„Pracowite wakacje w Rzymie” – fragment

Andrea

– Jakim cudem ten telefon zadzwonił? Kto to jest Wujaszek Wania? Czemu ten gość mówi z ruskim akcentem? Czemu, do chuja psa, nazywa cię myszeńką?

Każdy z nich oczywiście musiał zadać jakieś pytanie, no bo jak nie? 

Prywatna rozmowa telefoniczna, z Alexem, znajdującym się w jednym pomieszczeniu z rozmówcą, była niemożliwa. Niewiele można poradzić na niesamowicie wyostrzony słuch Zmiennych. To samo tyczyło się przypadku, kiedy moi chłopcy przebywali z rozmówcą w jednym pokoju: prywatność była również wykluczona. Oni nie mieli super-naturalnego słuchu. Ich po prostu interesowało wszystko i nie mieli najmniejszych problemów z podsłuchiwaniem, wsłuchiwaniem się w to, co się mówi, a Kuba, to może nawet i nagrał rozmowę. Nie wiem, wolę nie wiedzieć. 

Tymczasem ja byłam ciągle jeszcze w poprzedniej części wieczoru, kiedy słuchając Alexa, czułam pod palcami jego galopujący puls. Było więcej w opowieści o jego pierwszym razie, o jego nocy poślubnej, o małżeństwie, niż nam powiedział. Więcej smutku i samotności. Wolał przedstawić to wydarzenie, jako historię chłopaka, który późno stracił cnotę i długo nie wiedział, co i jak się w łóżku robi. Lepiej wydać się śmiesznawym, niż pokazać, jak boli. 

Znam to. Rozumiem. Sama tak robię.

Ale gdybym mogła, to bym tę gówniarę, jego żonę, wykopała z grobu i rozerwała na kawałki, spaliła i rozrzuciła prochy na cztery wiatry. 

Za ból w jego głosie. Za to, co przeszedł. 

Jednak czas nie zatrzymał się i nie zahamował, kiedy planowałam zemstę na dawno zmarłej kobiecie. Kuba był pierwszy z konkretami. Nerd wiedział, że odpowiem na pytania, jeśli będę mogła. Na początek jednak chciał mi dać potrzebne dane. 

– Rozmowa przyszła z Włoch, z Rzymu.

Odwróciłam się do niego zdziwiona.

– Nie maskował jej? – trochę to było nietypowe, jak na tego rosyjskiego control freaka. 

Wania był mądry, a raczej nie tylko mądry…. był cwany. Nie popełniał błędów, zwłaszcza błędów nowicjusza. 

Kuba pokręcił głową. 

– Nie, niewiele osób używa starych linii stacjonarnych i niewiele osób wie, jak maskować takie rozmowy. Stara, zdechła technologia, wiesz jak jest.

Nie wiedziałam, ale wystarczyło mi w zupełności, że jedno z nas wiedziało. Usiadłam na podłodze, nagle bardziej zmęczona niż do tej pory. Liczyłam na kilkanaście godzin snu, potem na leniwe dni w ogrodzie, tutaj. Na spokojne, czerwcowe wieczory, na ciszę i dolce far niente. Na czas z Alexem, na rozmowy, na poznawanie się w czasie normalności, nudy, bezruchu. Na spokojnie uczenie się intymności z mężczyzną.

A tu tymczasem tadam: propozycja nie do odrzucenia. Od ostatniej osoby, która powinna do mnie zadzwonić, biorąc pod uwagę zasoby, które posiada i kasę, którą dysponuje. 

W żadnym możliwym kosmosie nie jestem uznawana za biedną. Kuba od lat inwestuje moją kasę i kupuje dla mnie akcje. Jestem bardzo, bardzo, bardzo bogata. Ale Wujaszek Wania? Jest ode mnie oddalony, jak budżet Realu Madryt od budżetu Górnika Siedlec. On może mieć wszystko, co tylko pieniądze mogą dać. Czyli, logiczna konstatacja, w tym wypadku potrzebuje czegoś, czego pieniądze nie mogą mu dać. A ja mogę. 

– Kuuuuurwa mać jebana, ty pierdolone moje szczęście zezowate, idź się jebać dziwko!!!!!!!!! – wrzasnęłam w sufit. 

Szczęście nie odpowiedziało, ani chybi obrażone. A chuj mu w… i tak rzadko grało w mojej drużynie. 

– Chłopaki – powiedziałam, wstając i otrzepując dupę z kurzu – mój urlop uległ skróceniu. Albo nie, zależy jak na to patrzeć. Jadę sobie na pracowite wakacje do Rzymu. Misiek, nie rób takich min, w twoim wieku produkcja kolagenu spowalnia i jak będziesz się tak marszczył, to za 10 lat będziesz przypominał tego pomarszczonego psa, którego chciałeś mieć, jak nosiłeś urocze, niebiesko-zielone rajstopki. Jak on się nazywał? Fengshui? Sensei? Sharpei? Wojtek, doceniam troskę wyrażaną niewerbalnie, ale na razie wszystko jest ok – mój przyjaciel chciał oczywiście coś powiedzieć, ale skutecznie mu to wybiłam z głowy – Kubol, jakbym była tobą, to bym miała trochę czasu dla mnie w najbliższym czasie. 

Kuba, Panie błogosław to dziecko, tylko kiwnął głową. Był w końcu cichym i gorliwym partnerem moich zbrodni od lat. 

– Alex, masz smoking? – spojrzenie, którym obdarzył mnie mój Wilk, wyrażało więcej niż pobłażliwość. 

– Oczywiście, że mam. Frak. Do white tie nosi się frak, nie smoking, rednecku jeden. Oczywiście, że potrafię go nosić. Moi przodkowie nosili white tie, kiedy … – przerwałam mu.

– … tak, wiem. Kiedy moja rodzina zbierała kupy po przejeździe tatarskich czambułów. Rozumiem Wasza Wysokość – wyszczerzyłam się bez gracji. 

Moja krakowska rodzina na pewno nie należała do arystokracji, ale, na rany koguta, za dużo stangretów i lokajów w drzewie genealogicznym rodziny Niwińskich nie było. Oficjalnie. Nieoficjalnie, babcia opowiadała, że męska służba w domu Niwińskich zawsze była niezwykłej urody. Jak patrzę na portrety oficjalnych przodków, to wiem dlaczego i po co. 

Klapnęłam na krzesło koło Alexa i wyciągnęłam łapę po mój kubek. 

– Kuba, przeczytaj panom, co tam znajdziesz na temat Iwana Dmitrycza Dołhorukiego. Otczestwo jest ważne, bo Dołhorukich może być trochę na świecie. Urodzony w Łucku. Tylko nie szukaj, na na rany koguta, za głęboko. Podstawy im daj.

Alex zmarszczył brwi, jakby nazwisko coś mu mówiło, ale nie zareagował, jedynie wyciągnął swoją komórkę i powiedział kilka cichych zdań do słuchawki. Michał miał wyraz twarzy pod tytułem „będzie ciekawie, ale na razie tego nie ogarniam”. Kuba grzebał w necie, a Wojtek… a Wojtek patrzył na mnie z autentycznym przerażeniem.

Mogłam się domyślać, że on będzie wiedział, o kim mówię i co za chwilę przeczyta Kubol. Oddychał płytko i zaciskał pięści. Nie wiedziałam, czy zdaje sobie sprawę z tego, co robi i jak bardzo pokazuje swoje zdenerwowanie. Podejrzewałam, że nie. Popatrzyłam na niego spokojnie i posłałam mu delikatny uśmiech. Powinnam wiedzieć, że gucio mi to pomoże.

– Andrea, ty żelku malinowy… – zaczął Wojtek, tym swoim charakterystycznym tonem, mówiącym, że gdyby śmiał, to przełożyłby mnie przez kolano. 

Yup. Znaczy się, uśmiech nie pomógł. Po co ja się w ogóle staram i się do nich uśmiecham? Strata czasu. Taka masakryczna strata czasu. 

– Co ty masz, gąsienico tłusta, wspólnego z ruską mafią? 

Wszyscy popatrzyli na mnie teraz, jakby widzieli mnie pierwszy raz w życiu. Wszyscy, oprócz Kuby, który właśnie kończył kompilować jakieś pliki. 

~~~~

Mogłam to rozegrać na kilka sposobów i w zasadzie tylko Alex mógłby powiedzieć, że łżę jak pies. Potem pewnie zapytałby o to, jak było i jest naprawdę. Mogłabym wtedy podać tyle informacji, ile chcę. Ale po tym, co on opowiedział, po tym, jak oboje nie mogliśmy chłopakom powiedzieć prawdy o Kongo, pomyślałam, że mam szczerze dość okłamywania najbliższych. 

Nie, żebym ogólnie miała coś przeciwko nieprawdzie w różnych jej formach. Nie, nie jestem specjalnie moralną i etyczną osobą. Jestem pragmatykiem. 

Wyprostowałam się, usiadłam, położyłam ręce na stół. Z zadowoleniem zobaczyłam, że nie drżą. A powinny. A kurwa, powinny. 

Zamknęłam oczy. Alex stanął za mną, jak na warcie, pilnując mojego spokoju i delikatnie oparł dłoń na moim karku. Znajomy gest, uspokajający.

– Kuba? Co normalsi wiedzą o tym całym wujaszku Wani? – pytanie Alexa było zadane spokojnie, tak, że nawet Wojtek się rozluźnił i odkleił się od blatu. Magia Alfy, uspokajającego swoją Watahę. Ciekawe, czy Alex to złapał? To, że my jesteśmy jego Watahą?

– Macie najważniejsze dane bio na mailach. Nieoficjalne są z zasobów Andy, oficjalne z neta. Wszyscy je mają – skinął głową w stronę Alexa – Dołączyłem cię do naszej grupy dyskusyjnej. Jak będziemy chcieli powiedzieć o tobie coś wrednego, to zrobimy to na tej liście. Mam ciebie i Andreę także na szybkiej ścieżce komunikacji, jakbyście potrzebowali danych, których praworządni obywatele i policjanci, obaj tu siedzący, znać nie powinni. Dobra – Kuba wrócił do tematu – Iwan Dmitrycz Dołhoruki, podobno młodsza gałąź starego książęcego rodu…

– To prawda, on jest z tych Dołhorukich – przerwałam Kubie. 

– …. oooook. W wieku 34 lat zastąpił swojego ojca na czele czegoś, co ogólnie nazywa się ruską mafią. I do tego czasu prowadzi jej interesy w Europie. Główna siedziba, to Rzym. Zainteresowania: paliwa płynne i pierwiastki promieniotwórcze, nieruchomości, przekręty podatkowe, kreatywne doradztwo inwestycyjne. Takie są wskazywane najczęściej źródła jego, nie do końca, legalnych przychodów. Ma też legalne biznesy. Dwa procesy, dwa krótkie pobyty w więzieniu. Dwie żony, z czego jedna nie żyje, jedno dziecko. Nim awansował na capo di tutti cappi Rusów w Europie odpowiadał za przejęcie od upadającego państwa włoskiego ogromnego majątku w nieruchomościach. Takie są pogłoski. Pogrzebać głębiej? 

Pokręciłam głową, potem kiwnęłam, bo zmieniłam zdanie. A co? Nie wolno, czy chuj? 

– Tak. Kuba, przygotuj się na wszystkie ewentualności, jeśli chodzi o wsparcie i zabezpieczenie mnie. Mogę bardzo, ale to bardzo potrzebować głęboko ukrytych informacji i będę wchodzić w dziwne miejsca. Nim zaczniesz grzebać w firewallach, rzuć okiem, czy coś się w oczy nie rzuca. Coś, co nie jest jeszcze wiedzą publiczną, a jest gdzieś w necie. Coś, co może mi powiedzieć, czego ten stary drań chce. Wolę nie jechać do niego nieprzygotowana. Potem popływam w szambie sama, ale teraz bądź moim zwiadowcą.

Wojtek kopnął mnie pod stołem. 

Czy w tym gronie nikt nie potrafi się komunikować normalnie? Też go kopnęłam, a co mi tam. Nie mogę być jedyną dojrzałą osobą. 

– Nie denerwuj się, lover boy – Michał wyszczerzył się do Wojtka i usiadł tak, żeby móc oprzeć rękę na oparciu mojego krzesła – Przecież ją znasz, najpierw rozkazy, potem informacje.

Nie raczyłam odpowiedzieć na tę bezczelną i bardzo nieprawdziwą zaczepkę i zaczęłam opowiadać. 

– To było, kiedy moja jednostka stacjonowała w okolicach Mutumby, w Burundi. Tuż po zakończeniu wojny, jednej z tych krwawych wojen, z jakich słynie region, a o których wy, w Europie, nawet nie wiecie, bo to dla was kolejna nawalanka między plemionami, gdzieś tam, w interiorze. Nigdy tego nie dają w informacjach. Nie klika się. 

Przełknęłam ślinę, odepchnęłam obrazy krwi i śmierci. I ten zapach, potworny smród rozkładających się ciał. I muchy, miliony much. I zawodzenie. Wycie, prawie nieludzkie odgłosy żałoby, bólu, rozpaczy. Strachu. Bólu po stracie najbliższych. Musiałam przestać mowić, sięgnęłam po kubek. Gorzka i niedobra już od jakiejś godziny herbata przegoniła słodkawy zapach śmierci, który oblepił mnie od środka. Nawet nie wiedziałam, że to ciągle jeszcze we mnie siedzi.

Bałam się, że Burundi nie odejdzie nigdy. Nie chciałabym przeżyć całego życia w cieniu tego miejsca. 

To jest bardzo ciekawe. Uświadomiłam sobie, że, o ile wspomnienia z Czadu siedzą u mnie w brzuchu, a Kongo zalęgło się w kolanach, to Burundi zawsze, zawsze przychodzi przez nos. Jakby moje ciało miało własną, zaszytą w zmysłach, geografię wspomnień. Odchrząknęłam. Alex bardzo delikatnie, czubkiem palca pogładził mnie po dłoni. Jego dotyk zakotwiczył mnie na nowo. Popatrzyłam na niego, skinął nieznacznie, zamrugałam, łzy, nieuświadomione, wróciły na swoje miejsce.

– Niedaleko był park narodowy, a raczej to, co po Wielkim Głodzie i po wojnie, z parku zostało. Chyba Ruvubu się toto nazywało, nie pamiętam już. Nie za bardzo miałam czas zwiedzać wtedy. To był strasznie głupi czas na turystykę, ale, mimo wszystko, grupa gówniarzy z jednej ze szwajcarskich szkół pojechała sobie na jakąś wycieczkę do Afryki. Mieli jeździć po Tanzanii i dokumentować jakiś projekt ekologiczny, chuj wie co. Szwajcarzy zawsze bardziej się martwią o surykatki, niż o ludzi. I część tej grupy, kilku chłopców, urwało się opiekunom. Jeden umiał pilotować awionetki, dorwali jakąś na ich campingu, no i poszli w długą. Zniknęli z radaru na pełne dwa tygodnie. Po tym czasie, z sześciu nieletnich idiotów, odnalazło się pięciu. Jak się odnaleźli i kto ich odnalazł, tego oczywiście powiedzieć nie mogę. Szósty z nich, miał wtedy szesnaście lat, był dalej MIA. I był spokrewniony z Wanią. Bratanek – Kuba podał mi dzbanek ze świeżą herbatą i filiżankę. Napiłam się, ciesząc się bergamotkowym zapachem i cierpkością naparu.

– Wujek Wania był krępym i niespecjalnie wysokim facetem w tropikalnym garniturze, który pojawił się w naszej bazie, ze sporą obstawą, złożoną z naprawdę duuuużych skurczybyków. Siedzieli w dżipach, w cieniu namiotów, nieruchomi jak sfinksy. Pamiętam, że robiliśmy sobie podśmiechujki z ich awiatorów. Były czyściusieńkie. Bez plamki. Spróbuj takie mieć, jeśli coś rzeczywiście robisz. No fucking way in hell. Ubranka też mieli jak z parady. Piękni chłopcy z okładek romansów, tak określił ich jeden z moich kolegów, który umiał docenić męskie piękno. Ja miałam to wtedy w dupie, tak prawdę mówiąc, bo dopiero co skończyłam służbę, było gorąco, chciałam iść spać. Mój pułkownik miał jednakowoż inne plany. W namiocie, do którego zostałam wezwana, dowiedziałam się więcej. Gówniarz uciekł, to prawda, ze swoimi koleżkami, ale potem zniknął z grupy z jakimiś tubylcami. Z własnej i nieprzymuszonej woli poszedł, mówiąc, że to fun, że nie ma się czego obawiać, że reszta to cieniarze i cioty. Chłopcy byli całkowicie niezainteresowani tym, jak wyglądali tubylcy. Niscy, wysocy, tatuaże, ozdoby, skaryfikacja – zero. Nic nie potrafili powiedzieć. Dla nich to byli po prostu „tubylcy”. „Normalni czarni”. Jakby wszyscy byli tacy sami. Durne, białe, rozpuszczone dzieciaki. Nie dali nam nic, co by pozwoliło bardziej, precyzyjniej określić, z kim ten gówniarz sobie podszedł. Jedno jest pewne: poszedł, bo chciał. Minął tydzień, od kiedy wynajęci specjaliści namierzyli i oddali rodzicom i szkole pozostałych pięciu młodych idiotów. Tydzień, od kiedy szósty debil był poza zasięgiem kogokolwiek. 

– Rozumiem, że w ciągu tygodnia, to nawet zwłok mogłoby nie być? – zapytał Kuba. Zastanowiłam się. 

– Prawdopodobnie masz rację, ale Mary by ci to powiedziała dokładniej. Co prawda, po Wielkim Głodzie nie było już w Afryce dużych zwierząt, żadnych dużych zwierząt, ale gryzonie i owady też muszą jeść, i się na kimś paść. Tyle, że chłopak żył. Bo w czasie tego tygodnia, prawny opiekun nieletniego bezmózga, nasz gość, krępy w tropiku, dostał pierwszy list z żądaniem okupu. To było samo w sobie raczej imponujące, bo uwierzcie mi, poczta w tamtym rejonie nie działa, a internet działa, jeśli jesteś wojskiem. A list, staroświecki list, napisany na papierze, w błękitnej kopercie, bez żadnych znaków szczególnych i mikrośladów, dotarł do szwajcarskiej ekspozytury biura naszego gościa w ciągu dwóch dni. I każdego dnia przychodził kolejny. Taki sam w treści. Zmieniało się tylko jedno. Cyferka. Każdy list był odliczaniem do śmierci chłopaka. Pierwszy miał cyfrę 13. Ten, który Wania miał w ręce tamtego dnia, miał trójkę. Żadnego adresu zwrotnego. Nic. Tylko okrągła sumka w jenach i cyfry. Nasz gość powiedział, że przez te wszystkie dni, jego najlepsi ludzie i najlepsi ludzie, jakich można mieć za pieniądze, szukali gówniarza i nic. I nic. Teraz kolej na nas. Trochę się zdziwiłam, bo, jako żywo, nie byliśmy specjalistami w odbijaniu zakładników. Legia Cudzoziemska słynie raczej z ciężkiej pięści i rozwiązań siłowych, niż z subtelności 

Alex parsknął śmiechem. 

– Tak, można tak powiedzieć – wywróciłam gałami, no bo co, no?

– Pamiętam, jak patrzył na mnie i zaczął się śmiać. Takim gorzkim śmiechem bez śmiechu. Wiecie, jaki to śmiech? Jakby skończyła się cała wasza nadzieja i kompletnie nic nie miało znaczenia, więc można się śmiać, bo co innego można zrobić? „Ta mysza ma znaleźć mojego chłopaka?” zapytał i popatrzył na pułkownika, jakby ten stracił rozum. Ja tylko wzruszyłam ramionami i odwróciłam się na pięcie. Naprawdę chciałam spać. Nawet bez prysznica, mimo że zaczynałam śmierdzieć. Miałam ciężkie dziesięć godzin służby za sobą i permanentny brak snu z poprzednich dni. Burundi nie było wczasami all inclusive. Nie chciałam słuchać, jak jakiś tłustawy koleś nazywa mnie „myszą” i robi sobie ze mnie jaja. Ale pułkownik Santos, jak to pułkownik Santos, miał inne plany. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, kim jest ten małośmieszny gość i nie miałam pojęcia, że nawet mój pułkownik odczuwa przed nim obawę, bo nie sądzę, żeby respektem się to dało nazwać. 

Zastanowiłam się na chwilę, jak powiedzieć to, co chciałam, żeby było w zgodzie z tym, co wtedy czułam. I jak to pamiętam.

– Wujaszek Wania wyglądał wtedy… za bardzo. Jakby się starał. Tropikalny garnitur? Korkowy kapelusz? Awiatory i mundurki w środku śmierdzącej dżungli? Operetka, czysta operetka. Zresztą słyszeliście go dzisiaj? Te wszystkie rusycyzmy. Ja nie wiem, czy on dwa razy w życiu był w Matuszcze Rosiji! Nieważne. No więc pułkownik mnie zatrzymał, wysłuchałam całej historii, powiedziałam, że nie mam pojęcia, co mogę zrobić, skoro najlepsi nie potrafili i sobie stałam w pozycji na spocznij, jak dobry mały żołnierz, którym wtedy byłam – zamilkłam patrząc do filiżanki, jakbym chciała wróżyć z fusów.

 – No i ?

Tym razem uaktywnił się Misiek. 

– Long story short: znaleźliśmy gówniarza dwa dni po wyznaczonym terminie. Przez niego i przez tę akcję, po raz pierwszy i ostatni w życiu, nie spałam cztery dni. Nigdy więcej takiej głupoty nie zrobię. Byłam bardziej zagrożeniem dla akcji niż pomocą, teraz to wiem. Żeby się do niego dostać, czołgałam się, jako najmniejsza z grupy, pod ziemią, w korytarzach pod polem minowym, przez trzy godziny, siedemnaście minut i trzydzieści osiem sekund. I każdziutką z tych prawie dwunastu tysięcy sekund pamiętam. Gówniarz był ledwo żywy, uratował go fakt, że przez prawie tydzień był na prochach i prawie cały czas spał. Miał tak spowolniony metabolizm, że brak wody i jedzenia jeszcze nie zagrażał jego życiu. Dodatkowo był tak ujebany tymi prochami, że nie próbował niczego głupiego, co oczywiście by zrobił, gdyby nie był tak wyoutowany. I żeby nie było, to nie porywacze, czyli lokalny kacyk i jakiś wysoki manager z chińskiej firmy wydobywczej, go napchali prochami, tylko on tak sam z siebie. Częstowali, to brał, a co? Taki już jest. Słyszeliście, jak Iwan mówi o nim: „gąbka”. Młody po prostu musi spróbować wszystkiego, czego nie powinien tykać. Taki jest.Tak nazwałam tego kretyna któregoś razu, a Iwan podchwycił i sam zaczął go tak nazywać, oczywiście, kiedy nikt nie słyszał. Stary nie jest głupi, dobrze wie, jaki jest jego bratanek. A Jura miał duże szczęście, że nie musiałam go wlec korytarzami, bo nasi chłopcy nas wykopali godzinę później, coś tam wysadzając, punktowo, a potem nas wyciągnęli na świat. Przeżył, zdał maturę i mam nadzieję, że następnym razem, kiedy mu się zachce safari, to się jednak będzie trzymał przewodników. Chociaż w to nie wierzę, bo on nie jest normalny. 

Było tyle rzeczy, o których nie opowiedziałam. Jamy w ziemi wypełnione zwłokami, wąskie korytarze, przez które musiałam się przeciskać. Szczury i robactwo, korzenie drzew i ciemność, ciemność, ciemność. I mój strach, że ziemia się osunie i pogrzebie mnie tutaj, że nie stracę przytomności od razu, ale będę umierać powoli, minuta po minucie, przez całe dnie. Że nie zdołają tak wypierdolić tego w powietrze, żebyśmy przeżyli. Otrząsnęłam się z koszmaru. Wspomnienia z piekła rodem. Każdy je ma. 

– Iwan Dmitrycz Dołhoruki uważa mnie za coś w rodzaju skrzyżowania maskotki i leku na całe zło. Przysiągł mi, że cały świat będzie u moich stóp. Oczywiście podziękowałam i oczywiście nie uwierzyłam. Po tym, jak się wykąpałam i odskrobałam warstwę brudu, to pułkownik uświadomił mi z kim mam do czynienia i jak bardzo powinnam być ostrożna. Oczywiście, że go posłuchałam – wyszczerzyłam się do chłopaków – jeszcze dwa razy potem mu pomogłam w bardzo drobnych i bardzo prywatnych rzeczach. Za każdym razem, to było coś związanego z tym niedorozwiniętym nieletnim idiotą, jego ukochanym bratankiem. Jakieś zagubione dokumenty, jakiś człowiek, który zaginął, bo wszedł debilowi w drogę. Wania mnie lubi. Wania wie, że jeśli powiem, że czegoś się nie da, to się nie da. Dlatego, jak twierdzi, dzwoni do mnie na końcu, bo jestem ostatnią nadzieją ruskiej mafii. Jego słowa, nie moje. Nigdy nie miałam nic wspólnego z żadnym z jego biznesów – powiedziałam, patrząc na Wojtka i na Alexa – tylko z jego prywatnym gównem, zwykle autorstwa niedorozwiniętego idioty, którego otczestwo powinni brzmieć „Chaosowicz”. Tyle chłopaki. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie szczerze żałuję, a was bracia kochani, proszę o rozgrzeszenie. 

 – Czy u ciebie wszystko zaczyna się i kończy w Afryce? – zapytał najdurniejszy lekarz świata.

– Czy u ciebie wszystko zaczyna się i kończy na dupie? – odszczeknęłam dojrzale.

– Tak – odpowiedział idiota. 

– No, to masz swoją odpowiedź.

– I teraz… – Alex przerwał nam i splótł ręce przed sobą, na piersiach. Miał piękne dłonie. I chciałam, żeby mnie dotykał tymi długimi palcami. Kiedy podniósł oczy i uniósł lekko brwi, nie odwróciłam spojrzenia. Uśmiechnęłam się 

– I teraz Iwan Dmitrycz, capo Rusów na Europę, domaga się twojej obecności w Rzymie? – skończył Alex. 

Kiwnęłam głową.

– Po co? – kontynuował, tym swoim wielce irytującym, spokojnym i wyważonym tonem.

– Nie mam pojęcia.

– Ufasz mu?

Parsknęłam śmiechem

– Nie. Nie ufam mu. Ale taki mamy układ. On wie, że mu pomogę, pod warunkiem, że nie będzie to miało nic wspólnego z jego bratankiem, którego kompletny brak kontroli doprowadza mnie do szewskiej pasji, bo ja wierzę w kontrolę! 

Alex prawie się zakrztusił swoją herbatą i rzucił mi spojrzenie pełne niedowierzania. No, może to ostatnie zdanie było lekkim nadużyciem semantycznym, ale co? Zadał jednak najlepsze pytanie wieczoru.

– Andy, a Rus jest człowiekiem, prawda? A co z jego ludźmi? Zmienni?

I wszyscy spojrzeliśmy na niego, potem na siebie, a ja musiałam się bardzo mocno skupić. 

– Raczej tak. Tak. Wania jest. Nie jest – tu machnęłam ręką w stronę Alexa – ładnym chłopczykiem w wieku nieokreślonym, z przewagą młodego, tylko panem z brzuszkiem, przed sześćdziesiątką. 

Alex parsknął śmiechem. 

– No, to już jakiś początek jest. Da się na tym budować związek. Już się bałem, że pociąga cię tylko mój intelekt. 

Zatrzepotałam rzęsami, jak dziunia jakaś. 

– Jaki intelekt? – zapytałam niewinnie.

– A jego ludzie? – Misiek drążył dalej, nie zważając na idiotyczną dyskusję miedzy mną, a Wilkiem – a młody idiota? Przypomnij mi, jak ten idiota ma imię? 

Znowu się zastanowiłam. 

– Hmmm…. wielu z jego ludzi to Zmienni, albo bardzo, bardzo dobrze zbudowani modele bielizny męskiej. A debil ma na imię Jura. 

Alex patrzył na mnie długo i nie wyglądało na to, że pierwszy opuści wzrok. 

Pieprzony Alfa. 

Uwielbiałam, jak tak stroszy piórka.

Na szczęście, ja się w to bawić nie muszę, bo mnie nie zależy na pozycji w stadzie i udowodnieniu, kto tu rządzi. I żaden Alfa, nawet Alex, nie zmusi mnie do powiedzenia więcej, niż chcę powiedzieć.

Odwróciłam głowę. 

Jura to kłopoty. Jura to chaos. Jura to bezmózgie, durne dziecko, ze zbyt wybujałą wyobraźnią i za długimi łapami, które ostatnim razem obiecałam mu odrąbać. Kto wie, może tym razem mi się wreszcie uda. 

Alex

Miks odczuć, które płynęły od Andrei był niesamowity. Mogłem zamknąć oczy, słuchać jej głosu i łapać te drobne zmiany w chemii jej ciała, zmiany, z których Ludzie zwykle nie zdają sobie sprawy, a które tak mocno mówią do Zmiennej części mojej natury. 

Andrea była zmęczona, to jedno. Mówiła prawdę o tym, jak spotkała Iwana, to drugie. Jej głos opowiadający historię był spokojny, ale zapach przerażenia, przefiltrowanego przez czas, opowiadał inną, o wiele bogatszą i nie do końca wypowiedzianą historię. 

Była zła na Iwana i na tego młodego idiotę i… obawiała się go? To było ciekawe i otworzyłem oczy, żeby na nią popatrzeć. To było bardzo, ale to bardzo ciekawe. Andrea rzadko się obawiała. Zwykle obawiała się swojej reakcji na coś, na kogoś, siebie samej. A tu była obawa, prawdziwa i namacalna. Siedziała jednak tak spokojna i wyprostowana, jak prawdziwa dama, jak te damy, które pamiętam z czasów, kiedy damy jeszcze istniały i zaludniały ziemię, a nie tylko stronnice romansów. Elegancka, jakby przed chwilą nie kopnęła któregoś z chłopaków pod stołem, żeby zwrócić jego uwagę na siebie. Szeroko otwarte oczy koloru krzemienia, szare, jak niebo w listopadzie. Włosy o kolorze ołowiu, jak zwykle spięte w praktyczny kucyk, wygolone na wysokości uszu. Nitki siwizny, które dodatkowo podkreślają zimny kolor jej włosów. Spokojna, skupiona, chłodna. Profesjonalne oblicze mojej Andrei. Prawie uśmiechnąłem się do siebie, ale opanowałem się, bo pewnie by to zauważyła, a następnie werbalnie urwała mi głowę. Zauważała prawie wszystko, nawet jeśli nie robiła tego świadomie, tylko peryferiami swojej uwagi. Jej mózg był niezwykłą machiną. Piękną, sprawną i tak strasznie efekciarską, że budziło to moje rozczulenie.

„Pracowite wakacje w Rzymie” w całości: na Smashwords, Apple Books, w Google Play Books.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *