Skip to content

„Polowanie na cienie”, czyli trzecia część „Drogi Smoka”. Fragment

Last updated on 18 lutego 2020

Andrea

„Droga Smoka” – cykl

Bezszelestne wyślizgiwanie się z łóżka, które jest wielkości pasa startowego, i w którym śpią dwaj Zmienni, jest sztuką, której jeszcze nie zdołałam opanować do końca i bezbłędnie. Istnieje w przyrodzie jakieś zbędne i nieuzasadnione przekonanie, że Człowieczek, czyli ja, musi być pilnowany i otaczany nieustającą troską oraz opieką.

Tym razem, kiedy przekręciłam się tak, żeby móc zacząć wypełzać z łóżka, spojrzałam w górę i zobaczyłam Alexa, szczerzącego się do mnie. Jak na mrocznego gościa, to szczerzył się z wyjątkową radością, to muszę powiedzieć. Zupełnie, jakby pokazywanie mi, że w dziedzinie stealth to muszę się jeszcze wiele nauczyć, sprawiało mu przyjemność.

„Polowanie na cienie” to szerokie otwarcie na świat Nadnaturalny i początek zarówno rozdzielenia jak i gojenia starych ran.

– Hm? – mruknął mistrz small talku.

Dyszka po Lasku Wolskim – zameldowałam, całując go w czubek brody. Uwielbiałam to jedyne miejsce na całym moim Wilku, które w ogóle i kiedykolwiek było lekko szorstkie i owłosione.
„To jest, love, dowód twojej niesamowitej przekory. Masz do dyspozycji całe hektary mojej gładkiej skóry i uwielbiasz ten, który o poranku jest zarośnięty”

Nawet wewnętrzny głos Alexa był rano zachrypnięty.

Zatrząsł się od powstrzymywanego śmiechu, słysząc debilne zakochanie w moim głosie. Był bezwstydny.
Uwielbiam każdy kawałek ciebie. Ten mnie fascynuje, bo jest inny.
Ciepła łapa wielkości rakiety do tenisa, wylądowała na moim tyłku, zakrywając prawie cały pośladek. Ten to zawsze, ale to zawsze, znajdzie swoje ulubione miejsce. Od razu, nawet wpół śpiący.

„Teraz mnie pokomplementuj, Tesoro. I uwielbiam wszystkie kawałki mojego Człowieczka”.

To prawda, uwielbiał wszystkie kawałki mnie, zakalec rudy olbrzymi. Lubił zasypiać z głową na moim brzuchu, bo wiedział, że jego broda mnie łaskocze. I lubił, kiedy go głaskałam. Mój piękny Kot, mój Tygrys.
Zamruczał zadowolony, jak ogromny mruczek, którym był.
Śpijcie. Dzisiaj sobota, koło ósmej wpadnie Wojtek, na trening z tym z was, który jest w łaskawszym nastroju.
Oleg dostał całusa w nos. Nie dlatego, żebym nie miała ochoty go pocałować tak naprawdę, myślałam, idąc sobie do garderoby, tylko dlatego, że kurde, jednak strasznie to niefajnie tak chuchać porannym oddechem, zwłaszcza na istoty o wyczulonym węchu.
– Ej, wracaj tutaj – mruknął na głos zaspany Oleg – jeśli tylko to cię powstrzymuje, to my też jeszcze nie myliśmy zębów.

Śmiałam się z nich wybiegając z domu.

Dwie godziny później stałam przy schodach, na dole. Po prysznicu, w dresie, w luźnej, grafitowej koszulce. Gotowa na weekend z piekła rodem, bo tym były grupowe weekendy w naszym domu. Piekłem, torturami, szaleństwem i orgią żarcia. Że mi dupa od tego nie urosła, to jest cud boski i nic innego.
Oleg stał przy kuchence, z ogromnym nożem w ręce i śpiewał.
„Niektórzy pod nie nadstawili głowy, Zgarnęli wszystko albo szlag ich trafił,
Nas też do walki wzywał los, lecz coś nam wypadło, no a poza tym, jak na złość pękło nam sznurowadło…
Miał, gad jeden, dobry głos. Nie ten ochrypły baryton, którym śpiewał to Wysocki, ale swój własny baryton, dźwięczny, jasny, pełen przestrzeni… I darł się strasznie, i to od rana, a ja byłam głodna.

„Tesoro, jaki gad? Jaki gad? Ssak, co mogę ci niezwłocznie udowodnić”

Oleg, no pogięło cię, przy chłopakach mi takie rzeczy mówisz?!
Normalnie, to ja się nie rumienię. Wojsko mnie znieczuliło, zresztą ja nie jestem wiotka lelija. Ale to było osobiste… i takie coś zawsze powoduje mój rumieniec. Nic na to nie poradzę.
Tymczasem, na cycki powabnych kwarków, na naszej kanapie był rozłożony Kubek z jego komputerami, a w kuchni rozbijał jajka Misiek. Nie swoje, kurze. Obaj patrzyli na mnie i na Olega, jak para sępów na resztki zebry. Uważnie, bez mrugnięcia.
– I o chuj wam chodzi? – zapytałam duet z wytrzeszczem gał, odwracając się w kierunku mojego cudownego, ogromnego ekspresu do kawy, który w soboty tylko ja miałam prawo odpalać. I który ostatnio słabował i stał się centrum rodzinnych dyskusji. On i tajemnicza choroba Zmiennych.

Otworzyłam gębę, żeby do werbalnej obrazy dołożyć jeszcze jakąś zniewagę, ale ten bezrozumny Kot zatkał mi paszczę kawałkiem banana. Z jednej strony, to było mądre, bo wiadomo: szybkie i łatwe węglowodany, cud dla mojego zmęczonego ciała, ale z drugiej otwierało pole do popisu dla sępów.
– Świetnie dobrane słowa, moja droga. Świetnie dobrane słowa – Misiek Nitsch, doskonały chirurg, babiarz i mój przyjaciel od ponad ćwierćwiecza włączył mikser i zaczął ubijać pianę.
– Mniam, pankejki biszkoptowe – jęknęłam, patrząc na to, co Misiek robi – bosko.
– Oleg, jeśli ona ma ten głos – akcent na „ten” – kiedy mówi o pankejkach, to powiedzcie wy mi, proszę, co wy dwaj sobie wyobrażacie? I co robicie, a raczej, czego nie robicie? Co robicie źle? Może chcecie jakieś podpowiedzi?
Misiek rozłożył ręce, siejąc pianą z białek po połowie kuchni.

– Ja tego sprzątać nie będę – powiedział Wojtek, pachnący prysznicem i siadający właśnie przy stole.
– Będziesz, kurwa, sprzątać wszystko – warknęłam w jego stronę i podałam mu szklankę wody – Bo my dziś gotujemy, a wy z Alexem sprzątacie. A ty Misiek, opanuj gestykulację i nie siej tym czymś po kuchni, plisss. Wygląda, jakby stół obsrał gigantyczny ślimak.
Wojtek wyżłopał szklankę wody. Odstawił ja na stół. I rozparł się na krześle.

Dwa tygodnie po naszym przyjeździe do Krakowa, kiedy biegałam, zrobili w piątkę przemeblowanie. Do tamtej pory duży, ciężki i solidny stół stał daleko, oddzielając bibliotekę od części siedziskowo-kuchennej. Nie chciało nam się tam nosić rzeczy z kuchni i zwykle gnietliśmy się przy mniejszym stole, tym w kuchni. W końcu towarzystwo się zmęczyło i zatrudniło swoje raczej duże rozumki, i raczej lepiej niż dobrze rozwinięte mięśnie, do przemeblowania całej przestrzeni na dole. Udało im się. Mieliśmy blisko kuchni ogromny stół, przy którym można było jeść, pracować, rozmawiać, a przestrzeni na dole zrobiło się jeszcze więcej. I wszyscy się mieściliśmy, łącznie z wrednymi babami z sąsiedztwa i Mary.

– Pytanie Miśka jest dobrym pytaniem – powiedział Wojtek z drapieżnym uśmiechem.
Bycie nieoficjalnym łącznikiem między krakowską policją a Zmiennymi w Małopolsce miało swoje plusy, ale Wojtek za bardzo mi się do Zmiennych upodabniał.
„To źle, love?”.
Nie, to nie jest źle, ale boję się o niego.
„Nie bój się, Andy, on chce być jednym z nas i wcześniej czy później przyjdzie do mnie albo do Olega i będzie o tym rozmawiać”.
Wiem, Alex, ale nie wszyscy przeżywają Przemianę.
„Mężczyźni przeżywają w jakichś osiemdziesięciu pięciu procentach, kobiety w trzech. Max trzech, love. I nie zrobimy tego, dopóki on nie będzie pewien, a my dwaj nie będziemy wiedzieć tak dużo, jak się da, żeby mu zapewnić sukces. Obiecuję. Obaj obiecujemy”.
Kocham cię. Dziękuję. Tylko trzy procent?
Stanął za mną, objął mnie w pasie, przytulił się tak, jak on lubi się przytulać. Poczułam jego ciepłe usta na mojej głowie. Uśmiechnęłam się.
„Tylko trzy, Andy love, tylko trzy”

Kocham cię, Alex, teraz ja mówię: nie martw się.

– Ale dlaczego nasze życie, khm khm, prywatne jest waszą sprawą? – zapytałam, nie odklejając się od Alexa, tylko odwracając się z nim do ekspresu.
– A kiedy nie było? – Misiek sprawnie lał puszyste ciasto na trzy patelnie.
– Good point – powiedział Oleg.
Wybałuszyłam na niego gały.
– Czy ty jesteś samobójcą? Albo znasz ich od wczoraj? Przecież oni cię zapytają: ile razy, w jakiej pozycji, jak było, czy się zabezpieczamy, w jakiej porze i kto zwykle jest u góry – podałam Olegowi ogromny kubek z czarną, gorzką kawą.
Alex dostał już swoje drugie espresso, które wypije za chwilę, ze śniadaniem. Teraz czas na napojenie reszty stada. Nie wiem why, ale zawsze przestrzegałam tej kolejności: najpierw Alex i Oleg, potem reszta świata, nawet jeśli to są moi chłopcy.
– Tesoro, ale mnie to w ogóle nie przeszkadza. Nie wstydzę się, nie żenuję, nie wiem, czemu niby miałbym? Więc o co chodzi? Niech pyta, może się młody czegoś o życiu wreszcie nauczy?
– Ale…

Oleg kontynuował monolog informacyjny, krojąc melona czy jakiś inny owoc. Odpowiadał. Serio odpowiadał na pytania Miśka. Nie patrzyłam na to, zamknęłam oczy i liczyłam do dziesięciu.
„Love?”
Mnichu?
„Otwórz oczy, love”

I znowu się zarumieniłam, jak jakaś szesnastoletnia pindzia.

Noż kurwa mać i jasny gwint, no. Alex zawsze mówi mi „otwórz oczy”, kiedy chcę się schować w sobie, kiedy… kiedy.. no kurwa wiadomo kiedy, no. Kiedy wydaje mi się, że to co czuję, rozwali mnie od środka przyjemnością trudną do zniesienia i jeszcze trudniejszą do wyobrażenia. „Otwórz oczy” to są dla mnie jedne z najbardziej erotycznych słów na świecie.
Teraz to Oleg zachichotał, w mojej, w naszych głowach.
„A inne erotyczne słowa?”
Hmmm. Kilka jest – przyznałam się z uśmiechem.
„Hmm, Tesoro, a jakie?”
Takie jak: Oleg, Alex, jeszcze…
– Hej! – ściera pacnęła mnie w twarz. Popatrzyłam na Miśka.
– Czego, debilu?
– Świntuszyliście?
Jeśli nie wiesz, co powiedzieć, zaprzecz.
– Ochujałeś? Głodna jestem, siadamy jeść czy co?
– Cienka panienka – powiedział Wojtek czystym „krakoskim”, nakładając na mojego pankejka potężną gulę gęstego jogurtu i parę winogron.
– Nie jestem „cienka panienka” – dałam mu kawę w jego ulubionym kubku – tylko krępuje mnie dyskusja o moich orgazmach przy śniadaniu. Możemy zmienić temat?
– Rozmowy o naszych cię nigdy nie krępowały – Misiek odbierał swoją kawę, mocną z dużą ilością mleka i połową słoika miodu – A moje dni GPS były omawiane dość regularnie.

– Dni GPS? – pytał Alex.

Po co, ja się pytam, po co on o to pyta….?
– G point search… – podsunął jak zwykle usłużny Wojtek, który, co od razu dodałam, uczestniczył ochoczo i z oddaniem w dniach GPS.
– Bo to było śmieszne. Te wasze orgazmy – powiedziałam, jak już przestali się śmiać. Faceci…
– Kuba, a ty chcesz zaproszenie do stołu posłańcem, czy sam podejdziesz?
Uśmiechnął się do mnie, ten mój chudy, wspaniały anioł w przebraniu ekstremalnego geeka. Zamknął kompy i siadł koło Olega. Lubił siedzieć koło Tygrysa, lubił też siadać koło Alexa, ale Alexa wybierał, kiedy czuł się niepewnie, zagrożony, zaniepokojony, zdenerwowany w jakikolwiek sposób. Przy Olegu siadał, kiedy był szczęśliwy.
Usiadłam wreszcie pomiędzy Alexem i Olegiem. Westchnęłam. Zaczęłam mieć życie intymne i od razu straciłam nad nim kontrolę.

– A propos orgazmów, nie twoich – Michał popatrzył na mnie – Andy, pamiętasz ze szkoły Leszka Cichońskiego?
– Cichońskiego? Cichońskiego? – szukałam w pamięci, udając, że gnoja nie pamiętam.
Moja klasa, z drobnymi wyjątkami, to były przeintelektualizowane krakowskie żłoby i jakoś nie polubiliśmy się. Z wzajemnością. Odrzucić mnie nie mogli, bo byłam „z ich sfery”, ale ani nie byłam wśród popularnych dziewczyn, ani nie byłam społecznikiem, ani kurwa, jakimś artystą, ani intelektualistą. Byłam w ogonie klasy, zawsze gdzieś na słabych trójkach, nie uczestniczyłam, nie współtworzyłam. Z WF byłam dobra, ale w Sobieskim to nie było specjalnie doceniane. Dlatego czasem po prostu trudno mi było powiązać twarz jakiegoś kolesia z jego nazwiskiem. Akurat jego pamiętałam. Z innych, kurwa, powodów. To chuj był, jest i prawdopodobnie chujem umrze. Ale, szłam w zaparte. Potem im wszystko opowiem, łosiom puszczalskim.
– Ten, któremu Wojtek złamał rękę? – powiedziałam, przywołując jedyne godne uwagi wspomnienie związane z tym gnojem z liceum.
– Dokładnie! – Misiek się rozpromienił, a Wojtek popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
– Skąd wiesz, że to byłem ja? Przecież wszystkim mówiliśmy, że to Misiek? I to on beknął za to.

Wzniosłam oczy do nieba. Że też oni się nigdy nie nauczą. Co za jełopy.

– Misiek mi powiedział, od razu, tego samego dnia, idioto z doktoratem. Zawsze któryś z was coś wypapla.
– Dlaczego Wojtek złamał rękę, a Misiek za to beknął? – Oleg był autentycznie zaciekawiony kolejną z naszych nastoletnich dram.
– Bo Wojtek chciał iść na prawo na Uniwerek, a tam przyjmują tylko świętojebliwych, takich bez żadnej skazy na charakterze i uwag w dzienniczku – wyjaśnił usłużnie Misiek – Ja byłem na medycynie, która w Krakowie od wieków zbiera wszelkie mierzwy społeczne i zakały, i się tym jeszcze szczyci. Moja rodzina jest na to najlepszym dowodem. Wojtek miałby kłopoty, a ja miałem to w dupie. Popierałem sprawę złamania ręki, nawet Kubek stał wtedy na czatach.

– Co wam zrobił ten Leszek? – zaciekawił się Alex.

– Miał agresywny plan przystawienia się do absolutnie niezainteresowanej Andy – powiedział Kuba ze swojego końca stołu, przesuwając w moim kierunku pusty kubek. Jak rozumiem, ja i ekspres mamy zrobić czary mary i go napełnić, tak?
Komunikacja, komunikacja, komunikacja.
– Co miał? – pieniłam mleko dla Kuby i odwróciłam się do nich.
– Plan przystawienia się do ciebie. No, zaliczyć cię chciał, jak inne laski z klasy, no, robalu niedomyślny. Słyszałem, jak się chwalił tym pomysłem swoim akolitom na przeklętej szesnastce. Siedziałem za palmą, kryłem się przed mamą Miśka i słyszałem, jak gadali. Wkurzyli mnie, no i poszedłem do chłopaków – Kuba był krynicą informacji, o jakieś czternaście lat za późno. O tym akurat nie wiedziałam. Imagine.
– Co to przeklęta szesnastka? – znowu Oleg
– Tortury społeczne – wyjaśnił Wojtek – zakładasz garniak, muchę, dziewczyny długie kiecki i tańczysz walca i fokstrota, i inne takie gówno. I udajesz, że się cieszysz obchodzeniem szesnastych urodzin. Taki zwyczaj na Woli Justowskiej, myśmy z Kubą byli stowarzyszeni i musieliśmy brać w tym udział, niestety. Mary nam nie przepuściła.

– Dla wielu z nas pamiętna noc… – Misiek się rozmarzył

– No, jeśli strata cnoty z Jowitą, za drzewem, w parku przy Willi Decjusza, to jest pamiętna rzecz, to ja gratuluję – Wojtek popatrzył na Miśka z politowaniem.
– Człowiek, który stracił cnotę w jeziorze, nie ma prawa mnie krytykować – odszczeknął się Misiek
– Wiesz, ja raczej mówię o osobie, z którą to zrobiłem, niż o miejscu – Wojtek zasalutował mu kubkiem kawy, a ja jęknęłam.
– Nie porównujemy, nie licytujemy się, nie chwalimy się – powiedziałam zdecydowanym tonem – Komu kawy i co z tym Leszkiem, jak pragnę zakwitnąć?
Musiałam odwrócić ich uwagę, no i chciałam wiedzieć, co do Miśka dotarło z tych najnowszych przygód Leszka.
– Dlaczego Andy zmieniła nagle temat? – drążył Oleg, by go licho, piekło i szatani, jak znam życie, to Alex go podpuszcza po cichu. O, no właśnie, wiedziałam.
– Bo Wojtek stracił cnotę w jeziorze, z Andy, taka sytuacja. Dwie dziewice się spotkały, haha. Jowita przynajmniej wiedziała, co robi – prychnął Miś
– A antybiotyki szybko zadziałały, czy długo cię jeszcze swędziało? – zapytałam jadowicie, wiedząc, jaką kto miał opinię i z jakiego powodu.
Byłam outsiderem, ale wiele widziałam, wszystko zapamiętywałam i przyjaźniłam się z plotkarzami. I mężczyznami lżejszych obyczajów, niestety. Większość z nich siedzi przy tym stole.
– A, to byłeś ty… – Oleg skupił się na Wojtku, z uwagą dużego drapieżnika. Alex kopnął Olega pod stołem i coś do siebie popatrzyli. Oleg uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Co z tym, kurwa, Leszkiem? I niech nikt już nie zbacza z tematu, do chuja psa! – uniosłam się lekko i popatrzyłam na nieopanowany i nieopanowywalny męski żywioł.
Męski żywioł opadł i osiadł. A ja mogłam wreszcie jeść.
– Leszek ma bardzo szczególne gusta…
Ano miał, miał szczególne gusta. Biedny idiota.
– Czy to jest ważne dla narracji, czy mówisz to, bo lubisz? – zapytałam Michała, wiedząc, że poleci dalej z opowieścią.
– Ważne i lubię. Nie znoszę idioty. I to jest cudowna historia.
– A, on był przecież asystentem twojego taty! Kardiolog… – Wojtek miał dobre rozeznanie w światku medycznym. Misiek potwierdził.
– Tak. On mieszka na takim nowym osiedlu luksusowych domków tuż przy Wiśle, na Grzegórzkach. Bardzo drogie i bardzo eleganckie, dla nowej elity miasta.
Parsknęłam śmiechem.

– No, jaka elita, taka elita. No i on znalazł tam damę swojego serca, na boku, dodatek do żony i dwójki dzieci, oczywiście. Wiecie, Leszek bardzo lubi dostawać klapsiki.
Zrobiłam oczy jak pięć euro, a w głowie słyszałam i Alexa, i Olega, którzy mówią mi, że moje uwielbienie dla gier i zabaw kiedyś mnie zaboli. Pff, może. Fakt jest faktem, że wszyscy przy stole, chociaż z różnych powodów, bawiliśmy się świetnie. Oni też się bawili, mimo iż całą akcję montowałam i przeprowadzałam ja. I jestem z niej dumna.

– Tak moja droga, acz zakłamana i wiktoriańska Andreo, takie rzeczy ludziska lubią. A że nie wystarczał mu klub w Zabierzowie, adres dla chętnych na żądanie, to musiał mieć kogoś wygodniejszego, kogoś bliżej, lepiej dostępnego i chętnego do zabawy. No i znalazł sobie panią, mającą odpowiednie dla niego skłonności. Dwa domy, sorki, dwie posiadłości, od niego. Pięknie się to rozwijało, ale Lesiu chciał zaszaleć i spędzić z damą więcej czasu. I pewnego dnia powiedział legalnej małżonce, że musi jechać na kongres kardiologiczny do Sopotu, na całe cztery dni – napił się kawy, śmiejąc się od ucha do ucha.

– Małżonka go spakowała, wyprawiła, ucałowała, Leszek wsiadł do taksówki i pojechał. Następnie wrócił inną taksówką do swojej flamy. I pierwsze godziny były takie, jakie chyba sobie wymarzył. Nie wiem, nie byłem, ale się domyślam. W nocy jednak odpieprzył numer stulecia. Ubrany w skórzane stringi, z dziurką na wacka, i w obrożę ze smyczą i w ogóle, z tyłkiem obitym na różowo, ubrał sobie szlafroczek i poszedł wyrzucić śmieci, bo taką miał dureń obsesję. Śmieci się wyrzuca każdego dnia, czy deszcz, czy śnieg, czy jedno opakowanie po jogurcie jest w koszu. A że był już absolutnie na haju po bezustannym bzykanku w stylu, który lubi, to się zapomniał. Wyrzucił śmieci i wrócił, nie do kochanki, tylko do żony. Bo przecież zawsze po wyrzuceniu śmieci wracał do domku, nie? Nie miał kluczy, więc zadzwonił. Otworzyła mu żona, zdziwiona, jak jasny gwint, bo małżonek przed dwoma godzinami dzwonił z Sopotu, mówiąc o tym, jak fantastyczne są wystąpienia kolegów ze Stanów.

Siedzieli, patrząc na Michała z otwartymi paszczami.

Wszyscy, oprócz mnie. Nawet moi dwaj niewinni partnerzy byli zdziwieni. Myśleliśmy, że ktoś Leszka zauważy i doniesie żonie, byłam przygotowana nawet na wysłanie donosiku ze zdjęciami, a tu proszę, debil sam się usmażył. Moi chłopcy nie wiedzieli, że tak pięknie to poszło. Na wyrazy uwielbienia oczekuję. Świeża sprawa, sprzed dwóch dni, no co, no?
– I co? – Kuba nachylił się do Miśka.
– I dostał debil zawału z tego wszystkiego, na progu własnego domu. Pogotowie go przywiozło na jego własną klinikę, w tych skórzanych stringach, na smyczy i z czerwonymi pręgami na dupie. Będzie się musiał przeprowadzić, bo takiej akcji nikt mu nie zapomni.
Misiek uśmiechał się z radością. Popatrzył na mnie. Popatrzył jeszcze raz. Dłużej. Potem popatrzyli na mnie i Wojtek, i Kuba. Moi ukochani oczywiście udali, że nie widzą.

Tyle mam z was pożytku. Zero ratunku.

„Twój pomysł, twoja wojna. Deal with it” – obecność Alexa objęła mnie na sekundę i odsunęła się.
„Idzie ci świetnie, Tesoro, świetnie” – mówił Tygrys.
Przecież jeszcze nic nie powiedziałam? Trochę mnie Kot skonfundował…
„Może to właśnie dlatego, Tesoro?”
Parsknęłam śmiechem i oplułam się kawą.
– Andy, kefirze jeden – Wojtek był zwodniczo spokojny – co ty zrobiłaś?
– Kawą się oblałam, ślepyś?
Cała byłam urażoną niewinnością, ale to nie z nim, nie z Wojtkiem.

– Andy, kurwa, potworze imbirowy… nie pierdol mi tu. Mów. Wszystko.

Westchnęłam.
– Ta sąsiadka Leszka, to Domina Luna, dość znana postać, w pewnych kręgach oczywiście. Piękna jak senne marzenie, ale żaden z was nie lubi tego, co ma do zaofiarowania. Żadnego z was nie widzę na kolanach, liżącego jej buty – gały mieli wytrzeszczone. Dobrze im tak. Oni myślą, że ja się wczoraj urodziłam, debile jedyne, moje debile.
– Jej prawdziwe imię i nazwisko pozostanie moją słodka tajemnicą, bo a nuż odkrylibyście jakieś ukryte pragnienia, czy chuj. Chronię was przed wami samymi. Nie musicie dziękować. Z Luną przygotowałyśmy cały plan, potem go puściłyśmy w ruch. Nawet nie wyszło mnie drogo, bo Luna to przyjaciółka znajomego. Bawiła się tym wyjątkowo chętnie.
– Ale… why? – Misiek patrzył na mnie z czymś pomiędzy osłupieniem i przerażeniem. Teraz dopiero się zacząłeś mnie obawiać, buraku jeden? Serio?
Spoważniałam.

– Z powodu Mary. Ten chuj pisał na nią donosy do rektora i szefostwa Kliniki. Był w redakcji tego waszego medycznego gówna, co to jest takie ważne naukowo i blokował jej publikacje. Rozpuszczał plotki o Mary, mnie, moich chłopakach i o was też. Wszystko pod płaszczykiem dbania o reputację twojego śp. Taty. Tak jakby wujek mu migdałków przez odbyt za coś takiego nie wyrwał, gdyby żył. Wszystkie kłopoty Mary są z jego powodu. Zawistny chujek, który twojemu tacie do pięt nie dorastał.

Kuba się zakrztusił jogurtem. I zzieleniał lekko.

– Co? – zapytał, wyraźnie zdenerwowany samym pomysłem, że on mógłby z Mary lub ze mną.
Wojtek klepnął go w plecy i potwierdził. Alex przygarnął Kubę, pocieszając go
– Sam te donosy widziałem. Szczerze? Chciałbym kiedyś zrobić wszystko to, co w tych donosach było opisane.
– Shut up! – Misiek prawie rzucił widelcem w Wojtka.
– Nie z ciocią Mary, wacku zakuty, ogólnie mówię. Geez… trochę wiary we mnie.
– To przez tego zakłamanego hipokrytę i kabotyna Mary myśli o odejściu z pracy – weszłam im w konkurs spojrzeń.

Misiek popatrzył na mnie z… łzami w oczach? Nieee.

– Ty durny bąku – powiedziałam prawie czule. Michał Nitsch doskonale znosi szyderę, jeszcze lepiej sarkazm i ironię, ale z czułością radzi sobie średnio, wiedziałam, że szybko zmieni temat. Miałam rację. Ogarnął się.
A wam, kochani moi, dziękuję za wsparcie. Nie. Nie odzywam się do was. Nie.
– Alex, podaj mi mleko, please.
Misiek otrząsnął się i podniósł kubek ze świeżym kofeinowym asfaltem, który czekał na „przyprawienie”. Machnął nim w stronę mojego Wilka, koło którego utknął produkt tak pożądany przez doktora Nitscha. Dzbanuszek z mlekiem popłynął po gładkiej powierzchni stołu. Zamilkliśmy wszyscy, łącznie z Alexem. A potem wszyscy popatrzyliśmy na niego. Po raz pierwszy chyba w życiu widziałam mojego Wilka szczerze zdziwionego. Popatrzył na dzbanek, na nas, potem znowu na dzbanek.
– Przesuń do mnie talerz Andy – cicho poprosił Wojtek.
Mój talerz popłynął w kierunku Wojtka, Michał ledwo zdążył usunąć butelkę syropu klonowego z toru jazdy mojego śniadania.
– Bardzo proszę o natychmiastowy zwrot mojego żarcia – zaprotestowałam głośno, bo nauka, co ja oczywiście rozumiem, wymaga doświadczeń i powtórzeń, ale mój posiłek, to jest mój posiłek!
Talerz wrócił do mnie. Popatrzyłam na Alexa.
– Noooo – uśmiechnął się Oleg, waląc go w plecy – to jednak możesz zdmuchnąć domek trzem świnkom!

„Polowanie na cienie” na Amazon.com .

„Polowanie na cienie” na Legimi.pl

Published in"POLOWANIE NA CIENIE", część 3

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *