Skip to content

„Pracowite wakacje w Rzymie” – fragment powieści

Last updated on 19 lutego 2020

„Pracowite wakacje w Rzymie” – drugi tom „Drogi Smoka”.

Krótko – o akcji powieści

Andrea Niwiński i Alex Fitzwilliam stają wobec wyzwania, przy którym walka z handlarzami niewolników wydaje się błahostką. Rzym, Wieczne Miasto, ma dla nich niespodziankę. Niespodzianka ma metr dziewięćdziesiąt dwa, jest Rosjaninem i ma na imię Oleg Tsun. Andrea po raz kolejny musi wybrać. Kogo wybierze? Alexa? Olega? Siebie? Samotność?

Zapowiadany fragment „Pracowitych wakacji w Rzymie”

 

Oleg

Barany są wszędzie. W każdym inteligentnym gatunku zaludniającym Ziemię. Prawdopodobnie wśród Ludzi jest ich tak dużo, ponieważ statystycznie Ludzie stanowią większość populacji naszej planety. Prawdopodobnie. A może dlatego, że mechanizmy doboru naturalnego działają u nich jakoś leniwiej?

Miałem ochotę zabić tego idiotę Jovana.

Jovan, Serb, były żołnierz, obecnie członek teamu taktycznego, nigdy nie lubił przegrywać, wszyscy to wiedzieliśmy. Był dobrym żołnierzem, niespecjalnie błyskotliwym, ale dobrze wyszkolonym. Rodzina mogła na nim polegać. Był kandydatem do Zmiany i właśnie teraz jest na najlepszej drodze, żeby tę szansę zaprzepaścić. Na dobre. Bo urwę mu głowę.

Wiem, że niektórzy z nas nie lubią, kiedy kobiety potrafią to, co my. Kiedy wchodzą, jak to się mówi? Na nasze podwórko. Nie rozumiem dlaczego? Jeśli jesteśmy dobrzy, to co nam zależy, kto nam wchodzi i gdzie? Jako syn mocnej matki, dumnej i silnej kobiety, zupełnie takich ludzi nie rozumiałem. Takich mężczyzn nie ceniłem. Jak śmiał się Stary wielokrotnie, jestem feministą. Ja się tam tego nie wstydzę.

Jovan dostał w dupę na strzelnicy i zamiast wziąć się do roboty i ćwiczyć, to on atakuje. Gryzie po kostkach. Gościa. Na naszym terenie. Zaraz go uduszę, albo pozwolę, żeby Claude go udusił na mój rozkaz. Tak byłoby bardziej proceduralnie.

Zaczerpnąłem oddech, bo powietrza zaczynało mi rozpaczliwie brakować i wciągnąłem w płuca miks zapachów. Mnicha: obawę, miłość, rozbawienie, ostrożność, chęć opieki nad nią, … i nade mną? Jej: wściekłość, ledwo ukrywaną agresję, zagubienie, niezrozumienie. Mój: wściekłość, chęć opieki, emocję, której nie chcę nazywać, agresję. Zapachy mojej Watahy: strach, strach, strach. Bali się, że któryś z nas wybuchnie i wszystko zaleje się krwią. Ale było za późno, żeby Jovan ugryzł się w język.

Wiedziałem, że muszę się opanować,

bo moje emocje wpływają na moją Watahę. Moim zadaniem było ich pilnować, nie destabilizować, ale nie wiedziałem, co mam zrobić. Dziewczyna stała twarzą w twarz z Jovanem, z zaciśniętymi szczękami, wyprostowana i przyjmowała na klatę jego frustrację i złość. A Jovan wydawał się absolutnie niezdolny do wyhamowania. Niezależnie od tego, że były ręce, które go odciągały od dziewczyny, on się wyrywał, żeby tylko nie odpuścić. Zaraz wybuchnę. Jeśli ją dotknie, to mu urwę głowę. Jemu i wszystkim, którzy na to pozwolili.

– Robota tchórza – syczał Jovan, patrząc na dziewczynę – Tylko na odległość i groźby? Potrafisz coś więcej, czy tylko się chowasz za plecami większych od siebie i groźniejszych? Co, dziewczynko? Potrafisz?

Drażnił się z nią.

Dziewczyna odsunęła się o krok, obrzuciła go spojrzeniem i powiedziała po sekundzie, wyraźnie i z niesamowitym spokojem.
– Spierdalaj.
Jovan zrobił krok w jej stronę, ale Tonino miał go pod kontrolą. Chciałem szarpnąć się do przodu i wejść między dziewczynę a Serba, ale Mnich szepnął z boku.
– Kocie, zostaw, proszę.
Popatrzyłem na niego kątem oka. Nie patrzył na mnie, stał spokojny i rozluźniony, z boku, blisko mnie.

Alfa nie proszą. Alfa informują.

Nawet innego Alfę. Jeśli inny Alfa tego nie rozumie, to leci futro.
– Dlaczego? – zapytałem szeptem, który prawdopodobnie słyszeliśmy tylko my, reszta skupiona była na Jovanie i dziewczynie. Jedni próbujący uspokoić durnego Człowieka, inni patrzący na to wszystko z obawą.
– Co byśmy zrobili, gdyby była Zmiennym?
Nie musiałem myśleć nad odpowiedzią.
– Pozwolilibyśmy walczyć.
Dlaczego użyłem liczby mnogiej? Nie ma w byciu Alfą liczby mnogiej.
Skinął głową.
– No właśnie.

Coś w tonie jego głosu pozwoliło mi się rozluźnić, cofnąć o krok i oprzeć o ścianę, metr od niego, w równie wyluzowanej pozycji. Coś chłodnego mnie dotknęło. Popatrzyłem na moją dłoń i zamarłem.

Między palcem wskazującym i kciukiem lewej ręki usadowiła mi się wytatuowana wrona.

Nie nosiłem tatuaży. Żadnych. Podniosłem głowę i przyjrzałem się Mnichowi. Z prawej strony, bliższej mi, na czaszce, za uchem było puste miejsce. Miejsce, gdzie do niedawna była wrona.
– Co robisz?
Byłem zaciekawiony, nie przestraszony, nie.
Zaciekawiony. Chyba zwariowałem do szczętu.
– Chyba nas osłaniam. Za mocno buzują nam emocje. Twoja Wataha oszalałaby z tego, co w ich stronę pompujemy – powiedział po prostu, jakby to była oczywista sprawa – Możemy udawać, jak tylko chcemy, ale zapach nas zdradza, Kocie.
– Nie wiedziałem, że to umiesz.

Milczał trzy sekundy.

Wzruszył ramionami, jakby przegrał jakąś wewnętrzną dyskusję.
– Też nie wiedziałem.
Jakbyśmy się umówili, obaj podnieśliśmy głowy. Jovan stał naprzeciw dziewczyny. Miał czerwoną twarz.
– To co, cwaniaro? Żeby kogoś uderzyć trzeba trochę odwagi, nie? Twarzą w twarz, to już nie to samo, co z kilkuset metrów. Odważysz się? Do pierwszej krwi – mówił idiota, który na serio prosił się o kłopoty.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Mam miesiączkę, więc już krwawię. Nie za łatwo chcesz wygrać?
Na twarzy Jovana widać było wyraz szoku i zniesmaczenia.
Moi parsknęli. Nas strasznie bawią takie ludzkie reakcje. Tym bardziej, że kłamała. Nie miała okresu.
Mnich uśmiechnął się półgębkiem.

– Co z tymi Ludźmi jest nie tak, że można im takim argumentem podciąć nogi? – powiedział szeptem do mnie, a do dziewczyny głośniej – Andy love, to nieładnie tak kłamać sojusznikom. Jeszcze mogliby cię potraktować łagodniej, preferencyjnie. Wiesz, kobieca słabość i te sprawy. Tego byśmy przecież nie chcieli, prawda?
Dziewczyna pokazała mu środkowy palec. Moi ludzie parsknęli, atmosfera się rozluźniła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Rzuciła mu uśmiech, za który mógłbym zabijać.

Pełen dzikiej radości, czystej psotliwości i kompletnego zaufania. Uśmiech zjechał z jej twarzy, kiedy tylko spojrzała na mnie.
Poczułem, jakby mnie ktoś walnął w łeb. Zabolało. Nie wiedziałem, że taka prosta rzecz, a może tak boleć. Nigdy czegoś takiego nie czułem.
– Dalej nas osłaniam, Kocie – powiedział Mnich, tuż nad granicą mojego słuchu.
Ból puścił lekko. A może po prostu pozwoliłem mu przepłynąć przeze mnie? Nie wiem.
Claude przejechał ręką po twarzy. Człowiek był jego kłopotem. Nie zazdrościłem mu.
– OK – powiedział wolno – Bez broni, gołe ręce, do poddania się lub do pierwszej porządnej krwi. Ja decyduję, co to znaczy. Nie walczycie dłużej niż kwadrans. Pasuje?

Popatrzył na dziewczynę. Skinęła. Na swojego człowieka nawet nie patrzył. Zmienni odsunęli się, robiąc w środku niewielki krąg, otwarty z naszej strony. Do nas, do mnie i Mnicha, nikt nie odważył się nawet zbliżyć, ale szczęśliwie nie odbierali naszych emocji. To dobrze, bo miks, który wypuszczaliśmy w powietrze, powalał jak niemieccy snajperzy w Stalingradzie. Na zewnątrz wyglądaliśmy na spokojnych i zrelaksowanych na tyle, na ile się da. A w środku… W środku byłem połączeniem obawy, zakochania, strachu, złości, bezradności, konfuzji, smutku.

Rozumiałem tylko smutek.

Nigdy jej lepiej nie poznam, nie spędzę z nią cichych godzin, albo głośnych, zależy. Nie będę z nią. A nie wiem, czy kogoś w życiu bardziej potrzebowałem i pragnąłem. Nie wiem. Jakbym miał naście lat. A ja już nawet nie pamiętam, kiedy miałem naście lat. Zresztą, tylko raz w życiu się zakochałem od pierwszego wejrzenia. Jestem Kotem, ale w końcu nie jestem kochliwą Pumą, wiadomo.
Beppo podchodził do dziewczyny, podniósł wzrok i rękę w której trzymał dwie rolki bandaży. Rzucił okiem na Mnicha, prosząc o zgodę na podejście, potem na mnie, jakby obawiał się mojej reakcji. Obaj skinęliśmy głowami.
Podszedł do dziewczyny i zapytał, czy chce bandaże. Zastanowiła się, ale kiwnęła głową. Beppo zaczął bandażować jej ręce.

– Jakieś specjalne życzenia? – Jovan patrzył z niechęcią na dziewczynę – Nie uszkodzić ci buzi, może ci się przydać, nie? Co warta jest kobieta bez twarzy?
Zmienni zamarli. Claude raz jeszcze przetarł twarz, bardzo zmęczonym gestem. Czym innym jest wyzwanie kogoś, a czym innym jest próba znieważenia partnerki Zmiennego. Partnerki Mnicha, który zamarł przy mnie
– Wyluzuj, Mnichu – teraz moja kolej na dzielenie się spokojem, którego nie czułem, ale który pompowałem w jego stronę – Wyluzuj.
Odetchnął głęboko i skinął mi głową.
– Zastanów się, synu, co mówisz – powiedział w zwodniczo spokojny sposób.
Na szczęście nie podniósł wzroku na Jovana ani nie zrobił kroku w jego stronę.

Dziewczyna wyciągała dwa noże z pochew na biodrach i ostrza tylko mignęły w jej dłoniach, nim pofrunęły w kierunku drzwi i wbiły się, jeden obok drugiego, w futrynę.
– Zacznijmy, bo strasznie pierdolisz, gościu – powiedziała w martwej ciszy. A potem uderzyła.
Uderzyła błyskawicznie, pięścią trafiając go prosto w szczękę, a zaraz potem, drugą ręką w splot słoneczny. Uderzenie odrzuciło go o kilkadziesiąt centymetrów, ale pozbierał się i ruszył w jej stronę. Trafienie za trafieniem. Seria ciosów i dobrych bloków z jej strony. Była szybka.

Miała co prawda mniejszy zasięg rąk i była sporo lżejsza, ale walczyła jakimś dziwnym stylem, który był jak bękart wszystkich typów sztuk walk. Potrafiła doskonale walczyć nogami. Jovan trafiał ją raz na kilka jej celnych ciosów. Będzie chłop na gębie obnosić komplet bardzo kolorowych sińców.
Dziewczyna, co było widać, chciała zrobić z jego gęby kotleta, a Claude na to pozwalał, mimo iż Człowiek już krwawił. Widocznie nie było to tak „porządne krwawienie”, jak komendant lubi. Ci z Legii są dziwni.

Jovan osłaniał swój prawy bok. Któryś z jej ciosów trafił mocno w żebra. Niewiele jego docierało do celu, ale i tak każdy z nich czułem jak uderzenie maczugą w łeb. Mój łeb.
– Sprawdziłbym – głos Mnicha był lekko zduszony, a jego furia prawie smakowała świeżą krwią – czy ten człowiek nie ma jakichś kłopotów z kobietami. Czy ktoś się na niego nie skarżył. Zobacz, gdzie próbuje trafić Andreę.
Wyrwałem się z bezpiecznego strychu wściekłości i przyjrzałem się temu, co się dzieje na bardzo ograniczonej przestrzeni, w której walczyli. Jovan celował w kilka miejsc.

Twarz, piersi, dół brzucha.

Twarz była zrozumiała, łatwo było wywołać krwotok, rozwalając wargę, ale reszta? Bolesne, kobiece.
Son of …
W pewnym momencie uderzyła bardzo wysoko i piętą trafiła go czysto w łuk brwiowy. Krew trysnęła na wszystkie strony. Zachwiał się, nożycami podcięła mu nogi i wykręciła mu prawą rękę za plecy. Był na kolanach, krwawił jak świnia, ludzie wyli i krzyczeli. Bili brawa. Dziewczyna miała całkowicie zamkniętą twarz. Przeprostowała mu rękę. Jęknął i pochylił się, żeby złagodzić ból. Pozwoliła mu na to.
– Nie byłeś pewien, czy potrafię stanąć naprzeciw kogoś, twarzą w twarz. Potrafię.
Było cicho. Bardzo cicho. Słuchać było urywany oddech Jovana.
– Uderzyć z bliska także umiem. Żeby nie było między nami żadnych nieporozumień – zrobiła małą pauzę i popatrzyła na nas – nie mam żadnych kłopotów z zadawaniem zbędnego bólu.
Szarpnęła jego rękę, usłyszeliśmy mokre „pyk”, nieprzyjemne, mrożące nerwy na dole kręgosłupa.

Jovan zawył, wyrwana ze stawu ręka zwisła mu bezwładnie.

– Powiedziałabym, że walczysz jak dziewczyna, ale to byłby komplement – powiedziała, patrząc z pogardą na zwijającego się z bólu mężczyznę.
Nikt nie śpieszył się, żeby przyjść mu z pomocą. Większość z nas umiała patrzeć i widziała, co się dzieje. A ręką nie jest złamana, będzie go boleć przy nastawianiu, trochę potem, jak się będzie goić, ale za tydzień nawet śladu nie zostanie. Oby zapamiętał tę nauczkę.
A ja sprawdzę, czy ktoś się na niego skarżył. Nie podobało mi się to, co z niego wyszło. Nie wiem, czy podobało mi się to, co wyszło ze mnie.
– Zabieram wronę, Alfo – powiedział Mnich cicho. Skinąłem głową
– Dziękuję, Mnichu – powiedziałem, pozwalając, by usłyszał wdzięczność w moim głosie.
Nie do końca tak wygląda protokół dotyczący spotkania dwóch osobników Alfa, ale dziwność zaczynała na mnie napierać jak sierpniowy, rzymski upał. Prawie czułem ją na skórze.

„Droga Smoka” jest dostępna na Legimi, Google Books, Smashwords i Amazon.com.

Published in"PRACOWITE WAKACJE W RZYMIE", część 2

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *