Skip to content

„Pół roku na Saturnie” Małgorzaty Sidz, czyli witamy w hektycznym świecie! 

„Skoro ten tydzień ma przynieść zmiany, to warto wiedzieć jakie. Wpisałam słowa capricorn i horoscope w Google. Prawie usłyszałam, jak wpadły, wessane w internetową próżnię. Plum. Problemy miłosne pod koniec miesiąca. Tego nie słuchamy. Bardziej dokładny horoskop, tu już trzeba znać godzinę urodzenia. Przez chwilę zastanawiałam się, jaka pora dnia jest teraz w Polsce. Czy powinnam zadzwonić do matki i spytać, o której się urodziłam?

Wysłałam mejla

Tarot. To najlepszy wybór. Łatwe w interpretacji, kolorowe obrazki. Przydałoby się mieć na własność. Wrzuciłam najtańsze karty do koszyka w Gmarkecie”. [s. 39]

Z tą książką to było tak: dostałam ją od znajomej, z prośbą „przeczytaj, powiedz, co o niej sądzisz”.

Zatem siadłam i sprawdziłam. 

„Teraz jednak nie miałam być uduchowiona. Miałam być zdrowa i szczupła. I w restauracjach, spod stołu, dodawać kolagen w proszku do zupy. „Ach, widzieliście? To właśnie sekret mojej urody”, zarumieniłabym się, przyłapana, tak dziewczęco. Uśmiechnęłam się do siebie na myśl o tej przyszłej mnie i o zielonych najkach, które miałam założyć wieczorem, by sprintować dokoła kampusu. Sprintować właśnie, nie biegać. Zależy mi przecież na mocnej sylwetce, a nie na byciu szczypiorkiem. Zresztą, badania pokazują, że taki wysiłek szybciej buduje mięśnie. A działać muszę szybko. Za pół roku, wracając z Korei, będę już zupełnie inną osobą. Pięćdziesiąt osiem kilo, rozmiar trzydziesty czwarty, taką drogą i dziewczęcą. 

A na to botoks. Bo wiadomo, szczuplejsza twarz wygląda starzej”. [s.27]

Nie powiem, miałam kilka przystanków na myślenie.

Leciutki mindfuck był spowodowany jedynie moimi głęboko zakorzenionymi przekonaniami, niczym więcej. Otóż przekonana byłam, że bariera mentalna między mną a połowę młodszymi ode mnie pisarkami i pisarzami jest tak wielka, że ich książki nie są dla mnie! Tak, taka jest potęga niemądrej autosugestii. Kiedy przyjrzałam się swojemu myśleniu, zdałam sobie sprawę, że przecież czytam Homera i nie narzekam, czytam Conan Doyla i żyję, Prusa i Dąbrowską przyswajam, więc co? Nagle inny sposób spojrzenia na świat ma być nie ok?  Wyprostowawszy się w ten sposób mentalnie, rozsiadłam się na fotelu i na serio weszłam w świat bohaterki „Pół roku na Saturnie” Małgorzaty Sidz. 

A jest to bohaterka ciekawa i jej świat wart jest uwagi

„Czułam się wspaniale zmęczona produktywnością moich nieproduktywnych dni. Studiując już ósmy rok, ciągle byłam pod presją terminów i prac do zaliczenia. Tak mocno miałam wdrukowane to, że powinnam cały czas coś robić i za czymś gonić, że wyrzuty sumienia ustawały, nawet kiedy siadałam, żeby to zrobić. Pisałam więc pracę magisterską, cały czas mając poczucie winy, że zajmuję się głupotami, a powinnam przecież pisać pracę magisterską. 

A teraz siedziałam, patrząc na styropianowy kubek i czekając, aż herbata ostygnie”. [s.73]

Ma dwadzieścia sześć lat, jest na stypendium w Seulu, ma sporo czasu, bo jednemu z jej wykładowców jakoś niespecjalnie chce się prowadzić kurs tylko dla jednej osoby, oferuje zatem naszej bohaterce zaliczenie z wynikiem bardzo dobrym. Bez warunków. Wyobraźcie sobie: pół roku świętego spokoju i braku obowiązków, opłacone mieszkanie i niewielkie stypendium. Tak wygląda wolność! Jak ją wykorzystać? Na poszukiwanie siebie. 

I bohaterka Sidz siebie szuka, oj szuka. 

„- Nie że jestem buddystką czy coś. 

– Nie, musiałabyś już w ogóle nie jeść mięsa. A tutaj, w Korei, bez mięsa umrzesz. Będziesz jeść tylko różowy ryż i rybę z twarzą na każdy posiłek – spostrzegła trzeźwo. 

I tak oto nie zostałam buddystką i nie zabiłam „ja”. Pokonana, usunęłam wszystkie aplikacje do medytacji i uważności, które ściągnęłam rano”. [s.27]

Wszędzie szuka siebie.

Na YouTube, na Tinderze, w Wikipedii, na Google, na aukcjach internetowych. Każdemu odkryciu nowej płaszczyzny jej jestestwa towarzyszą zakupy i zmiana stylu: ubioru, zachowania, muzyki, której słucha. W przerwach ogląda filmy (dokumenty, Tarantino, co tak chcecie) i spotyka się z przyjaciółmi. Jest inteligentna, egzaltowana, postmodernistyczne mieszanki myśli, stylów i kontekstów nie są dla niej wymysłem, są rzeczywistością. 

„”Tylko czy w moim wieku jeszcze można zostać artystką? – spytałam gorzko i poczułam fizyczny ucisk w sercu, ból straconej szansy  i straconego życia. Bo czy życie, w którym nie porywamy milionów, nie dajemy ludziom czegoś wielkiego i pełnego emocji, jest warte życia? Czy warto jeszcze żyć, nie założywszy zespołu z kolegami w liceum? Czy komuś potrzebne moje życie, jeśli nie obudziłam się w wieku czternastu lat z gitarą pod poduszką i nie poszłam walić w perkusję w garażu rodziców?” [s.97]

A Ty, drogi czytelniku, jesteś w samym środku tych poszukiwań.

Nie, nie jesteś w nich zanurzony, toniesz w nich! Pomysł goni pomysł, jedna myśl od razu zamienia się w decyzję, w zakup, w dyskusję z przyjaciółką. Zainteresowania bohaterki „Pół roku na Saturnie” zmieniają się jak w kalejdoskopie, przelatują przez karty książki jak krajobraz za oknami Intercity. 

Byłam ogłuszona. Ale spodobała mi się jazda tym intelektualnym i emocjonalnym rollercoasterem. 

Styl autorki jest… klarowny

Krótkie zdania, wyrzucane z głowy narratorki z szybkością karabinu maszynowego, mają w sobie coś, co uwodzi. Bohaterka nie udaje głębi, nie chce pokazać, że jest lepsza niż jest. Nie, powiem inaczej – ona udaje i gra, ale przyznaje się do tego.

„Kiedy film jest na dysku nie trzeba go ściągać. Czy widziałaś ten albański film o zaprzysiężonej dziewicy? Nie, ale mam go i obejrzę, jak tylko będę mieć czas! I już wiadomo, że się znam, że wiem, ale jestem taka zajęta ważnymi sprawami, może ważniejszym kinem. Muszę wiedzieć wszystko, znać każdy ważny film”. [s.68]

Bohaterka Małgorzaty Sidz po prostu szuka. Bezwstydnie i otwarcie szuka siebie, przyznaje się, że „to nie to” i rusza inną ścieżką. Nie ma kłopotów z tym, że błądzi, że gra. To pierwsze jest częścią procesu, to drugie koniecznością. 

Sidz pozwala nam poznać swoją bohaterkę. Widzimy nie tylko to, jakie snuje plany na przyszłość, jak zastanawia się nad tym „co by było, gdyby”, ale i poznajemy jej przeszłość. Dziewczyńskie lektury (amerykańska seria dla nastolatek), filmy, które lubiła (Park Jurajski i Tarantino), w życie uczuciowe (jej Były i ich ciekawa znajomość po zerwaniu) i rodzinne. Narracja skacze z tematu na temat, z obrazu na obraz, a czytelnik poznaje bohaterkę „Pół roku na Saturnie” coraz to lepiej. 

„Postanowiłam, że nie będę afiszować swojej oryginalności strojem, ale będę fascynować sobą przez rozmowę. […] Moim mundurkiem stały się dżinsy i T-shit. Moją bezkompromisowość postanowiłam pokazywać bezkompromisowo – stając się tak nudna, że aż przezroczysta. Tak żeby zadziwić głębią przemyśleń każdego, kto poświęci choć parę minut na rozmowę ze mną. Ta strategia oczywiście nie działała. Nieciekawy wygląd był tak mocnym potwierdzeniem nieciekawych poglądów, że okazał się skuteczną zaporą przed każdą potencjalnie wartościową przyjaźnią. Jebane wydmuszki, powierzchowne pizdy, mówiłam do siebie, patrząc jak mniej inteligentne, nieciekawe koleżanki bez intrygujących alternatywnych gustów muzycznych stawały w centrum zainteresowania dzięki kolorowym szmatom z India shopu”. [s. 120-121]

To takie odświeżające.

Ona nie czuje presji, żeby udawać, że znalazła, kiedy jeszcze jest w procesie szukania. Szuka i szuka, i szuka, a my jej towarzyszymy. Od jednych zakupów do drugich. Od zainteresowania tytułowym Saturnem (tak, planetą w naszym Układzie Słonecznym) po grzybki halucynogenne, od mody hippie po zanurzenie się w koreańskości. Bo Korea jest dla bohaterki i jej przyjaciół… ogromną szklarnią. Czymś nie do końca naturalnym, choć rzeczywistym. Wyabstrahowanym z ich rzeczywistości. Daje im ak jednmożliwość poszukiwań, nie konfrontując ich z brutalnymi koniecznościami tak zwanego życia codziennego. Podoba mi się ten pomysł narracyjny. W SF wysyła się bohaterów w kosmos, a Sidz umieściła swoich w Korei. Efekt ten sam – jednoczesne otwarcie i ograniczenie, sytuacja, która katalizuje zmiany i podkreśla wybory. 

Wiecie co jeszcze lubię w tej książce?

Nie tylko możliwość zajrzenia do głowy narratorki, nie tylko innych bohaterów – pochodzących z całego świata studentów jednego z seulskich uniwersytetów, nie tylko okruchy Korei, która wyziera z kart powieści. Podoba mi się to, że autorka stworzyła bohaterkę z krwi i kości, współczesną dziewczynę z jej zaletami i wadami. Z kliszami i banałami. 

„Jakoś do tej pory zawsze byłam gdzie indziej. Jak mieszkałam w Finlandii, to gadałam po szwedzku, jak w Szwecji – słuchałam fińskiej muzy. W Brazylii miałam przyjaciół Argentyńczyków. Zawsze się jakoś dystansuję. Tutaj też na kursie koreańskiego broniłam się, że przecież jestem specjalistką od japońskiego. […] 

– Czyli teraz będziesz „tu i teraz”? 

– Taki jest plan. Mindfullness”. [s.238]

Podoba mi się „to młode pokolenie”.

Wiedzą, czego chcą, nawet jeśli ciągle szukają. Nie obawiają się odrzucać tego, co im nie odpowiada i co im nie pasuje. Są w tym szczerzy i odważni. Owszem, to może irytować, może sprawiać wrażenie, jakby nie wiedzieli, czego chcą. No nie wiedzą. Ale potrafią się do tego przyznać. Są chaotyczni, hektyczni, są w ciągłym procesie zmiany!

Takie właśnie postaci znajdziecie w „Pół roku na Saturnie” Małgorzaty Sidz. Odważne, zagubione, wkurzające, śmieszne, zanurzone w egzotyczne scenerii. Ciekawe i bardzo ludzkie. 

Jesteś nią zirytowana? Serio? Nie pamiętasz swoich poszukiwań? Swojego mindfucka i zagubienia? Bohaterka Sidz to po prostu młoda kobieta, normalna i zwyczajna, typowa – powiedziałabym. Tylko media, w których jest zanurzona i dzięki którym buduje swoje „ja” są bardzo XXI wieczne, ot co.  

„Ayumi Hamasaki śpiewała, że początki mogą być przypadkowe, ale koniec zawsze ma jakiś powód. Chuja tam wiesz, Ayumi Hamasaki”. [s.302]

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *