Skip to content

„Państwo Gucwińscy” Marka Górlikowskiego, czyli ech, młodości ty moja…

Hanna Gucwińska:
„[…] jestem jednym z członków zoo, jak zwierzęta. Ogród zoologiczny nigdy nie był przeze mnie traktowany jako miejsce pracy.
A jako co?
Odpowiadają jednocześnie:
– Życie”. [s. 274]

Przez Gucwińskich straciłam dwa lata życia

Chciałam zostać oceanografem, ale rodzina zrobiła rejtana, pytając, czy przypadkiem nie wolałabym zostać zootechnikiem? Gucwińscy mogą, to ja nie mogę? Lepsza od nich jestem czy co?

No i poszłam, głupia pała, na zootechnikę, z której zwiałam w pierwszym semestrze. Żeby nie zwariować poszłam do pracy, nie dostałam się raz na polonistykę (thx, UJ, serio, thx) i za drugim razem mi się udało. Dwa lata miałam w plecy!

Ale warto było.

Młodsi mogą państwa Gucwińskich nie pamiętać

Odsyłam tychże młodszych po szczegóły do Wikipedii. Powiem tylko tyle, że Antoni Gucwiński był lata całe szefem ZOO we Wrocławiu, a Hanna, jego żona, była tam szefem działu hodowli.

Oboje byli gośćmi programu „Z kamerą wśród zwierząt”, który można było oglądać w TVP w czasach, kiedy innych programów nie było.

Uważałam, że Michał Sumiński, choć myśliwy, to jednak swój „Zwierzyniec” prowadził lepiej. Dlaczego? Nie pamiętam! To było dawno i pamiętam nie szczegóły, tylko swoje wrażenia. Sumiński był świetny, Gucwińscy byli w porządku.

Mogłam sobie za „Kamerą wśród zwierząt” nie przepadać jakoś specjalnie, ale jako że nie było specjalnego wyboru, to i tak oglądałam ten program z otwartą paszczą. Byli Gucwińscy ze mną przez co najmniej dwie dziesiątki lat.

A! Chyba wiem, czemu wolałam Sumińskiego!

Nie przepadam za ogrodami zoologicznymi. W każdym razie nie znosiłam ich takich, jakie były w czasach mojego dzieciństwa. Klatki, ludzie i zero godności.

Istota, która czuje, zamknięta dla mojej zabawy – samo to wydawało mi się dziwne. No ok, ktoś powie mi, że to było dla edukacji, ale serio?

Prawdopodobnie z tym kojarzyli mi się Gucwińscy – z zamknięciem, klatkami, dzieciakami śmiejącymi się z czerwonych zadów pawianów.

Podziwiałam jednak wtedy ich wiedzę

Dla mnie, dzieciaka, który czerpał informacje z nielicznych wtedy książek i niespecjalnie inspirujących lekcji biologii, Gucwińscy byli hohohoho, specjalistami od zwierząt, o których chciałam wiedzieć więcej.

Kiedy zniknęli z telewizji, wypadli i z przestrzeni mojej uwagi. Wrócili do niej dopiero, kiedy wybuchł skandal z niedźwiedziem Mago. Opisywać go nie będę, został opisany dokładnie i w prasie (sprawdzałam, można poczytać o co chodziło), i w książce, o której dziś Wam mówię. Można sprawdzić, co się zdarzyło i jak się skończyło.

Pamiętam jednak, że te dziesięc lat temu myślałam, że

szkoda, że Gucwińscy zostaną zapamiętani przez pryzmat tej afery

A później jeszcze zastanowiłam się, jak wyglądało życie we wrocławskim zoo? Nie ludzi, zwierząt? Nie będę przypisywać sobie głębszej refleksji.

Zwykłe życie?

„Goryle naśladują ludzi. Willy uczy się otwierać drzwi i przyprowadzać gości do pokoju, jeżeli się go nie boją.
„Nasi znajomi nie od razu orientowali się, że mają do czynienia z gorylami. Ich reakcje były bardzo różne: jedni witali się z Willym uściskiem dłoni, sądząc, że mają do czynienia z Murzynem, inni uciekali przerażeni – pisze Hanna Gucwińską w książce „Dziwne przyjaźnie”.
Próby wyprowadzenia Willy’ego i Poupee z mieszkania do klatki odbywają się już w pierwszym roku po przyjeździe do zoo, ale bez powodzenia.
Hanna w „Przekroju”: „Przestały jeść i bawić się, musieliśmy zrezygnować z tych pomieszczeń”.
Willy i Poupee żyją więc z innymi zwierzętami w pokoju Hanny i Antoniego trzy lata”. [s. 140]

Swoją drogą to zdanie: „Nasi znajomi nie od razu orientowali się, że mają do czynienia z gorylami” – jest nieco szokujące, prawda?

Książkę „Państwo Gucwińscy” zobaczyłam na wallu u znajomej,

co jest dowodem na przydatność serwisów społecznościowych

Kiedy ją dostałam, rzuciłam się na nią (na książkę, nie na znajomą) jak na najlepszy krem przeciwzmarszczkowy. Nic tak nie wygładza zmarszczek, jak powrót do czasów młodości. Nic!

Rzuciwszy się, przeczytałam ją w ciągu kilku godzin, zarywając noc, zupełnie jak nie ja, skowronek.

Marek Górlikowski napisał świetną książkę

Głęboko humanistyczną –  w tym znaczeniu, że autor podchodzi do bohaterów, u których gości i z którymi rozmawia, z empatią, która nie wpływa na jego obiektywizm.

Rozmawia z Gucwińskimi, cytuje ich wypowiedzi i wspopmnienia, ale dociera i do tych, których do grupy fanów dyrektorostwa nie da się zaliczyć. Opisuje dokładnie i rzeczowo sprawę Mago, nie wydając wyroków i nie oceniając, pozwalając czytelnikowi na wyrobienie sobie opinii.

„Państwo Gucwińscy” to nie jest książka „o aferze”, tylko o dwójce bardzo specyficznych ludzi.

To doskonale napisany portret osób, które są tak pochłonięte przez pracę i pasję, że na nic więcej niż zoo w ich życiu miejsca nie ma.

To obraz ludzi, którzy – tak myślę – zawsze wiedzieli lepiej. Kochali zwierzęta, nie ma co do tego wątpliwości, ale oni sami decydowali, czego zwierzę potrzebuje. Oni zaś potrzebowali zoo i jego mieszkańców. Poza tym miejscem nie wyobrażali sobie życia, co sami zresztą mówią.

A w książce Górlickiego towarzyszymy Gucwińskim przez kilkadziesiąt lat. Od młodości do emerytury. Widzimy, jak świat się zmienia, a oni – pozostają tacy sami. Nie „pozostają sobą”, tylko właśnie „tacy sami”.

Ale momencik, książka Górlikowskiego nie zaczyna się od zoo,

tylko od wizyty w domu emerytowanych już Gucwińskich, który to dom – jak wszystkie, w których mieszkali wspólnie – jest pełen zwierząt.

A później z autorem odbywamy podróż w czasie.

Poznajemy Hannę Jurczak i dowiadujemy się o jej predylekcji do mundurów, o jej układach z matką, o wojnie, tej II Światowej, i o studiach.

Dowiadujemy się mnóstwa rzeczy również o nim, o Antonim Gucwińskim, chłopaku, który chciał zostać szewcem, a został zootechnikiem.

Możemy zobaczyć zdjęcia obojga bohaterów z czasów dzieciństwa i młodości, z czasów, kiedy już pracowali w zoo we Wrocławiu, i z czasów późniejszych. To jakby dotykać historii osobistej, prawda?

W „Państwo Gucwińscy” nie mamy jednak do czynienia ze sterylną wersją biografii. To coś więcej, to prawdziwa i wciągająca opowieść o ludziach, którzy… których postawy i zachowania czasem irytują. Bardzo.

Gucwińscy – czyli zawsze liczba mnoga

„Państwo Gucwińscy” to nie tylko tytuł książki Górlikowskiego, to także niezaprzeczalny fakt: występowali zawsze razem. Zawsze we dwójkę.

„- Pan Antoni był szalenie serdeczny i chyba bardziej lubiany przez pracowników. Pani Hanna była inna, miała odmienny charakter. Niektórzy uważali, że jest ostra, bardzo zdecydowana. Potrafiła zmieniać kadrę, gdy ktoś nie był zdyscyplinowany”. [s. 273]

Antoni i Hanna zawsze bowiem byli razem. W telewizji i w życiu. Nawet na dywanik do zwierzchników szli razem, choć zapraszany był w takich sytuacjach jedynie Antoni, jako dyrektor wrocławskiego zoo. Antoni miał stanowisko, a Hanna miała władzę. Podobno ją lubiła i jej potrzebowała, ale tak mówi się przecież o każdej kobiecie, która „śmie się rządzić”, starając się ją tymi słowami zdyskredytować. Nie zwracam zatem na takie opinie uwagi.

Im bardziej zagłębiałam się w lekturę książki Górlikowskiego, tym częściej myślałam o zwierzętach

Wiecie… podejście do tego, czym są ogrody zoologiczne, zmieniało się z czasem, równolegle do tego, jak zmieniała się nasza wrażliwość, jak rosła nasza wiedza o zwierzętach i ich zachowaniach. Klatki i błoto zamieniły się (podobno się zamieniły, dalej nie mogę się wybrać do zoo, żeby to jakoś zweryfikować) w porządne wybiegi i programy ochrony zagrożonych gatunków.

A z książki Górlikowskiego wyziera obraz Gucwińskich, którzy patrzą na „ich ogród” ciągle tak samo, którzy unikają zmian, nie chcą ich, nie widzą potrzeby ich wdrażania. Bo… bo wiedzą lepiej.

Miłość do zwierząt i troska o nie ma różne oblicza

Jedno polują i twierdzą, że to z miłości do zwierząt, inni są weganami i mówią to samo. Jest całe spektrum zachowań, które oznaczone są tą samą naklejką: miłość do zwierząt.

Gucwińscy kochali zwierzęta w taki sposób, że nie tylko zarządzali ogrodem zoologicznym, ale i przygarniali porzucone zwierzęta, bezpańskie koty, sarenki, zajączki i tak dalej. Ich miłość nie ograniczała się jedynie do „ratowania” zwierząt, które – ich zdaniem – były niezadbane, ale i o wychowywanie w domu młodych, które niekoniecznie i nie zawsze były odrzucone przez matki.

Przygarniali te zwierzęta i otaczali się nimi, bo je kochali. Cóż, że na niewielkiej powierzchni ich domu mieszkało mnóstwo zwierząt. Nic, że były w niewielkich klatkach. Nic, że warunki były dalekie od naturalnych, a nawet dalekie od optymalnych w hodowli. Oni je kochali. Dbali o nie.

Tak naprawdę, to nie wiem, co powiedzieć. Zacytuję zatem:

„To było nasze niedbalstwo, bo w domu dyrekcji jest piękne mieszkanie, kryształowe wielkie drzwi, pałacowe wnętrza, a my co najwyżej spaliśmy tam czasem, jak się łóżko między klatkami zmieściło. Nigdy żeśmy się tam tak do końca nie przeprowadzili. Częściej żyliśmy w małym domku z Wystawy Ziem Odzyskanych, gdzie zresztą też były zwierzęta. Gości w domu dyrekcji się przyjmowało na dole w gabinecie, do góry rzadko zapraszaliśmy, bo zwierzęta szału dostawały. Kiedyś w willi ktoś zabłądził, poszedł nas szukać i drzwi mu otworzył goryl”. [s. 124]

i w innym miejscu:

„Poszedłem do nich na wizytę do domu dyrekcji przy Bramie Japońskiej. Bywałem tam może nie często, ale dość regularnie. Niestety liczba mieszkańców w tym budynku niepokojąco rosła. Państwo Gucwińscy sporo nowo narodzonych zwierząt brali na wychowanie do siebie. Czasami wzbudzało to uznanie (na przykład gdy szło o porzucone przez matki cenne okazy), czasami przynajmniej zdumienie. Był tam prawdziwy zwierzyniec z małpami, tygrysem, ptakami. Troszkę jak w bajce o doktorze Dolittle. Niemniej jednak robiło to różne wrażenie na odwiedzających”. [s.351]

Piękno i ślepota

Z książki Górlikowskiego wyłania się skomplikowany obraz osób autentycznie wierzących w to, że tak wygląda i tak powinna wyglądać troska o zwierzęta. Osób, które nie zmieniają się w czasie, a już na pewno – nie zmieniają swoich poglądów. Osób, które są szczere i zaangażowane, ale których działalność może powodować jeśli nie tragedie, to z całą pewnością dyskomfort istnień oddanych ich pieczy.

„Te zabawne sceny opowiadane przez Gucwińskich latami w wielu wywiadach mają też drugie dno – cierpienie zwierząt, które z mieszkania muszą trafić do klatki zoo.
Hanna:
– Początkowo w wychowaniu zwierząt robiliśmy mnóstwo błędów, bo nie wolno takiego lamparta psychicznie do siebie przywiązywać, on sobie potem nie może dać rady. Myśmy nieraz bardzo długo z racji sentymentu nie dawali jakiegoś zwierzęcia do zoo, było u nas i było”. [s. 103]

Obraz Gucwińskich jest fascynujący

Nakreślony subtelnie, łagodnie. Autor patrzy na swoich bohaterów nie jak na pierwszych polskich celebrytów, nie jak na postaci z telewizora, nie jak na autorytety. Opisuje ich jak ludzi, z całym dobrodziejstwem ludzkiego inwentarza: zaletami, wadami, idiosynkrazjami, ze wszystkim tym, co czyni z nas ludźmi.

Autor się nieco wycofuje, nie ocenia i nie piętnuje. Jednak nie ukrywa swoich opinii. W Prologu i w Zakończeniu w dyskretny sposób ujawnia swój stosunek do Gucwińskich i świata, który sobie stworzyli. A może źle to interpretuję? Przeczytajcie, wyróbcie sobie własne zdanie i podyskutujmy.

„Państwo Gucwińscy” Marka Górlikowskiego to po prostu bardzo dobra lektura, uświadamiająca nam, że nie ma postaci, które są tylko ok lub wyłącznie „nie ok”. Że każdy jest po trosze i taki, i taki.
Lektura, po którą warto sięgnąć.

PS. Ok, jest i o życiu prywatnym Gucwińskich. Napiszę zdanie, które będzie jak z portalu internetowego: Nie uwierzysz, ilu mężów miała Hanna Gucwińska! Kolegów z portali za ten żart przepraszam. Byłam, pracowałam, tytuły podobne tworzyłam. Przyznaję się 🙂

PPS: I koniecznie warto przeczytać o hrabinie Stadnickiej. Prawdziwej hrabinie.

 

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *