod spódnice. No co się dzieciom dziwić? Boys will be boys, jak mówi mój tata przy każdej okazji. Chłopaki ze szkoły wykorzystywali selfie stick, które mieszczuchy ożywiły na fali „vintage”. Po prostu zamiast robić sobie focie, to robili zdjęcia naszym majtkom.

Postanowiłam użyć tego samego sposobu. Udało mi się przekupić Olega i siedzieć między Andrew a Jamesem na kolacji na via Olona. To była jakaś bardzo oficjalna okazja, bo wszyscy chłopcy przyszli full scottish regalia, wszyscy w kiltach, z tymi całymi scyzorykami, torebeczkami, białe koszule, wow, no mówię wam.

Pamiętam, jaka byłam z siebie dumna, ja, podstępna Susana Giacommini!

Udało mi się ukryć sprzęt pod dywanem, a mechanizm wyzwalający mieć pod stopą. Telefonu nie było widać, bo kiedy naciskałam jeden z dwóch przycisków, to sunął po dywanie na miejsce, które wcześniej wyczaiłam, że będzie OK do zrobienia zdjęcia. Drugi przycisk strzelał fotkę.
Trenowałam na sobie. Zdjęcia moich majtek wychodziły zawsze OK.
Tak, to prawda, inżynieria mnie bawiła od dawna.
No i zrobiłam to swoje zdjęcie, a cyknęłam je, kiedy Andrew wstał, jak wstawali wszyscy, kiedy tata wygłaszał jakiś toast.

Zrobiłam mu zdjęcie, usiadłam niebywale zadowolona z siebie, skubnęłam jakieś jedzenie i kiedy myślałam, że nikt nie widzi, spojrzałam na ekran telefonu, żeby zobaczyć, jak wygląda mój ideał bez bielizny. W ogóle – jak wygląda facet bez majtek! Prawdziwy, nie tylko rzeźby, rycinki i rysunki.
Teoretycznie wiedziałam, ale chciałam wiedzieć i praktycznie.

Spojrzałam trzymając telefon tak, żeby obrus zasłaniał ekran.
Okazało się, że Andrew Napier miał na sobie bokserki w uśmiechnięte pomidorki i przypięty do kiltu, dyndający napis: „nieładnie, Małpko, nieładnie”. Kiedy zobaczyłam napis, zacytuję go jeszcze raz, żeby się dobić: „nieładnie, Małpko, nieładnie” zrobiło mi się zimno, gorąco i znowu zimno.
Zakrztusiłam się. Zaczerwieniłam. Straciłam oddech.
Kiedy podniosłam wzrok, patrzył na mnie tylko Oleg, który po prostu pogroził mi palcem.
Miałam wtedy trzynaście lat.

Od tego momentu przestałam mieć nadzieję, że uda mi się, jako dziecku, wywieść w pole Zmiennych. Ale nie poddałam się i dalej chciałam zobaczyć, jak wygląda prawdziwy mężczyzna bez niczego.

Udało mi się to rok później.
Grałyśmy mecz na Francesco Totti i chłopaki z męskiej drużyny stwierdzili, że to będzie niebywale zabawne, kiedy będą „przypadkiem” kąpać się pod prysznicami w szatni, z której miałyśmy korzystać. Wykąpali się, przemaszerowali nago przez szatnię, ubrali się, nie wiem gdzie, i usiedli na trybunach.

To trzeba przyznać: zawsze są na trybunach, kiedy jest jakiś ważny mecz. Czasem nie całą drużyną, ale nigdy mniej niż pięciu. Na zwykłych, ligowych, zawsze jest przynajmniej jeden i zawsze kibicuje jak Luca. Jakkolwiek jestem wściekła na facetów w świecie sportu, to nasi panowie, piłkarze z AS Roma, nam się udali. Może ktoś z nich będzie prezesem, ktoś trenerem i wreszcie się coś zmieni? Od środka. Bo w nich jest potencjał. W nas też, ale niektóre struktury trzeba zniszczyć od środeczka.

Nieważne. Ważne jest to, że tego dnia, mając lat czternaście i pół, widziałam po raz pierwszy i w naturze gołego faceta. Niestety, widziałam od razu dwadzieścia sztuk tego gatunku. I powiem, jak mawia Andrea: jedna sztuka robi wrażenie, dwudziestu to ilość hurtowa.
Potem to już mogłam jeździć z Watahą bez opieki mammy. Jak mieszkasz w jednej miejscówce ze Zmiennymi i nie zamykasz oczu, to się możesz napatrzeć. Powiem tak… nie rozumiem, jak mając ich, można patrzeć na innych mężczyzn?
Że nie czaicie mojego zachowania?
Ale konkretnie czego?
Ah, że dwa tygodnie po gwałcie mogę…?
Serio?
No mogę.
Jak mówi Sasza, mam prawdopodobnie wrażliwość Andrei albo w mojej rodzinie był ktoś ze Złotej Ordy. Ona, Saszka, powinna to wiedzieć najlepiej, bo mówi z doświadczenia. Zobaczcie tylko na jej czarne, proste jak drut włosy i równie czarne, skośne oczy. Po tatusiu ze Złotej Ordy.
Wie, co mówi i obie opcje kupuję.
Tak serio, to Sasza powiedziała, że mogę karać siebie, ale to durne, bo nic nie zrobiłam. Więc kiedy się da, wybieram niekaranie siebie.

Już wam tłumaczę, jak jest z tymi facetami.

Jak wyglądają normalsi, wszystkie wiecie.
Mijacie ich na ulicach, hodujecie, a nawet uprawiacie ich w zaciszu waszych domów. Tacy są, jakich ich sobie wychowałyśmy; są tym, w kogo im pozwoliłyśmy się zamienić. Tak mawiała babcia Giacommini, z którą się zgadzam w całej rozciągłości.

A moi? A moi są inni.
Owszem, większość z nich pamięta czasy potopu, ale to nie tłumaczy wszystkiego.
Taki Yoshitsune na przykład, na którego mówią czasem Kruk, bo wykonywał dla swojego władcy zadania, które niekoniecznie są wyrazem pacyfizmu. Yoshi zawsze robi to, co trzeba, nawet jeśli trzeba skorygować zachowanie jego własnej, ukochanej i magicznej córki, Andrei. I jest… piękny. Szczupły, silny, gibki. Kiedy walczy kijami hanbo, można na niego patrzeć godzinami. W dojo rusza się jak demon i jest niebezpieczny jak demon. Submisywny w Watasze nie walczy o pozycję, on daje spokój i odpręża dominujących swoją magią, nie jest rywalem, nie jest zagrożeniem, jest domem. Jednak nie wolno zapominać, że submisywni są bezpiecznymi sparingpartnerami dla każdego, szczególnie dla Alfy, a jeśli ktoś regularnie walczy z samym Alfą, to nie jest słaby. Widziałam jak Alfa Alf wali ręką w matę w czasie sparingu z Akanishim. I jest piękny, mówiłam? Nie „przystojny”, piękny. Jest Wilkiem.

Hyeon Ju… Irbis, Śnieżna Pantera. W nim bym się zakochała, na sto procent i w dodatku nieszczęśliwie, gdybym nie wpadła po uszy w to moje polpetto brutto, czyli w Drew. Długie włosy jak Yoshi, arystokratyczna twarz, zmysłowa i przystojna. Też szczupły, ale mocniej zbudowany niż Wilk. Hyeon Ju jest jak centrum tornada. Wiesz, że żywioł krąży wokół, huczy, niszczy i zabija, ale tu, gdzie jest on, jest cicho i to właśnie ściąga na niego wszystkie spojrzenia.

Oleg jest duuuuży. O wzroście mówię. Metr dziewięćdziesiąt. Rudy, z długimi włosami zebranymi w warkocz sięgający tyłka. Dolna połowa czaszki jest łysa jak po depilacji laserowej, dziewczyny będą wiedzieć, o czym mówię, i pokryta tatuażem. Potężne drzewo spływa w dół pniem i korzeniami, a gałęziami wchodzi aż na skronie Olega. Tygrys ma skośne oczy po mammie, Chince, tylko zielone. On aż promieniuje czymś, co ci daje siłę. Jest jak izotonik po treningu.

Charlie.
Uśmiecham się, bo jest tak wielki jak Oleg i też jest Tygrysem. Szatyn ze srebrem na skroniach, jeszcze nie silver fox, ale please, co za facet! Poważny, z mięśniami, które chyba były raz czy dwa rzeźbione. Widziałam sama w Villa Giulia posąg, który go przypominał! Poważny, uważny, idealny zięć dla każdej włoskiej mammy. Kiedy się uśmiecha, ma zmarszczki w kącikach oczu i dołeczek po lewej stronie. A jak patrzy na Ragnę, to fiuuu.

Jamie jest rudzielcem. Wysoki i zabawny. Uwielbiam jego ręce. Potrafi rzeźbić jakieś bzdurki tylko po to, żeby dzieciaki się śmiały. Kiedyś wyrzeźbił mi fujarkę, to było po jakimś moim słabszym meczu. Powiedział, że to nie jest żadna aluzja do mojej gry. Uhm. Jamie ma piękny brzuch. Opalony ośmiopak, na który mogłabym się gapić, gdyby mi Drew nie stawał zawsze na linii wzroku. I mówi po szkocku! Ten jego akcent jest jak lody karmelowe.

Freddie jest czarny jak noc. W formie Bestii i człowieka to brunet. Człowiek-Freddie ma idealne szafirowe oczy, jest gibki, szybki i poważny. Wygląda jak romantyczny bohater i ma w sobie coś osiemnastowiecznego. Nawet kiedy jest w wojskowym moro, to widzę go w pelerynie, z długimi włosami i na koniu. Z dottoressą Mary, jego żoną, jadącą z nim przez wrzosowiska.

Harry wygląda jak geek. Czasem nosi okulary, zwłaszcza, kiedy chce uchodzić za Człowieka. Ma metr osiemdziesiąt osiem, wiem, mierzyłam, i oprócz tego, że jest specjalistą od zabezpieczeń, świetnie gotuje, zwłaszcza chińszczyznę. A no i jest Panterą, i ratownikiem medycznym. Jest ponoć najlepszym szermierzem z Napierów. Tak twierdzi Yoshitsune, sam mistrz miecza. A, i jego usta mogą sprowadzać uczciwe kobiety na złą, ale usłaną przyjemnościami drogę.

George jest blondynem o niepokojąco jasnych, zielonych oczach. To ukochany Himari, który sam ma własną ukochaną, Nieśmiertelną z Roju królowej Parvaneh. Taki trójkąt emocjonalny o potencjale łez lub śmiechu. Spadochroniarz i pilot. Powinien być ptakiem, nie Tygrysem. Mogę patrzeć godzinami jak Georgie tańczy. Prowadzi tak, że nie czujesz, że jesteś prowadzona. On cię nie wlecze po parkiecie. On prowadzi. No OK, Hyeon Ju tańczy lepiej, ale po nim się tego spodziewałam, po Georgiem? Nie.
A wiecie, co mówią, że jak facet wie, co robi na parkiecie, to wie także, co robić w sypialni, tak, że ten tego.

Lachie był rudy i mógł sprowadzać jednym uśmiechem anioły z nieba na ziemię. Taki był Lachie. Taki był.

Borys… Borys jest… jak kawa. Potrzebujesz go do życia, ale jak go jest za dużo, może ci zaszkodzić. Takie mam wrażenie. Wysoki, muskularny, teraz nosi krótkie włosy. Kiedyś nosił coś, co się nazywa „osełedce”. Ta jego czerń jest równie czarna jak włosy Saszki i Freddiego, ale jednak ciemniejsza i bardziej… miękka. Ma po kilka kolczyków w każdym uchu. No i błękitne oczy. W każdym ruchu czai się wyzwanie, w każdym słowie potencjalna dwuznaczność. Dziewczyny z drużyny obsiadłyby go jak muchy, gdybym im pozwoliła. Nie pozwalam. Borys jest wampirem. Ale nie dlatego nie pozwalam, że jest wampirem, tylko dlatego, że jest moim Nieśmiertelnym. End of topic.

Alex. No, Alex to mroczny koleś. Nie „ponury”, tylko jakiś… ciemny. To pewnie jego oczy, czarne i błyszczące, skóra o ciepłej, oliwkowej barwie, albo sarkazm. Łysy, wysoki i wytatuowany od stóp do głów. Serio. Ptaszka ma bez tatuaży i twarz, i stopy. No mówię, że widziałam ich wszystkich!
Zmieniają się często, raz człowiek, raz Bestia. Czy ja jestem z Neapolu, żeby się żegnać, odwracać i oczy zamykać? Ludzie płacą, żeby takie widoki oglądać!
Fakt, dostałam za to w głowę od Wrony, zazdrosnej o obu mężów, ale warto było podejrzeć jej Wilka.

Fabrizio… najstarszy syn Parvaneh, Nieśmiertelny. Silver fox o uroku, który rzuca na kolana. Regularnie łączony z najpiękniejszymi kobietami, zawsze elegancki i elegancko dyskretny, podobnie jak damy jego serca. Zwykle w garniturze, a w najgorszym wypadku w koszuli i porządnych spodniach, na budowie Azylu półnagi nosił kamienie i podawał cegły, spierając się non stop z chilijskimi budowlańcami o jakąś roślinę, która rośnie u nich w górach.

Wojtek. Ma długie włosy, bo Sasza lubi długowłosych mężczyzn. Rudawy jest i nosi brodę. On, jak wszyscy Zmienni, jest wart oglądania nago. Yoshi ma lepszą pupę, ale Wojtka jest na drugim miejscu. Nie mówcie Saszy ani Ninie, że tak powiedziałam! Wojtek jest jak Borys, tylko lepiej to ukrywa i nie od razu widać, że to rozbójnik. Ma dziwne oczy, ciągle zmieniają kolor, co jest upierdliwe, bo prawie zawsze poza Katanią musi nosić soczewki kontaktowe. Jest Panterą.

Luca Tiberinus, Wodnik Tybru. Ciemnawa skóra, bardzo zielone oczy, które płoną jak szmaragdy, kiedy jego magia jest tuż pod skórą. Gładki, lepiej ubrany niż Oleg. W życiu się nie przyznam, że to powiedziałam. Wyższy niż Alex, niższy niż Charlie, mocno zbudowany. Ma piękne ręce i rusza się jak jego żywioł, woda. Trzeci tyłek Watahy, niech to coś powie o jakości konkurencji. Kiedyś siedziałyśmy i próbowałyśmy ułożyć jakąś wspólną listę, ale się poddałyśmy. W sumie powinno być kilkanaście „ex-equo”.

Misiek, czyli doktor Nitsch, jest Panterą Mglistą, niewielkim, ale przepięknym Kotem, plus chirurgiem, kobieciarzem z powołania i submisywnym Zmiennym. Wysoki blondyn, pływak i maratończyk, o uśmiechu, który sprawia, że szwy bielizny same się prują. To nie ja mówię, to moja kumpela Alicia, lewy pomocnik, śliniąca się na jego widok. Powiem tyle: skutecznie się na niego gapiła. Ponoć cytuję: kurwa, stara, warto było.

Kuba wygląda jak postać z dobrze narysowanej mangi. Wysoki i szczupły Nieśmiertelny. Jedyny znany mi człowiek, który nie ogląda się ani za kobietami, ani za mężczyznami i który jednocześnie nie ma historii przeglądarki pełnej cookies z site’ów porno. Jest przystojny jak oni wszyscy, ale ma w sobie coś, co zapobiega spoufalaniu się z nim. Lubię na niego patrzeć. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że oczy mi odpoczywają.

W takich warunkach estetycznych dorastałam. Czy Człowiek ma jakieś szanse?
Nie.

Przybliżyłam się do Drew.

Patrzyłam na niego i wyciągnęłam palec, bo bardzo chciałam dotknąć jego ust. Sprawdzić czy są tak samo fascynująco miękko-twarde, jak myślę, że są. Całowałam się już, no pewnie, że tak. Jestem – przynajmniej w jakimś sensie – dziewicą, nie cnotką. Ale nie powiem, żeby mi się to całowanie podobało. Mokre, ślimaczące się, kilka razy ktoś mi przygryzł język, ktoś prawie wybił mi jedynkę.
Nie miałam szczęścia albo wybierałam tak, żeby nie mieć wspomnień.
Dotknęłam i mój nadgarstek znalazł się w ręce Andrew. Miał tak długie palce, że pewnie mógłby obie moje dłonie zamknąć w jednej swojej. Dłonie akurat miałam małe i delikatne. Pod warunkiem, że nie pracowałam na budowie, bo wtedy i paznokieć mi zszedł, i odciski miałam, i wyglądałam jak po obozie kondycyjnym w Aoście.

Nie pytajcie.

Patrzył na mnie żółtymi oczami swojej Pumy, a pionowa źrenica jego oczu zmniejszyła się i powiększyła i w sekundzie patrzyły na mnie orzechowe oczy Człowieka.
– Czemu nie śpisz? – mówił szeptem, a ja przysunęłam się bliżej i pocałowałam go w kącik ust.
– Sus…

Teraz pocałowałam go w drugi i delikatnie polizałam jego wargi.

W dole brzucha poczułam ciężar, taki jaki czuję, kiedy się masturbuję, marząc sobie o nim. Mam nie zdradzać szczegółów? Ale to ludzkie przecież? Chyba, że wy nigdy i w ogóle….? A, to przepraszam.
Miał szorstkawe wargi, ale miękkie. Przybliżyłam się o centymetr i pocałowałam go delikatnie. To nie był pocałunek, tylko buziaczek.
– Susa – jęknął cicho i chwycił moje ręce, odsuwając je od siebie.
Nie wiem, jak to się stało, ale moje ręce zawędrowały, całkowicie bez mojego pozwolenia, pod jego podkoszulek. Madonna Santa, ależ on ma gorącą skórę!
– Susa, dość. Przestań, no już.

Zmarszczył brwi, ale znowu przez sekundę widziałam jego Pumę.

Pumy, jak wszyscy wiedzą, to straszliwe ladacznice i jego Kot jest moim sojusznikiem. Andrew-człowiek posługuje się rozumem, zasadami, przyzwoitością, szacunkiem dla mnie, obawą przed Hyeon Ju i tak dalej. Andrew-Zmienny poleci bardziej na instynktach oraz moich i jego potrzebach.
Nie wiedziałam, czy on mnie chce i czy mnie… pożąda. Nie mam ich nosa! Oni takie rzeczy wiedzą, zauważają je od razu. Nie da się ukrywać pożądania i okłamywać Zmiennych. Wiem, że Drew mnie kocha, jak ja kocham jego, ale pożądanie to chyba coś innego? Czasem idzie w parze z miłością, czasem nie.

Zamarłam na chwilę, bo mnie oświeciło.

Madonna Santa!
Zmienni i ich nosy!
Połowa ludzi tutaj czuje moje podniecenie i w zasadzie to mogłabym stanąć w hallu i krzyknąć: mam ochotę całować się z Andrew Napierem, kto chce to zobaczyć?!
W momencie, kiedy to pomyślałam, poczułam jak ciśnienie przytyka mi uszy i musiałam przełknąć, żeby poczuć się normalnie.

Andrew podniósł głowę, powęszył, pokręcił swoim upartym łbem.

– Co się stało? – powiedziałam szeptem, bo zostawiliśmy jak zwykle otwarte drzwi i każdy mógłby uczestniczyć w naszej rozmowie.
Drew chciał słyszeć wieczorne narady, oni chcieli być pewni, że śpię. Podejrzewam też, że otwarte drzwi to pomysł mojego Napiera, żeby wszyscy byli pewni, że nic nieodpowiedniego się nie wydarzy.
Be. Zna. Dzie. Ja.
Andrew wtulił głowę w poduszkę i śmiał się cicho.
Trąciłam go łokciem. Zaczął się śmiać głośniej. Oparłam się na łokciu i chwyciłam go za włosy. Trochę uniosłam ten jego durny łeb. Syknął.
Good, do niektórych trafia tylko ból, Andrea jest taka sama.
– Co się stało? – powtórzyłam zasadnicze pytanie.
Popatrzył na mnie, człowiek w stu procentach. Miałam ochotę go pocałować, tak mocną ochotę, że prawie straciłam oddech.
– Susa… – tym razem i poczułam, i usłyszałam ostrzeżenie w jego głosie.
Uśmiechnęłam się.
Szarpnęłam go raz jeszcze, przypominając, że mi nie odpowiedział.
– Oleg… – zaczął, a ja się zarumieniłam.
Bo kto jak kto, ale Oleg to na pewno poczuł moją ekscytację leżącym obok mnie idiotą.

– Oleg otoczył nas…

Uniosłam brwi. Czym nas Oleg otoczył? Opieką? Rodzicielską troską? Modlitwą do świętego Judy Tadeusza, patrona spraw beznadziejnych?
– … polem siłowym – powiedział po sekundzie, jakby przeszukiwał swój mózg, żeby znaleźć najlepsze określenie – Czymś w rodzaju pola siłowego. Nie słychać nas, w każdym razie za bardzo, nie czuć ani nas, ani naszych… – wykrzywił się – Zapachów, bo siejemy nimi oboje tak, jakbyśmy się szykowali do… – przegarnął ręką włosy i nie skończył.
– Ty też?
Brzmiałam jak dwunastolatka, którą byłam, kiedy się w tym idiocie zakochałam. Popatrzył na mnie jak na posiadaczkę tipsów i IQ świnki morskiej.
– Tak. Ja też. Co ty w ogóle robisz, kobieto?
– Uwodzę cię.
Zamarł.
– Słucham?
– Uwodzę cię.
– Po co?
– Khm… – byłam zażenowana i coraz mniej rozumiałam.
Skoro on też wypuszcza w przestrzeń zapach podniecenia, to znaczy, że go kręcę, tak? To dlaczego teraz pyta, po co go uwodzę? W ogóle, co to za pytanie? Po co się uwodzi? Żeby mieć lepsze miejsce w autobusie na zgrupowanie?
Odsunęłam się na milimetr, niepewna trochę siebie i w ogóle.

Przytrzymał mnie.
– Pytam, po co mnie uwodzisz, kobieto, skoro jestem przez ciebie skutecznie uwiedziony. I brak uwodzenia nie jest moim kłopotem, tylko permanentna… nieważne co. Jestem zakochany od pięciu lat, uwiedziony totalnie od wesela Smoków, bo paradowałaś w tym czerwonym kostiumie kąpielowym i ja pitolę…
– Karminowym – musiałam go poprawić, bo kostium nie był czerwony, tylko karminowy, a takie detale są istotne.
– Karminowym. Siedziałem w jeziorze pół dnia, żeby nie pokazywać, co ze mną robisz! Po cholerę mnie jeszcze uwodzisz?
Pocałowałam go, kiedy jeszcze coś tam mamrotał.
Nie miałam specjalnego pojęcia, co robię, liczyłam na to, że on się ogarnie i przejmie inicjatywę. To w końcu Drew, prawda?
Miałam rację.
Wiedział, co trzeba zrobić i Madonna… to było zupełnie coś innego, niż te moje całowania w liceum czy na studiach. Nie całowałam ślimaka, który mi wpychał jęzor do gardła, tylko smakowałam i byłam smakowana przez kogoś, kogo kocham.

Śmiertelnie niebezpieczna rozrywka” dostępna jest w Amazon.com,Smashwords.com, Legimi.pl i Google Books.

Published in"ŚMIERTELNIE POWAŻNA ROZRYWKA", część 8

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *