Skip to content

„Palmiry. Zabić wszystkich Polaków” Mariusza Nowika, czyli emocje na wierzchu

„Taka właśnie jest ta książka. Każdy jej bohater jest prawdziwy i każdy na nowo opowiada swoją historię – wzbogaconą o emocje i elementy reportażowe, połączoną narracyjnym oplotem z pozostałymi historiami i wątkami, wspólnie prowadzącymi ku finałowi tragedii, pokazującymi jej bezmiar, cierpienie ofiar i bezwzględność sprawców, ale i ścieżki wiodące nad doły śmierci. Zbrodniarze działają według precyzyjnie obmyślonego schematu, ich modus operandi opiera się na zbrodni pozbawionej kary, katowskiej odwadze i skrupulatności w doskonaleniu śmiercionośnego rzemiosła. Śmiało spoglądają w obiektywy aparatów fotograficznych, prowokują, nie odwracają wzroku, pogardliwie, bezczelnie – każdy ze skazańcem u boku, skurczonym. Upokorzonym, pozbawionym godności, wchodzącym w śmierć z zasłoniętą twarzą.
Ta zbrodnia, popełniona w tajemnicy, odzierająca ofiary z pamięci, zasługuje na taką opowieść”. [s. 9-10]

Książkę warto przeczytać, z wielu powodów

Mariusz Nowik, który przedstawiany jest jako „dziennikarz z zawodu, historyk z wykształcenia i zamiłowania” ma świetny warsztat: zarówno historyczny, jak i pisarski, to trzeba przyznać otwarcie.

Chociaż muszę powiedzieć, że czytając jego „Palmiry. Zabić wszystkich Polaków”, czułam się na początku bardzo nieswojo. Jestem przyzwyczajona – nie, skreślić to – lubię i potrzebuję tak zwanej „obiektywnej narracji historycznej”, emocje – które u Nowika są wszechobecne – na początku niezwykle mi przeszkadzały.

Przyznam się Wam – jestem z tego pokolenia, któremu w szkole, w telewizji, w popkulturze II Wojnę Światową wpychało się do gardła. Byliśmy, my Polacy, jedynie „niewinnymi ofiarami”, „bohaterskimi obrońcami”, „rzucanymi na rzeź” i tak dalej, i tak dalej. Wypracowałam sobie grubą skórę i odporność takie patriotyczno-historyczne chwyty ORAZ szukałam samodzielnie innych lektur, nie tylko tych, które mówią o tym, że wszyscy byliśmy jak te lilie polne, „cali w bieli”.

Nie, nie jestem „Polakożercą”, po prostu, będąc człowiekiem, nie wierzę, że istnieje nacja, która czyni tylko dobro. Dlatego właśnie narracja Nowika, która bezpośrednio budziła i miała budzić emocje – na początku wzbudziła mój opór. Ale póżniej poddałam się książce, ponieważ – cóż, fakty są takie, że Palmiry były straszliwą zbrodnią i nie maco szukać dziury w całym.

Palmiry

Przypomnę tylko, że w tej niewielkiej wiosce w Puszczy Kampinoskiej hitlerowcy rozstrzelali prawie 2200 Polaków i Żydów. Egzekucje miały miejsce między grudniem 1939 a lipcem 1941 roku. Groby zostały ukryte i gdyby nie miejscowa ludzkość – pewnie długo nikt by ich nie znalazł.

„Palmiry. Zabić wszystkich Polaków” Mariusza Nowika to nie jest zapis samej zbrodni

Nie ma wyłącznie opisów jadących do Puszczy kolumn samochodów z ludźmi, wąskich, leśnych dróżek, szelestu liści, i odgłosu salw – nie. Nowik daje nam więcej. Autor pokusił się o napisanie fabularyzowanej historii początków II WŚ widzianej z perspektywy kilku postaci.

Widzimy Pawiak oczyma torturowanych więźniarek i przetrzymywanych tam więźniów, widzimy wiejskiego chłopca, dla którego wojna jest końcem dzieciństwa, poznajemy leśników, dozorców, marszałka Rataja, pastora Burschego, elektryka pracującego przed wojną w budynku Sejmu, harcerki, gospodynie domowe. Właśnie losy tych ludzi, zawsze prawdziwe i znajdujące odzwierciedlenie w dokumentach – pokazują nam nieogarnialną grozę wojny.

Dzięki fabularyzowanej narracji poznajemy tych ludzi – kobiety i mężczyzn – zanim stali się ofiarami, zanim zostali zabici i pochowani w nieoznaczonych dołach w Kampinosie. Poznajemy ich jako ludzi, identyfikujemy się z nimi. Nie są dla nas tylko nazwiskami na liście, ale kimś, kto był podobny do nas. Uświadamiamy sobie, że to moglibyśmy być my.

Przyznam, że strony Nowika to bardzo odważna decyzja

Trudno jest znaleźć dobre proporcje między faktami a emocjami. Można przedobrzyć, a w książkach historycznych przesada może czytelnika zniechęcić.
Ale Nowik wychodzi z kłopotu na tarczy. Pokazuje pełnokrwistych ludzi z ich życiem i decyzjami, fabularyzuje dla nas zapisy historyczne, włada w głowy bohaterów myśli, które mogliby mieć, którzy rozmowy, które mogliby toczyć.
Wszystko po to, byśmy nie patrzyli obojętnie na listę nazwisk na końcu.

Każdy z tych ludzi był kimś. Każdy miał plany, marzenia, bliskich. Każdy się bał, chciał żyć. Jak sejmowy elektrotechnik Rychlik, który zapisywał i przechowywał nazwiska ofiar, pochowanych na skarpie wiślanej:

„Może gdyby wiedział, że to, co robi, będzie kosztować życie jego Rozalię, dałby sobie z tym spokój i zajął się tylko wymianą bezpieczników i podłączaniem instalacji, jak życzyli sobie tego jego nowi panowie. Gdyby wiedział, że tuż przed wybuchem powstania Niemcy wyłamią drzwi i wedrą się do jego mieszkania, że znajdą tam nie tylko dokumentację własnych zbrodni, ale też biało-czerwone sztandary i odbiornik radiowy, przez który potajemnie słuchał z żoną londyńskich rozgłośni. Gdyby tylko wiedział, co będą robić jego Rozalce, jak ją skatują, jak będą ją ciągnąć za włosy i rzucać o ścianę, jak będą bić pięściami do krwi, do nieprzytomności, może by odpuścił już na samym początku. Ale nie wiedział. Zanim pójdzie 1 sierpnia do powstania, pokaże jej ukryty w kotłowni bak z benzyną. […] Może gdyby wiedział, zabrałby ją ze sobą. Ale kto wie, czy przeżyłaby, on sam ledwo wywinie się śmierci, ranny w głowę, szyję i bok trafi do niemieckiej niewoli i na gestapo w alei Szucha […]. W maju 1945 roku Rosjanie otworzą bramę stalagu w Zeithain i uwolnią Rychlika, a on wróci do Warszawy i odnajdzie zwłoki swojej ukochanej Rozalki”. [s. 119 – 120]

Tak właśnie pisze Nowik, to miałam na myśli, mówiąc o emocjach w narracji.

A propos narracji

W zdaniach czuć indywidualność każdego z bohaterów, których losy Nowik opisuje. Inaczej myśli chłopak z Czarnkowa, inaczej duchowny ewangelicki, jeszcze inaczej harcerka czy pokazany w cytacie Rychlik. Język jest piękny, staranny, mocno zindywidualizowany – dlatego tę książkę czyta się tak dobrze.

Autor przytacza także protokoły przesłuchań, grypsy, które z Pawiaka – dzięki staraniom zatrudnionych tam Polaków – wynoszono na zewnątrz. Są zdjęcia, bo hitlerowcy lubili się na nich uwieczniać.
Jest także obfita bibliografia.

Ale wróćmy do bohaterów

Bo nie ma tu jednego bohatera. Kto jest bowiem ważniejszy? Najmłodszy więzień Pawiaka, 14-letni Tadek, czy marszałek Rataj? A może Janusz Kusociński, olimpijczyk? A może Helena Gadomska, jedna z więźniarek? Janina Gruszka, która pracowała na Pawiaku i wynosiła listy wywożonych? A może ci, których nazwisk nawet nie znamy?

No właśnie, NN czyli nomen nescio lub po polsku: nazwisko nieznane

Nie dość, że zabijani w Palmirach byli pozbawieni wyboru, torturowani i upadlani, to także odarto ich z tożsamości. Wiele ofiar nie zostało bowiem zidentyfikowanych, wiele jest na palmirskim cmentarzu bezimiennych krzyży i macew.
Końcowe fragmenty książki, pokazujące upór ekipy prowadzącej ekshumacje, ich pracę, warunki w których działali, a w zasadzie – działały – budzą więcej niż szacunek.
Tuż po wojnie, w 1 945 roku, brakowało wszystkiego, nawet ludzi do pracy. Technologia, nauka – teraz jesteśmy przyzwyczajeni do identyfikacji genetycznej, a wtedy? Resztki dokumentów, charakterystyczna podszewka, nazwa zakładu krawieckiego, może właśnie karteczka z nazwiskiem ukryta w płaszczu? To było wszystko, co pomagało identyfikować ofiary hitlerowców, pogrzebane na Palmirach.

Ale nie tylko tam

Nowik prowadzi nas i do zbiorowych mogił na Wawrze i w Aninie, do masowych egzekucji i ciał grzebanych na skarpie wiślanej, w centrum Warszawy. Palmiry są po prostu symbolem, w którym skupia się dramat tych dni.

„Mieszkańcy Wawra i Anina składali swoich bliskich do grobów wykopanych w miejscu egzekucji. Ciała owijali w koce, twarze zasłaniali im kapeluszami, czapkami, chustkami i szalikami, żeby tylko ziemi do oczu im się nie nasypało. Sto siedem mogił, na nich drewniane krzyże.
Odpowiedzialny za tę masakrę nie dożyje spokojnej starości, choć los da mu szansę wywinąć się sprawiedliwości. W połowie września, kiedy Warszawa będzie dopalać się w dogorywającym powstaniu, on wpadnie w ręce amerykańskich żołnierzy w Schevehutte”. [s. 114]

To fabularne podprowadzenie, pokazanie wojny jako systemowego niszczenia poczucia bezpieczeństwa i nadziei sprawia, że zbrodnia w Palmirach mocniej wbija się w głowę. Że małe gesty, o których czytamy – jak ukrywanie w ubraniu karteczek ze swoim imieniem i nazwiskiem, rozmowy o przyszłości, kąpiel w jeziorze – wszystko to nabiera głębszego znaczenia dla nas, czytających.

Autor „Palmiry. Zabić wszystkich Polaków” nie zostawia czytelnika tylko z obrazami grozy i zbrodni

Jakby chciał, żeby równowaga została przywrócona, pokazuje w migawkach powojenne losy hitlerowców. Wielu z nich odpowiedziało za swoje czyny przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Ale to nie hitlerowcy są ważni, choć Nowik pokazuje ich dość dokładnie, w ostrej narracyjnej kontrze do Polaków. Dla niego najważniejsze są ofiary pochowane w masowych grobach.

Nie ma we mnie za grosz bohaterstwa, nawet zwykle odwagi nie mam

Ale też nie mam złudzeń – nie dokonałabym tego, co ludzie, których opisuje Nowik. Nie miałabym tyle siły ducha i charakteru, by móc przetrwać to, przez co oni przeszli, w dodatku z prostym kręgosłupem, wierząc do końca w to, co dla nich ważne.

„Palmiry. Zabić wszystkich Polaków” Mariusza Nowika mi to uświadomiły po raz kolejny. Pokazały mi także inną rzecz – jak szczęście jest ulotne. Jak trzeba cieszyć się tym, co się ma, wtedy, kiedy się to ma. To chyba jest sztuka życia.

Sięgnijcie po „Palmiry. Zabić wszystkich Polaków” Mariusza Nowika, wydane przez Prószyński. S-ka. To nie tylko kawał dobrej, fabularyzowanej historii. To także książka, która uruchamia wiele procesów myślowych, a to chyba najważniejsze.

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *