Skip to content

Skończyłam „Drogę Smoka”… i…

Last updated on 19 lutego 2020

No tak. Skończyłam.
I już mi czegoś brakuje 🙃

Tuż przed Świętami napisałam „koniec” pod ostatnim z tomów mojej „Drogi Smoka”, cyklu urban fantasy, który zaczęłam pisać w kwietniu 2018.

Pierwszą książkę, „Morze krwi”, napisałam w dwa miesiące i oddałam beta-testerom chyba w lipcu.

Od razu siadłam do pisania części drugiej, bo w pierwszej bohaterom brakowało zasadniczego komponentu. Nie, nie chodzi o realizm czy charakter, thank you very much.

Po napisaniu „Pracowitych wakacji w Rzymie” wątek emocjonalny, czyli romansowy, był już ustawiony, ale okazało się, że bohaterowie mają nie tylko przyszłość, ale i przeszłość.

I tak powstało „Polowanie na cienie”które było trudne, bo żonglowałam wieloma bohaterami i wątkami.

Po ciężkim emocjonalnie i obyczajowo „Polowaniu…” trzeba było sprawić, że pojawi się na horyzoncie minimalna szansa na happy end. Dla kogoś. Musiałam zapalić światełko w tunelu. Tak powstały „Czarne Piaski”.

No, jak się powiedziało A,B i C to trzeba polecieć z alfabetem dalej, bo świat się sam nie uratuje. I machnęłam „Uleczony świat”.

A poźniej przyglądałam się, jak moi przyjaciele przygotowują się do rodzicielstwa i musiałam być bardzo szczęśliwa ich szczęściem, bo powstał  „Dreamwalker i Wilk”.

Po nim kilka rzeczy się pogmatwało i napisałam mroczniejszą „Akcję „Apokalipsa'”, której jeszcze oficjalnie nie ma, ale która już jest.

A na koniec powrócił mój feministyczny wkurw i napisałam „Śmiertelnie poważną rozrywkę”.

Dorobek? Jeśli chcecie tak to nazwać, to proszę.

Osiem książek.

15 miesięcy pisania, 5 przepisywania, redagowania, wywalania i dokładania nowych rzeczy, łowienia przecinków i błędów językowych, testowania na znajomych i przyjaciołach.

Przepraszam wszystkich, którzy byli beta-testerami. Dostawaliście pierwsze wersje, a i tak stać Was było na szczodrość i zachęcanie mnie do pisania. Nie wiem, kiedy się odwdzięczę. Ola Strzelecka, jej Mama, Radek Jaroszek, Michał Lelonek, Daria Dziewiecka, Paweł Jurek, Magda Faszczewska, Zbyszek Ptaszyński, Patrycja Szostakowska, Magda Nojszewska, last but not least: Robert Styczeń. Czytaliście i przetrwaliście. Jesteście bohaterami 😂.

Ola – będę Ci dzieci bawić do ich 18tki, Ty i Twoja mama przeżyłyście i przeczytałyście wszystko, co najgorsze, a i tak byłyście wiernymi czytelnikami. Szacun.

Skończyłam i wszystkie są na Amazonie.
Dalej w to nie wierzę.
Piszę to, żeby do mnie dotarło, że „Droga Smoka” jest gotowa.

Nie mam problemów ze słowami. Na klawiaturę wylewają się z prędkością zbliżoną do prędkości światła i wydaje się, że nic ich nie zatrzyma. Small talk też jestem w stanie uprawiać, przynajmniej przez kilka minut. Ten typ komunikacji ma to do siebie, że „rozmówca” szybko przenosi swoją uwagę na kogoś innego, a ty, człowiecze, masz szansę wymienić te same banały z innymi, którzy prawdopodobnie cierpią te same katusze.
Uwielbiam wykładać. Perły swojej inteligencji mogę rzucać przed ludzkość garściami, długo i na wiele tematów.
Z prowadzeniem prawdziwej, wartościowej i czasami nawet głębokiej rozmowy też zwykle nie mam kłopotów.

Problem zaczyna się, kiedy przychodzi mi mówić o książkach, które napisałam. Zaczynam się wtedy nerwowo rozglądać, szukając ratunku i licząc na to, że wpadnie ktoś, kto mnie uratuje, mówiąc na przykład: „a wiecie, że XY się zwolnił?”. Kiedy nic takiego nie następuje i kiedy słyszę pytanie: „jak tam twoje pisanie?”, przewracam oczami i udaję, że to nic takiego, że temat jest błahy i w ogóle tyle się dzieje na świecie, że po co o mówić o moich książkach?

Oczywiście, powiecie, to dlatego, że Lech boi się oceny!

No, ja myślę, że się boję! I to jak!

Tak z ręką na sercu, ilu z Was się nie boi cenzurek, punktów, gwiazdek, zwłaszcza jeśli przychodzi do rozmowy o subiektywnej ocenie czegoś, w co włożyliście czas i siebie?
Oczywiście, że każda opinia jest ważna. No jasne, że te negatywne są najważniejsze, bo pokazują nam słabe punkty tego, co zrobiliśmy. No sure, że tylko krytyka pozwala nam rosnąć i się rozwijać, ale cholera jasna, no…

To wszystko, co napisałam powyżej, jest jasne i sama to mówiłam wszystkim tym, których oceniałam. (ukłony dla wszystkich, którzy przeżyli krytykę własnych książek, w tym Maciek Jakubski i Aleksandra Konefał)

„Droga Smoka” uświadomiła mi, jak niewiele wiedziałam o „zaangażowaniu”…

Wiecie… zawsze uważałam, że do pracy zawodowej podchodzę w bardzo osobisty sposób, traktując ją jak hmm… przedłużenie siebie. Myliłam się. Nie miałam bladego pojęcia, czym jest „osobisty stosunek do tego, co się robi”, czyli po nie-korporacyjnemu, tylko po ludzku: czym jest zaangażowanie.

Kiedyś PJ zapytał mnie, jak piszę. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że tak, jak pracowałam na chleb i humus. Wstaję rano, siadam i piszę. Po kilku godzinach robię sobie przerwę, potem znowu piszę. Wieczorem czytam, co napisałam, żeby mieć co poprawiać rano. Dla rozrywki czytam książki napisane przez ludzi, którzy pisać potrafią.

Tak, osiem godzin dziennie, co najmniej osiem godzin.

Tak, robiłam to na full, ale po to zafundowałam sobie przerwę od życia zawodowego. Nie po to, żeby nic nie robić, tylko żeby spróbować tego, co dla mnie ważne.

Jako że nie przepadam za mówieniem o tym, co i po co stworzyłam, to napiszę o tym. Będzie mi łatwiej.
Autor musi sobie życie ułatwiać.

Co mnie wzięło na (urban) fantasy?
Jak to co! Dziedzictwo kulturowe!

Wychowałam się na fantastyce i na miesięczniku „Fantastyka”, na tej jego wersji, którą pamietają wapniaki w moim wieku, tej, w której nie było kabotynizmu i konserwatyzmu, od którego cora nova cierpnie. Na czasopiśmie, które do Polski wpuszczało świeży powiew literatury, tłumaczyło kapitalne rzeczy, na którego łamach debiutowali i Dukaj, i Sapkowski, i wielu innych. Wykarmili mnie SF w czasach, gdy „Marcin Wolski” kojarzyło się z „Agent dołu” a nie z … no właśnie. Złote lata SF, złote lata tego czasopisma. Było, minęło, RIP.

Dalej czytam SF, ale nie piszę w tym gatunku. Dlaczego? Ponieważ trzeba mieć odrobinę instynktu samozachowawczego. Żeby pisać dobrze i nie wystawiać się na śmieszność, należy doskonale znać trendy we współczesnej nauce (w sensie: w science) inaczej łatwo zrobić z siebie przemądrzałego kretyna. Wiem przecież, ile razy wznoszę wzrok do sufitu, kiedy czytam coś, co urąga mojej wiedzy z zakresu fizyki czy astronomii, lub coś, co obraża zdrowy rozsądek. Dlatego – hard SF nie jest dla mnie.

Ale inne… cóż. Napisałam dwie mikropowieści. Znajomy inżynier wiertnictwa, sam piszący hard SF, przeczytał, pomruczał, ale wydał pozytywny werdykt. Ulżyło mi, bo sam pisze bardzo dobrze. Sami sprawdźcie.

Jednak najlepiej czuję się w urban fantasy. Why urban? No wiecie: w klasycznym był i JRRT, i Sapkowski, po nich to już potop, cokolwiek nie napiszesz o krasnoludach, to albo cię z Tolkienem, albo z autorem „Wiedźmina” porównają. Ziew. Zresztą, ile się można w Aragornie i w Geralcie podkochiwać, prawda? Człowiek w końcu wyrasta ze starych miłości, jak z trampek.

Urban lubię, bo w tym gatunku sky is the limit.

Bo mogę być tak złośliwa, szczera, sentymentalna, wulgarna, dosadna, bezczelna, odkrywcza, powtarzalna, jak tylko chcę. Tak, to jest „mój” gatunek, dobrze się w nim czuję, dlatego robię w nim to, na co nie mam odwagi w innych. So sue me.

Bohaterowie „Drogi Smoka”

Wymyślając „Drogę Smoka” wyszłam z podobnego założenia, jak większość moich koleżanek i kolegów po piórze: pozwolę człowiekowi, Homo Sapiens Sapiens, wejść do świata, który ludzki nie jest. Chciałam pozwolić mojej bohaterce poznawać go, krok po kroku, zanurzać się w niego, a czasem się nawet podtapiać.

Ona, czyli Andrea Niwiński

A no oczywiście, że to miała być bohaterka. Jestem, przepraszam za wyrażenie, feministką.
Chciałam, żeby była nieco chropawa, nieco irytująca, nieco przemądrzała, niespecjalnie piękna, ale obdarzona spektakularnymi wadami.

Arwena jest ideałem, nie sądzę, żeby literatura uniosła więcej takich.

Nie, wszystkim chcącym uprawiać psychoanalizę oświadczam: bohaterka zasadniczej części „Drogi Smoka” („Morza krwi”, „Pracowitych wakacji w Rzymie”, „Polowania na cienie”, „Czarnych Piasków” i „Uleczonego świata”) nie jest ani mną, ani nie jest do mnie podobna. OK, klnie, to fakt.
Siebie włożyłam w jednego z męskich bohaterów, taka jest prawda.

Stworzyłam więc Andreę Niwiński, która musi wymyślić się na nowo, bo zamknęła pewien etap w swoim życiu i nie bardzo wie, co ma z sobą zrobić w kolejnym. Myślała, że zatrzaśnięcie drzwi do jednej części życia to recepta na automatyczne szczęście. No, nie. „Wolność od czegoś” musi być „wolnością do czegoś”, bo inaczej mamy prostą drogę do sybarytyzmu/alkoholizmu i/lub depresji.

Zamarzył mi się także wątek romansowy, bo egzystencjalizm, to jak cię mogę, jest dobry i niezbędny, żeby książka nie była miałka, ale trudu istnienia każdy ma w swoim życiu pod dostatkiem, prawda? Kawałek przystojnego eskapizmu nie jest zły, mam rację?

Więc musi pojawić się także i bohater…

W „Morzu krwi” Niwiński spotyka Alexandra Fitzwilliama, właściwie Brytyjczyka, właściwie policjanta, który jest inteligentny, sarkastyczny, introwertyczny, okresowo marudny i jedyne, czego chce, to mieć święty spokój, żeby móc robić to, co lubi. Alexowi żadna niewiasta nie jest do szczęścia potrzebna i gdyby miał siłę przeciwstawić się swojemu przełożonemu, to pewnie wolałby wyjechać do Szkocji niż do Krakowa, do jakiejś Niwiński, która ma zapewnić mu godziwe warunki rehabilitacji.

Dlaczego do Szkocji? Ponieważ tam mieszkają i stamtąd pochodzą bracia Napierowie, którzy należą do niewielkiej grupy istot, których towarzystwo Fitzwilliam w ogóle toleruje. Niestety, za późno na protesty. Alex jest w tak złym stanie, że nawet nie miałby na nie siły.

Dalej wiecie jak jest: mężczyzna, kobieta, wojna.

No właśnie i pojawia się pewien kłopot.

Duży kłopot. Bo o ile jeszcze w „Morzu krwi” wszystko wydaje się proste jak jednorożce, to jednak Alex i Andrea wybierają życie w dość nietypowym układzie. Nie mogę powiedzieć, w jakim konkretnie, bo to byłby spoiler, ale tak, nie jest to tradycyjny układ.

W kolejnym tomie pojawia się bowiem ktoś jeszcze, ktoś, kto wejdzie pomiędzy Alexa i Andreę, i kto sprawi, że dynamika tego, co może być związkiem, zmieni się niesamowicie. Wysoki i rudy Oleg Tsun, pół Rosjanin, pół Chińczyk, pracujący dla rosyjskiej mafii w Rzymie, porządnie namiesza. Oj, namiesza.

Taki jest punkt wyjścia, z tym mamy do czynienia w pierwszych dwóch częściach „Drogi Smoka”.

Nie, o serduszka i buziaczki w moich książkach chodzi

Bohater zbiorowy, czyli w grupie jest ciekawiej

Oczywiście, że nie chodzi „tylko o emocje”! Co za pomysł?

Są jeszcze mafie, handel niewolnikami, próba przejęcia kontroli nad życiem moich bohaterów, porwanie dziecka, rozpiz… hmmmm zamieszanie o charakterze militarnym, kilka bójek, próba zabójstwa, gwałt i tak dalej.

Później sprawy coraz to bardziej się komplikują, a świat okazuje się o wiele ciekawszy, niż to się Andrei wydawało. Stopniowo w jej życie zaczyna wchodzić coś, co nazywamy „magią”, a co jest… magią.

Stopniowo także powiększa się grono bohaterów moich książek. Prawdę mówiąc, to „Droga Smoka” nie jest historią pojedynczych bohaterów, tylko całej ich grupy. Cykl ma bohatera zbiorowego, który – owszem – ujawnia się stopniowo, ale który jest ważny przez bycie zbiorowością.

W „Drodze Smoka” zmienia się nie tylko percepcja człowieka, który styka się ze światem Nadnaturalnych. Zmiana jest potężniejsza. I chyba ciekawsza.

Po zasadniczej części „Drogi Smoka” pojawiają się inne historie, inni ludzie wychodzą wyraźniej na pierwszy plan. To odchodzenie od core’owych bohaterów zaczyna się w „Dreamwalker i Wilk”, książce, która jest już w sieci. „Akcja ‚Apokalipsa'” pojawi się niebawem. Trochę późnej pokaże się „Śmiertelnie poważna rozrywka”, ostatni tom i chyba zamknięcie serii.

Dylematy moralne i pisarskie

Wiecie? Pisanie to wiele codziennych wyborów.

Sceny seksu: mają być, czy nie? Jak je napisać? No dobra, napisałam. Usunąć je? Szkoda, w końcu zaznaczam, że książka jest +18, ale… A jak to przeczyta ktoś, kto zna moich rodziców!!! (Małe prawdopodobieństwo, ale moje rodzeństwo przecież umie czytać. Rany julek…)

Bohaterowie… pozwolić im wybrać, jak czuję, że powinni, czy dopasować ich do tego, co w rzeczywistym świecie jest uznane za normę?

Pisać o przemocy wobec kobiet? O kwestiach molestowania, gwałtu? Tak? Nie? Jak to zrobić, żeby nie obrazić uczuć tych, które w rzeczywistym świecie stawiły temu czoła? Jak o tym pisać, żeby nie było „za dużo”? Czy w ogóle jest „za dużo”, jeśli chodzi o kwestie przemocy wobec kobiet?

Wulgarny język… zostawić, czy kropkować? Fuck, no właśnie, no…

I tak dalej, i tak dalej. Każdy jeden wybór pociągał za sobą inne.

„To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść”

Czuję smutek. Pustkę. Dziwną i straszną. Napięcie jak przed trudnym egzaminem (gramatyka historyczna języka polskiego lub literatura romantyzmu, niech poloniści wybiorą). Trema. Nie, nie dlatego, że książki są w sieci. Nie.
Chyba nie.
Dlatego, że czuję, że nowa historia zaczyna mi się tworzyć w głowie, ale jeszcze nie ułożyła się tam cała. Mam bohaterkę, ale nie znam jej dobrze, nie widzę jej do końca. Jeszcze jej nie zaczęłam pisać, a już chcę!

„Już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj”

Jest więc i smutek, i czekanie na nowe.

Tymczasem w głowie dalej mam braci Napierów, na czele z Charlesem, którego charakter bardzo mi odpowiada i przypomina, kogoś kogo znam. Alexa, który wyjaśnia i wyjaśnia, i jest 100% sexy as hell profesorem. Olega, który rozmasuje każdy kłopot. Yoshitsune, który elegancko przemilczy wszystko, Mary, która z cierpliwością patrzy na świat, bo w końcu wychowała czwórkę dzieci, to co ją może zirytować? Trup? Ninę, która uważa, że nie jest hippisem, ale nim jest, Saszę, dla której „ciasno, to było na Kremlu, jak go Polacy zdobyli”. Bazylisę Rosji, która ma pięć córek i czasem ma ochotę… Frankę, która jest stuprocentową Rzymianką i której córka jest także Rzymianką, i to udowadnia. Himari, która jest najstarszym dzieckiem świata, co widać. Mam w głowie i Kubę, i Wojtka, i Michała Nitscha, który aż się prosi o własną historię, i innych.

Czuję się trochę, jakbym zostawiała grupę ludzi, z którymi się przyjaźnię, i przeprowadzała się do innego miasta, gdzie nie znam praktycznie nikogo i nie wiem, co się zdarzy. Jest i ekscytacja, i ten smutek.

Mam też świadomość, że kiedy już coś wypuściłam w świat, straciłam na tym kontrolę. Moje słowa mogą zacząć żyć własnym życiem. Moi bohaterowie, których en masse lubię, mogą irytować, męczyć i wk..wiać innych, a ja nie będę mogła nic z tym zrobić.

To dziwne uczucie, zwłaszcza dla kogoś, kto nie ma dzieci i nie wie, jak to jest, kiedy potomstwo wyfruwa z gniazda, z radością uciekając od rodziców.

No dobrze, Lech.

Poużalałaś się? To bierz się do roboty. Masz redagowanie i pisanie, samo się nie zrobi. Na co czekasz, człowieku?

Published inDroga Smoka

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *