Skip to content

„Podziemia” Roberta Macfarlane, czyli o świecie. Nie tylko dogłębnie, ale i erudycyjnie

Last updated on 20 czerwca 2021

„Mówienie o antropocenie, a nawet mówienie w antropocenie, to trudne zadanie. Najlepiej go sobie pewnie wyobrazić jako epokę odchodzenia – gatunków, miejsc, ludzi – dla której poszukujemy języka żałoby albo, co jeszcze trudniejsze, języka nadziei”. [s. 421-422]

Książka leżała sobie na półce z nowościami w mojej bibliotece

Okładka wyglądała, jakby ta pozycja przynależała do fantasy, nie do tego, czym książka okazała się być: do filozoficzno-historycznego eseju o kondycji Ziemi i człowieka.

„Pozostanie po nas plastik, świńskie kości i ołów 207, stabilny izotop będący produktem rozpadu radioaktywnego uranu 235”. [s.95]

Przedziwna to książka

Sączy się w czytelnika. Miejscami mrozi do szpiku kości, miejscami przeraża, zawsze jednak zmusza do myślenia, do refleksji. Ale o czym jest? Oddam głos autorowi. Macfarlane wyjaśni to sam, najlepiej.

„Ta książka to opowieść o podróżach w ciemność, o wyprawach pod powierzchnię w poszukiwaniu wiedzy. W kolejnych rozdziałach przejdziemy od ciemnej materii uformowanej w chwili narodzin wszechświata do nuklearnych przyszłości, które zgotuje nam antropocenu. Przemierzając głęboki czas rozciągający się między tymi dwoma odległymi punktami, ścieżka naszej opowieści będzie zahaczać o nieustannie zmieniającą się teraźniejszość. Wszystkie rozdziały łączy – analogicznie do zjawisk zachodzących w omawianych tam światach – ukryta sieć odwołań, wzorów i związków”. [s. 28]

W „Podziemiach” Robert Macfarlane prowadzi nas za rękę w kierunku dziur w ziemi, w ciemność i mrok.

„Pod ziemią umieszczaliśmy zawsze to, czego się obawialiśmy i z czym wolelibyśmy się rozstać, ale także to, co kochamy i chcielibyśmy ocalić”. [s. 17]

Jestem klaustrofobiczką

Bardzo nie lubię włazić do ciasnych przestrzeni, a jaskinie znoszę, pod warunkiem jednak, że są „cywilizowane”, oświetlone, duże i nie ma w nich wody. No tak, speleolożki nikt ze mnie nie zrobi.

Jakkolwiek doceniam ogłuszające piękno podziemi (zwiedziłam kilka jaskiń na Słowacji i kilka kopalni, więc wiem, co mówię), to oddychać w nich nie mogę. Czuję, jak górotwór ciśnie mi na głowę i jak procesy myślowe mi powoli zanikają.

Takie mam wrażenie, można się śmiać, że podziemia redukują mnie jedynie do kwestii przeżycia. Ilekroć sięgałam po „Grobowce Atuanu” Ursuli K. LeGuin zawsze siedziałam w ogrodzie, otoczona słońcem i powietrzem. Tylko tak ta książka mi „wchodziła”. Z „Podziemiami” było podobnie.

Macfarlane pod powierzchnią Ziemi czuje się nieźle

Owszem, czuje lęk i obawę, ale jest z nimi zaznajomiony, obyty. Może pisać i mówić o tym, co widzi. Podziwiam go za to.

„Ledwie udaje mi się przesunąć odrobinę w przód, niespodziewanie – c o   s i ę   k u r w a   d z i e j e? – czuję, jak skała wokół mnie, skała, która mnie otacza, w której tkwię jak w trumnie, z a c z y n a   w i b r o w a ć. Na początek to tylko lekkie drżenie, ale teraz narasta w sile i głośności. Sklepienie, to niestabilne sklepienie, mruczy od drgań. Wibracje przechodzą ze skały na ciało, a z niego na skałę poniżej. Dudnienie osiąga siłę grzmotu, między wstrząsami słyszę stukoty i trzaski. Przypominam sobie widmową architekturę, delikatny zarys górnego miasta naniesionego szarym tuszem na tę stronę mapy” zbiegające się tory kolejowe, łączące się jak ścięgna i wbiegające razem na stację Montaparnasse”. [s. 200]

Tak! Książka nie traktuje jedynie o jaskiniach! Robert Macfarlane zabiera nas w podróż – między innymi – po podziemiach pod Paryżem. W podróż po drugim mieście, mieście pełnym cudów, niebezpieczeństw, niespodzianek i cataphiles – ludzi, dla których paryskie podziemia są sensem życia i definicją przygody.

„Podziemia” to tak pięknie napisana książka, że słów brak

Niezwykle erudycyjna, jej autor nie tylko odwołuje się do badań naukowców: antropologów, astronomów, socjologów, fizyków, filozofów, glacjologów, archeologów, on także przywołuje teksty kultury: poezję, prozę, folklor. Wpłata w swoją relację ze schodzenia do miejsc głębokich i zwykle niewidocznych kontekst wiedzy i kultury, który ujawnia znaczenia, o których nie pomyślałabym lub których nie umiałabym zauważyć.

O, pieję z zachwytu. Muszę się wziąć w garść, bo „Podziemia” zrobiły mi z mózgu kaszkę mannę!

Książka Macfarlana jest przedziwna

Z jednej strony można powiedzieć tak: koleś włazi w rożne miejsca i pokazuje, że

podziemia bywają bardzo różne

Kropka. Ale to nieprawda, bo nie to robi autor i nie o tym jest książka.

„Przede mną w wodzie widniał czarny wlot do tunelu prowadzącego wgłąb skały. Był na tyle szeroki, że pomieściłby mnie; skalne krawędzie wydawały się gładkie. Oglądany przez tę niesamowicie przejrzystą wodę otwór przyciągał mnie z niesamowitą siłą. […] odczułem ogromną ochotę, żeby wpłynąć w otwór i zagłębiać się w niego, aż do pięknej chwili, gdy wyczerpie się zapas powietrza w płucach”. [s. 236]

Można także powiedzieć, że są „Podziemia” o tym,

jak postrzegaliśmy to, co jest pod powierzchnią Ziemi,

jak wykorzystujemy te miejsca i jak je kulturowo definiujemy. Ale to także jedyne jedna z facetek. I oczywiście znowu nie cała prawda.

„Prawdziwym językiem podziemi nie są korzenie poszczególnych słów, raczej gleba gramatyki i składni, gdzie skłonności mowy, przez to skłonności myśli, osadzają się i wchodzą ze sobą w interakcje w długich okresach czasu. Gramatyka i składnia wywierają potężny wpływ na praktykę języka i jego użytkowników. Kształtują to, w jaki sposób odnosimy się do siebie i do żyjącego świata. Słowa mają moc stwarzania światów – a język jest jedną z najpotężniejszych geologicznych sił antropocenu”. [s.135]

Można by zaryzykować stwierdzenie, że jest książka Macfarlana opowieścią o tym,

jak głębokie zmiany wprowadza człowiek do swojego ekosystemu,

a podziemne krainy doskonale służą w roli metafory. W końcu wszyscy przyzwyczailiśmy się do tego, że człowiek przekształca powierzchnię Ziemi, ale żeby to, co pod nią?

„W Dolomitach i Alpach Julijskich cofające się lodowce odsłaniają pozostałości konfliktu zbrojnego, który rozegrał się sto lat temu: karabiny, skrzynie z amunicją, niewysłane listy do ukochanych, dzienniki i ciała”. [s.273]

Dałoby się także powiedzieć, że

są macfarlanowskie „Podziemia” hołdem złożonym różnorodności

tego, co pod ziemią, co w głębi. Dla człowieka przyzwyczajonego do mnóstwa form i kolorów tego, co na powierzchni, to co w głębi jawić się może jako szare, czarne, mokre, brudne, nieciekawe i ubogie. Robert Marfarlane udowadnia, że to nie jest prawda, że to, co znajduje się pod naszymi stopami może być równie piękne lub równie upiorne, jak to, co widzimy na zewnątrz.

„Podaje mi drugi przedmiot: małą przezroczystą fiolkę. Unoszę ją pod światło. Zawiera odrobinę jasnego piasku.
– […] Gdybyś obejrzał je przez szkło powiększające, zobaczyłbyś, że są zaokrąglone. To eoliczne ziarna kwarcowe o średnicy około 0,2 milimetra, przetaczane przez wiatr i w ten sposób wygładzone i zmatowione.
– Pokaż je dowolnemu geologowi, powie ci, że powstały w warunkach pustynnych i zostały zaokrąglone przez wiatr. Co z tego wynika? Ano że na terenach przykrytych obecnie kilometrową warstwą lodu znajdowała się w przeszłości Sahara”. [s.405]

Hipotezę, że „Podziemia” są

o tym, co w podziemiach naturalne

wytworzone przez eony powolnych zmian, a co „nienaturalne”, bo powstało stworzone ręką człowieka, także dałoby się udowodnić.

„Greckie słowo „sema” znaczy „znak”, ale też „grób”. Semiotyką nuklearna jako obszar badawczy narodziła się koło 1990 roku. Wraz z pierwszymi planami magazynowania odpadów promieniotwórczych pod ziemią Amerykanie zaczęli się zastanawiać, w jaki sposób można ostrzec przyszłe pokolenia przed tak wielkim i trwałym zagrożeniem”. [s. 475]

Tyle że wszystkie te cząstkowe odczytania byłyby zubażające

a zresztą nie wiem, czy wzięte „w kupę” oddałyby w wystarczający sposób wszystkie sensy tej skomplikowanej pozycji. Przyznam się Wam – nie wiem, czy dobrze odczytuję Macfarlana. Jestem pewna, że mnóstwo mi umknęło, że wielu rzeczy nie zauważyłam, nie ogarnęłam z braku kompetencji i punktów odniesienia.

Dla mnie są „Podziemia” pieśnią na cześć zmienności

I tej szybkiej, którą wprowadzamy z dnia na dzień, i tej, której nie widać nawet z perspektywy pokoleń, bo odbywa się w czasie geologicznym. Jest pochwałą tego, co płynie: czasu, wody, lodu, soli kamiennej, skał. Tego, co znika: gatunków, ludzi, krajobrazów. Jest także lamentem nad tym, co zostawiamy po sobie. Wiecie, jednym z najbardziej wstrząsających obrazów był ten, kiedy Macfarlane opisuje siebie na Grenlandii, obserwującego jęzory lodowców i to, jak orientuje się w pewnym momencie, że jeden z tych jęzorów to nie lód, to hałdy plastikowych śmieci, naniesionych przez morze. Tak, to także zmiana, prawda? Substytucja, jedno zastąpione jest drugim.

„To niezwykły widok: półprzezroczysty halit opływający cybernetycznego gada [maszynę wydobywczą, dopisek ML] – skamieniałości maszyny przechowywane w całunie z soli”. [s.91]

Tak, to jest książka o ekologii, ale także o kulturze, o ludzkości

A raczej o ludziach! Autor nie skupia się na tym, by opisywać kolejne zejście w ciemność i kolejne rysunki naskalne, kolejną kopalnię i maszynę górniczą zostawioną w trzewiach ziemi po to, by pochłonęła ją wolno przesuwająca się warstwa soli.

Nie! On opisuje – zawsze – ludzi.

Nie „ludzkość', która z ziemi wydobywa to, co jest jej potrzebne, zostawiając pod powierzchnią to, czego wywieźć się nie opłaca lub to, co uważa za śmieci i odpady. Macfarlane zawsze pisze o spotkaniach z ludźmi. Oni są równie ważni jak podziemia. Każde z tych spotkań to ogromna wartość, to wartościowy kontakt, to lekcja to wyuczenia, to przygoda do przeżycia, czy po prostu – chwila do wspólnego przeżycia.

W tym znaczeniu „Podziemia” są bardzo humanistyczną i pełną nadziei książką o nas, o ludziach. Może widziani z powierzchni – nikniemy i zlewamy się w pozbawioną twarzy całość, ale z perspektywy podziemi – jesteśmy indywidualnościami. Zapaleńcami, wariatami, ryzykantami, pięknymi duszami, które wzbogacają Ziemię.

Są także w „Podziemiach” takie miejsca, nad którymi się zatrzymywałam, bo jakieś zdanie uderzyło mnie mocno i „nie chciało wypuścić”. To zwykle nie były miejsca, w których dowiadywałam się jak oczyszcza się odpady nuklearne, jak rozmnażają się grzyby czy jak i gdzie łowi się ciemną materię, ale takie, w których autor zadawał proste pytanie lub dzielił się nieskomplikowanym – zdawałoby się – przemyśleniem:

„Często większą troskliwością otaczamy zmarłych niż żywych, choć to przecież żywi najbardziej potrzebują naszej troski”. [s.37]

„Podziemia” to książka, w której w równym stopniu wnętrze ziemi jest bohaterem, jak i ludzie, którzy je badają. A ci czasem mówią o rzeczach niebywale intymnych.

„Jeżeli Bóg istnieje, nie powinniśmy mieć możliwości, by go znaleźć. Gdybym natknął się na dowód istnienia istoty nadprzyrodzonej, powątpiewałbym w jej boskość, ponieważ uważałbym, że nie wykazała się doskonałą mądrością.
– Czy to zmienia twój odbiór świata? – pytam. – Świadomość, że w każdej sekundzie sto bilionów neutrin przenika przez twoje ciało, że niezliczone cząstki dziurawią nam mózgi i serca? […]
-[…] Czasami rzeczywiście myślę, że jest w tym coś równie niezwykłego, jakbyśmy w naszym świecie zaczęli nagle chodzić po wodzie albo unosić się w powietrzu. I zastanawiam się, jak to musi być, kiedy człowiek tego wszystkiego n i e w i e”. [s.85]

To rozmowa autora z jednym z naukowców, którzy badają czarną materię, w laboratorium ukrytym w czynnej i w dalszym ciągu eksploatowanej kopani halitu i potażu, daleko na północy, głęboko pod powierzchnią. Piękne, prawda?

Opowieść, która skradła moje serce

Przyznam się, że moimi ulubionymi miejscami nie są wygłaskane i wykoszone co do milimetra ogrody, tylko lasy i zarośla. Moje ulubione rośliny to porosty i grzyby. Lubię je, fascynują mnie i przeraża mnie ich długowieczność i skomplikowanie, ich przystosowanie do warunków i wszechobecność. O grzybach i porostach i o ich ewolucji mogę słuchać i czytać non-stop. Nawet książki historyczne mogę odłożyć, jeśli mam coś ciekawego o grzybach i porostach.

Dlatego kiedy Macfarlane poprowadził mnie przez podlondyńskim Las Epping i przez opowieść o grzybach i grzybni, przez fakty na temat World Wood Web – przepadłam. Nie, nie będę Was wciągać w coś, co może nie być dla Was ciekawe, ale sprawdźcie to pojęcie: „world wood web”. Jeśli Was nie zafascynuje – poddaję się!

„W podziemiach lasów liściastych porastających Góry Błękitne w Oregonie żyje opieńka ciemna z gatunku Armillaria solidipes, która w najszerszym miejscu rozciąga się na dwie i pół mili. W sumie zajmuje obszar niemal czterech mil kwadratowych. […] Jest to niezwykle tajemniczy byt: największy ze znanych nam organizmów i jeden z najstarszych. Według szacunków naukowców z Amerykańskich Służb Leśnych wspomniany osobnik opieńki liczy sobie od 1900 do 8650 lat. Wyrasta na powierzchnię w postaci grzybów o nakrapianych na biało trzonach zwieńczonych płowymi, wypełnionymi blaszkami kapeluszami”. [s. 121-122]

No nie da się zaliczyć „Podziemi” do lekkich lektur

Ale język Macfarlana jest kapitalny. Kiedy opisuje fakty naukowe – posługuje się układem miar SI, kiedy jest „sobą” używa miar imperialnych: mil, jardów, stóp. Czasem jego fraza jest gęsta i aż dusi od sensów, a czasem płynie spokojnie i cicho jak strumyk. Obrazy kopalni, w której Finowie zakopią odpady atomowe, przeplatają się z tymi, w których widać czułość i miłość do świata i do światła.

Książkę wydało Wydawnictwo Poznańskie, a przełożył Jacek Konieczny. Wyszła w 2020.

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *