Skip to content

Radek Rak i jego „Baśń o wężowym sercu, albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, czyli uwodzicielski rytm języka

„[…] przyszłość tworzyć może każdy, kto chce, ale do tworzenia przeszłości trzeba wielkiej czarodziejskiej mocy albo sprytnego umysłu”. [s. 167].

Pochodzę z Galicji

Jeślibyście mieli tyle lat, ile mam ja i gdybyście mieli w dzieciństwie okazję słuchać bardzo, bardzo wiekowych sąsiadów i sąsiadek, słyszelibyście czasem wspomnienia o tym, jak to „pradziadek poszli, a później z konikiem wrócili. Konik ładny był, ino na robotę w polu za słaby, to i się zmarnił”.

Tu ktoś poszedł z chłopami, ale się spił w karczmie i go ominęło. Co? Przygoda? Tragedia? Okazja do zarobku? Do zemsty? Jaka nienazwana zabawa przeszła przodkowi koło nosa? Tego się głośno nie mówiło, nie przy dzieciach w każdym razie. Nikt z tych wiekowych ludzi rabacji nie komentował. W ustroju, w którym rządził sojusz robotniczo-chłopski, chłopi mieli „świadomość klasową” i zdawali sobie sprawę, że – podobnie jak „za pana” – swoje trzeba wiedzieć i cicho siedzieć.

A rabacja była dramatem, który po Galicji przewalił się i który ten region naznaczył. Na bocheńskim cmentarzu jest mogiła jej ofiar.  W Grodkowicach, które od mojego domu dzieliło w prostej linii 4 kilometry, zabito Marcina Żeleńskiego. Siekierami. Czy widziałam groby tych, którzy na dwory szli? Nie. Chłopom się nagrobków nie stawiało.

Chyba te wspomnienia z dzieciństwa, ciągle uwierające jak piasek w bucie, sprawiły, że jeszcze chętniej sięgnęłam po „Baśń o wężowym sercu, albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” Radka Raka, wydaną w Powergraphie.

To książka wymagająca, ale doskonała

Przede wszystko napisana jest jak klechda. Nie jakaś tam bajeczka dziadzi-piernika, który wszystkie rozumy zjadł, opowiadana tylko po to, by nikt inny słowa powiedzieć nie mógł, ale opowieść snuta przez kogoś, kto opowiadać umie, dla kogo język mówiony jest – jak dla Boga – narzędziem do stwarzania świata.

Bo też i Rak świat kreuje

Jego świat, to rzeczywistość paradoksalna. Jednocześnie nie posiada granic, a różnica między byciem człowiekiem a bukiem, chamem a panem, żywym i martwym znaczy niewiele, bo jest przekraczalna.

Z drugiej strony to przecież świat sztywnych reguł, w których „pany” jedzą, piją, zachowują się inaczej niż chamy, ci inaczej niż Żydzi, niż Rusini, niż wężowi ludzie. Świat w którym byt określa świadomość. Obie te płaszczyzny mieszają się i przenikają, a to jak interferują, wpływa na wybory bohaterów „Baśni…”

„Baśń o wężowym sercu, albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” to książka pięknie napisana

Jest w niej melodia języka, takiego jakim opowiadało się historie w długie noce. To nie jest fraza, którą się pisze, choć i zapisana wybrzmiewa w pełni. Ale weźcie i przeczytajcie przynajmniej fragmenty na głos. Jest u Raka potężne dziedzictwo kultury oralnej, ulotnej, zmiennej i niezwykle kontekstowej.

„Kiedy wieje, lżej jest oddychać i przestaje łupać w kościach. A gdy wwącha się w ten wiatr, wejdzie się w niego całym sobą, można wyczuć w nim inne wonie, wonie cynamonu, goździków i mięty, wonie tajemniczych krajów leżących daleko, gdzie ludzie mają ciemną skórę i w zwieńczonych kopułami świątyniach modlą się do innego Boga. Powiew znad morza przynosi więc również niepokój, gorączkę drogi i niektórzy, ci o gorętszej krwi, czasami wyruszają w podróż i nie wracają” [s.444]

Jest w „Baśni o wężowym sercu” rozbuchana wyobraźnia

nieskrępowana, zdolna do pokazania największego okrucieństwa, ale tak, że nie czujemy potrzeby odwracania spojrzenia, tylko pochylenia się nad wydarzeniem i zastanowienia się nad nim i dolą jego uczestników. Konwencja baśni, a w zasadzie to realizmu magicznego, odbiera bowiem wydarzeniom trochę pornograficznej dosłowności i dokumentaryzmu, i nakłada na nie filtr.

Patrzymy zatem na Jakóba, a trochę i na siebie, i widokowi temu, rozmytemu i pokrytemu warstewką magii i poezji, możemy stawić czoła.

Jest w „Baśni o wężowym sercu” Radka Raka piękna i naturalna zmysłowość

Wszystko aż pulsuje życiem, które chce się dotykać, ocierać, mnożyć i rozprzestrzeniać. Ciało i cielesność odgrywa w jej opowieści ogromną rolę, ale z kwestiami erotyzmu Rak radzi sobie podobnie jak z pokazywanie tych brzydszych cech naszego charakteru: przepuszcza je przez filtr baśniowości. Nawet, kiedy rzeczywistość ociera się o nieprzyzwoitość (incest) to i tak pozostaje piękna.

Jak mówi sam narrator „Prawdziwa miłość zawsze dzieje się trochę poza obyczajowością” [s.170]

No i przyroda!

Pamiętacie jeszcze ze szkoły te wszystkie „Przyroda w Nad Niemnem”? „Puszcza w Panu Tadeuszu?” „Rola natury w Chłopach Rejmonta”? No właśnie.

U Radka Raka jest lepiej.

Nie tylko więcej (ktoś niedawno uświadomił mi, że więcej = prawie zawsze równa się lepiej, testuję na Was to oburzające oświadczenie😇), ale i lepiej. Narracja w „Baśni o wężowym sercu” oddycha z przyrodą. Natura jest wszędzie, dosłownie – wdziera się wszędzie!

Nie tylko do szlacheckiego dworku.

„Roślinność tętniła nie tylko na zewnątrz dworu. Pnącza wdarły się do salonu i gabinetu jaśniepana, a w przedpokoju płożyły się ogromne dynie. W sypialni całe łoże porosło makami, choć pora na maki dawno już przecież minęła. Starego zaś pana, Stanisława, który od kilku lat cierpiał na paralusz i jeździł w fotelu z kółkami, całkowicie oplótł pachnący powój, tak że wystawały spod niego tylko gładkie jak marmur dłonie”. [s. 59].

Widzicie jak pięknie Rak stawia sprawy na głowie? Nie dość, że natura wdziera się do królestwa cywilizacji i przejmuje nad nim władzę, to jeszcze sprawia, że człowiek – pan stworzenia – wygląda jak rzecz, przedmiot, jak marmurowa rzeźba. Wszystko staje na głowie.

Ale natura wg Raka nie zapisała się do new age i nie stała się bujną acz łagodną matką, co to to nie.

„Przyroda to jednak kurwa jest. Nie pojmuję, jak można było napisać w świętych księgach, że Bóg stworzył świat i wiedział, że to było dobre. Chuj tam dobre. Każdy każdego żre i nic nie ma, tylko strach, choroba i zdychanie”. [s. 192]

Zresztą natura, jej rytm, obserwowalne zasady rządzące przyrodą są matrycą, na którą nakłada się i dzięki której tłumaczy się większość zasad obowiazujących w świecie „Baśni o wężowym sercu”. Nawet miejsce, z którego kolędnicy powinni zaczynać chodzenie po kolędzie, jest prawami przyrody tłumaczone (zaczyna się chodzić od wschodu, bo tam wstaje słonce i gwiazdy).

Język natury – lingua franca „Galileji”?

Wydaje mi się zresztą, że język natury jest w świecie „Baśni…” jedynym kodem, za pomocą którego wszyscy, nawet „prości” bohaterowie, mogą przekazać skomplikowane prawdy, wyjaśniać niełatwe emocje, dzielić się wrażeniami czy mądrością. Ot, kwestie miłości: nieszczęśliwej, niechcianej, odrzuconej, wykorzystanej. Spójrzmy na mnogość obrazów serc, z jakimi mamy do czynienia w powieści. Serca są dawane, oddawane, zbutwiałe, pokryte piórami, niknące, dziurawe. Przełożenie znaczenia obrazów na język proste nie jest, ich zrozumienie – wręcz przeciwnie. Każdy może nadpisać takie znaczenie, jakie chce.

Pięknie i ładnie, powiecie, ale

o czym jest ta  „Baśń o wężowym sercu, albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”?

No jak to?  O Jakubie Szeli! Chłopaku, który „nie ma serca, więc nie jest sobą. A nie będąc sobą, może być kimkolwiek” [parafraza cytatu s.143] i który sprowadzi sporo zamieszania i nieszczęścia na wszystkich, łącznie z samym sobą.

Poznajemy go, kiedy jest młodzieńcem i pracuje u Żyda-karczmarza.

Nurkujemy, prowadzeni przez Radka Raka, głęboko w świat XIX „Galilei” i poznajemy historię Kóby. Towarzyszymy dorastaniu i rozwojowi tej kontrowersyjnej postaci. Jesteśmy z nim od pierwszych zadurzeń po rzeź. Co łączy jedno z drugim? Jaki szereg krzywd, odczutych i wyrządzonych, prowadzi do takiego końca? Jaką drogę wewnętrzną przebywa Jakób, by z chłopca sprowadzającego bezpiecznie lunatyczkę z dachu, stać się kimś, kto budzi tak wielkie przerażenie? Jak głęboko trzeba zejść do krainy Króla Węży, żeby… nie, o tej podróży wewnętrznej nie opowiem. Przeczytajcie, bo warto. I pamiętajcie, że:

„Jeśli przyjrzeć się czasowi, widać wyraźnie, że to, co ważne, zawsze zaczyna się od spraw błahych. Od byle czego zaczynają się miłości, te przynoszące szczęście i te przynoszące ból, i te, które przynoszą jedno i drugie. Od byle czego wybuchają wojny, w których giną wielkie rzesze ludzi, a ci, co przeżyli, pustynnieją gdzieś głęboko w środku i od tego spustynnienia trudno ich czasem nazywać ludźmi”. [s. 31]

Radek Rak pokazuje nie tylko orgiastyczną i oniryczną rzeczywistość

Opisuje także fakty. Jego „Baśń…” nie ucieka przed obrazami, które my, zakochani w dworkach i ich mieszkańcach, pomijamy. Nauczono nas, że drobna szlachta była ostoją polskości, widzimy w niej krzewicieli edukacji, dopuszczamy do świadomości istnienie jedynie prawych i bohaterskich młodzieńców krwawiących w tysiącu bitew i pięknych, czystych oraz wiernych panien, przelewających za tamtymi miliony łez.

Nie chcemy z nazbyt bliska przyglądać się naturalistycznym obrazom życia chłopów, nie chcemy dowiadywać się o stosunkach, jakie łączyły chałupy i dwór. Odrzucamy wiedzę o pańskich bękartach, o biciu, o gwałtach, o łamaniu prawa.

Nie chcemy, żeby w obrazach, które pop-kultura i pop-historia wbiły nam w głowę, było więcej brudu, nieszczęścia, głupoty i prostego okrucieństwa. Wolimy kolumienki, malwy i włościan ścielących się wielmożnemu panu do nóg. Z szacunkiem i miłością.

Pochwała zapośredniczenia

A Radek Rak to wszystko pokazuje, ale w taki… „tarantinowski” sposób (scenę z kolędnikami mógłby nakręcić właśnie Tarantino lub bracia Cohen). Stylizacja językowa sprawia, że myślimy o tym, co pisarz nam mówi, co przekazuje, a nie od razu odrzucamy obraz, jako niezgodny z naszymi wyobrażeniami o świecie.

Klechda działa tam, gdzie prawda historyczna nie jest w stanie wejść.

„Baśń…” pokazuje napięcia między chłopami a panami i korzysta z całego arsenału środków stylistycznych. Nie będę doktoryzować się z tego tematu, ale prześledźcie go. Zobaczcie, że kiedy narrator (który jest niezwykłym kameleonem i pięknie kryje się za zasłonami ze słów!) pisze o szlachcie, zwłaszcza w początkowych fragmentach powieści, zawsze używa archaicznej formy gramatycznej: „pan wyszli, przyszli, przyjechali”. Chłop zaś „wyszedł, przyszedł, przyjechał”.

Panowie są inni nie tylko gramatycznie i kulturowo, ale i biologicznie:

„część bycia panem, to zjadanie innych” i „”Móc zjadać inne stworzenia, to mieć nad nimi władzę” [s. 234]

Ach, te zaprzeczenia!

Historia i baśń splatają się w powieści Radka Raka, jak pasma w warkoczu dziewczyny, raz jedno, raz drugie wychodzi na plan pierwszy. W „Baśni…” uwiodło mnie szczególnie jedno: właściwie każda opisana historia jest od razu zaprzeczona! Kończy się opowieść i rozdział jej poświęcony i bah! Następny zaczyna się od „ale może to wcale tak nie było”. Stoisz czytelniku na ruchomych piaskach i twoją decyzją jest, w co uwierzysz i jak słowa narratora zinterpretujesz.

No I jest jeszcze humor. I słowny, i sytuacyjny, i rubaszny, i kontekstualny. Mnie bawiło to, że Jakóba wiódł i ślepy, i kulawy (przeczytajcie i sprawdźcie, o kim mówię). Uśmiechałam się, kiedy narrator „robił sobie jaja” z tolkienowskich czarodziejów, parskałam śmiechem, czytając grube chłopskie żarty. Kręciłam głową na parafrazy tekstów biblijnych, w których subtelne zmiany robią kolosalną różnicę („widział”, „zobaczył” zmieniono na „wiedział”).

To był dobry śmiech, który jednak szybko zamierał na ustach, bo taka jest natura „Baśni o wężowym sercu, albo wtórego słowa o Jakóbie Szeli” Radka Raka. Prowadzi po wąskiej ścieżce miedzy komedią a tragedią.

Zakończę zachętą do czytania.

„Nie oglądaj się. […] Oczy masz z przodu, a nie na dupie, żebyś patrzał przed siebie, a nie na to, co minęło”. [s. 234]

Radka Raka „Baśń o wężowym sercu, albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” jest takim właśnie zapatrzeniem się w to, co minęło. Zapatrzeniem, które pozwala lepiej zobaczyć, co jest tu, teraz, w nas.

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *