Skip to content

„Our Crowd. The Great Jewish Families of New York” Stephena Birminghama – fascynujący kawał historii!

Pewnie już kiedyś to pisałam, ale przypomnę – mam kłopot z historią współczesną

Nie przepadam na okresem mniej więcej od Kongresu Wiedeńskiego do 1989. Zwykłam obwiniać o to „Czterech pancernych” i przesadną ideologizację wszystkiego, co jest stosunkowo nieoddalone w czasie.
To oczywiście raczej żart, fakt jednak faktem pozostaje, że ten

XIX wiek to moja pięta achillesowa

Traktuję go zatem okresowo jak wyzwanie intelektualne i sięgam po audiobooki, które mi go mają przybliżyć i moją niechęć do tego stulecia jakoś rozmasować. I wiecie co? Muszę powiedzieć, że w zasadzie wszystko, co do tej pory przesłuchałam, okazało się fascynującą podróż w historię! No, wyjątkiem są „Women of means”, o których pisałam nie tak dawno. Albo poprawia się mój stosunek do XIX stulecia, albo trafiam jedynie na bardzo dobre pozycje.

Nie wiem, ale nie przesadzałabym z tym moim szczęściem przy wyborze kolejnego tytułu do słuchania.

Ślepy traf

 

Na „Our Crowd” skusiłam się, bo mam go w abonamencie Audible, jako tak zwaną darmochę. Poprzednio wściekałam się i złościłam na książkę, której słuchałam, „bo była za darmo”, zatem do tej historii podeszłam z lekką obawą.

 

 

Niepotrzebnie. Książka jest genialna

Świetnie napisana, bardzo dobrze przeczytana. Błyskotliwa, udokumentowana. Mocno faktograficzna, z drugiej – dbająca o to, by słuchacz/czytelnik nie zagubił się w koligacjach i złożonościach operacji finansowych, o których – z konieczności – książka traktuje.

„Our Crowd. The Great Jewish Families of New York” Birminhama obejmuje całe XIX stulecie i zahacza o XX wiek

Przedstawia losy najbardziej prominentnych rodzin żydowskich Nowego Jorku. Loebów, Sachsów, Seligmanów, Lehmanów, Guggenheimów, Goldmanów.

Nie sądzę, żeby nazwiska te były dla kogokolwiek nieznane. Nawet jeśli nie kojarzymy ich z biznesem (jak Guggenheimów) czy z biznesową przejrzystością (jak instytucję braci Lehman), to jednak cieżko powiedzieć: „pierwsze słyszę”.

To książka ciekawa także z tego względu, że jest z jednej strony bardzo amerykańska – pokazująca drogę od biedaka do milionera, z drugiej – europejska, bo wszystkie te rodziny przecież wyemigrowały z naszego kontynentu właśnie, szukając lepszego życia za oceanem. Z trzeciej – to historia ludu, bez ojczyzny, ludu, którego bogaci już przedstawiciele długo woleli wynajmować mieszkania w Nowym Jorku, niż budować własne, bo obawiali się, że – jak właśnie w Europie – władza lada moment sięgnie po ich własność i im ją odbierze.

Pierwsze pokolenie żydowskich imigrantów budzi podziw

Niezależnie od tego, czy chodzi o braci Seligmanów, czy o rodzinę Guggenhaimów, czy o Loebów – wszyscy pochodzili z relatywnie ubogich lub po prostu bardzo biednych rodzin. Przyjeżdżając do Stanów często nie mieli nic prócz chęci pracy i głowy na karku.

Kiedy to pokolenie przyjeżdżało do USA pierwsza połowa XIX jeszcze się nie skończyła. Stany były wtedy, jak i pewnie są dzisiaj, Ziemią Obiecaną. Perspektywy dla żydowskich imigrantów były wtedy dobre. Po pierwsze – w Stanach nie obowiązywały prawa dyskryminujące Żydów. W Europie takie prawa były w większości państw. Po drugie – na Wschodnim Wybrzeżu ciągle jeszcze królowała surowa moralność protestancka, czerpiąca garściami z Biblii. Wydawać się to może dziwne, w końcu dziś w wielu zakątkach globu antysemityzm sięga podobno tego samego źródła. Jednak w pierwszej połowie XIX wieku dla protestantów na Wschodnim Wybrzeżu USA Żydzi byli narodem wybranym z Biblii, byli starszymi braćmi, którym należał się szacunek i ochrona.

Oczywiście sytuacja później zmieniła się diametralnie i Birmingham w swojej książce nie ukrywa i nie poleruje historii. Pokazuje antysemityzm wśród wyższych klas nowojorskiej socjety, wśród tzw „klas niższych” i antysemityzm w obrębie wspólnoty żydowskiej.

Jak się robiło biznesy?

Wbrew temu, co można słyszeć i dzisiaj – na miliony (w pierwszym pokoleniu) trzeba było ciężko zapracować. Większość bohaterów książki Birminghama zaczynała od bycia sprzedawcą. Najczęściej – drobnym, z tych, którzy chodzili od farmy do farmy i sprzedawali potrzebne towary. Umiejętności biznesowe, wytrwałość, oszczędność granicząca ze skąpstwem, dobre relacje z współbraćmi i sąsiadami pomagały biznesom się rozwijać i kwitnąć. Koleje, giełda, bankowość inwestycyjna były kolejnymi, naturalnymi polami aktywności biznesowej.

Słuchałam fragmentów książki o budowaniu tych ogromnych dziś instytucji finansowych, jak opowieści o podboju nowych krain. Z zapartym tchem. Ale dopiero kiedy autor przeszedł do skomplikowanego życia rodzinnego i społecznego…

książka stała się fascynująca

W „Our Crowd” Birmingham korzysta z wydanych i nigdy nie publikowanych biografii, autobiografii, z pamiętników, wspomnień i listów. Zagląda do pracy z okresu i to nie tylko na strony biznesowe.

„Our Crowd” opisuje niezwykłe środowisko. Bardzo bogate, ale – w pierwszym pokoleniu – zachowujące się, jakby nie miało pieniędzy. Widzimy skąpstwo, widzimy także chęć błyszczenia. Dwie przeciwstawne potrzeby, a których to raz jedna brała górę, to druga.

Mamy szansę zaglądać do salonów, w których kobiety z prominentnych rodzin żydowskich przyjmują swoje siostry, kuzynki, szwagierki i dyskutują z nimi o służbie, ślubach, kuchni – po niemiecku! Widzimy rodzące się zainteresowanie sztuką i nieudane próby wejścia do socjety Nowego Jorku.

Nowojorska śmietanka stworzyła bowiem listę 400, czyli zdefiniowała, kto jest swój, a kto nie jest. Oczywiście na liście 400 nie było żadnego Seligmana, Sachsa, Loeba czy Guggenhaima. W związku z tym żydowskie rodziny stworzyły właśnie tytułowy „our crown” czyli grupę osób, które zaliczano „do towarzystwa”, a którymi utrzymywało się stosunki, których się odwiedzało i z którymi żeniono własne dzieci. Widzimy zatem jak stopniowo oba światy: bogatych rodzin żydowskich i bogatych nowojorczyków nie będących Żydami, zaczynają żyć obok siebie, swoją kohabitację ograniczając do robienia biznesów.

Kwestia religii

Ciekawym jest, że rodzice większości osób wybierających się za ocean zawsze mocno nastawali, by ich dzieci na nowym kontynencie i w nowym życiu przestrzegali zwyczajów i religii przodków. Dzieci – i synowie, i córki – zwykle wszytsko obiecywali, ale życie te obietnice weryfikowało. W późniejszym okresie część z bohaterów książki Birminghama przestrzegała przepisów Prawa, część nich przyznawała, że ostatni raz byli w synagodze na własnym ślubie, a ich dzieci nie miały nawet Bar Micwy. Wielu z nich poślubiło chrześcijanki, wielu zmieniło wyznanie.
Nic nie było proste, a każdy dokonany wybór miał swoje konsekwencje.

Kwestia niemiecka

Wszystkie rodziny – prócz Guggenhaimów – pochodziły z Niemiec. Ci ostatni byli Szwajcarami. W czasie Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej społeczność niemieckich Żydów w USA była poddawana nieustannej presji.

Po pierwsze – ich pieniądze były potrzebne, by Alianci mogli wygrać wojnę, a nie wszyscy chcieli pożyczać Aliantom, wśród których była carska Rosja, wsławiona pogromami Żydów na jej terytorium. Wiele rodzin szło na kompromis: ich firmy pożyczek nei udzielały, ale oni – jako prywatni obywatele – wpłacali tysiące dolarów na specjalnie fundusze.Opinia publiczn jednak nie była zadowoloana i było to powodem, dla którego prasa często uważała bogatych nowojorskich Żydów za „agentów Kaisera”.

Po drugie – część prasy uznawała ich za obcych, bo ciągle jeszce porozumiewali się między sobą po niemiecku. To właśnie w czasie I WŚ większość przedstawicieli żydowskiej śmietanki biznesowo-towarzyskeij przestała używać tego języka.

Po trzecie wreszcie położenie tych rodzin było o tyle trudne, że większość z nich miała krewnych i biznesy w Europie, w Niemczech. Często wojna, I Wojna Światowa, dzieliła ich rodziny nieodwołalnie. Pewnych ran nie da się zaleczyć i pewnych decyzji – odwołać.

Druga z wojen światowych była jeszce większą traumą. Trochę dlatego, że pierwsze pokolenie żydowskich emigrantów: twarde, inteligentne, pracowite i konsekwentne odeszło. Kolejne pokolenia nie były ani tak błyskotliwe, ani tak przewidujące, nie wierzyły także, że coś złego może się stać ich pobratymcom, mieszkającym na Starym Kontynencie. Historia pokazuje, jak bardzo się mylili.

Pracowite mrówki i hulacy

„Our Crowd” pokazuje, jak kolejne pokolenia potrafiły rozpraszać majątek gromadzony przez ojców-założycieli żydowskich fortun w Nowym Jorku. I jest to część równie fascynująca jak ta, pokazująca jak majątki powstawały.

Ogólnie rzecz ujmując – niesamowicie ciekawa książka, której słuchałam z zapartym tchem.

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *