Skip to content

„Ostatnie lata polskiego Wilna”, czyli ot, taka sobie przyjemna pogadanka historyczna

Last updated on 2 maja 2020

W Małopolsce ciągle jeszcze można usłyszeć/przeczytać określenie „austriackie gadanie”

Oznacza to paplaninę bez większego sensu, uprawianą głównie po to, żeby mówić. Nie ukrywam, że przyszło mi to sformułowanie do głowy, kiedy czytałam „Ostatnie lata polskiego Wilna” Kopera i Stańczyka.

To nie jest jednak taka zła książka

Uznaję ją po prostu za niezwykle irytującą i rozczarowującą pozycję, za taką, która dobrze się zapowiadała, ale obietnic nie dowiozła.

„Ostatnie lata polskiego Wilna” zasadzie zawierają wszystko, co powinna mieć dobra książka popularnonaukowa. Historia Wiln

a w XX-leciu to przecież materiał, który mógłby przełożyć się na ciekawą i wciągającą treść, gdyby tylko był przestawieniu tematów jakiś klucz i porządek!

Dodatkowo mają „Ostatnie lata polskiego Wilna” i porządną bibliografię, i indeks, i ilustracje, na których czytelnicy mogą zobaczyć zarówno miasto w latach międzywojennych jak i głównych bohaterów opowieści Kopera i Stańczyka.

Całość jest jednak jak opowieść nieznośnego wujaszka, który używa określeń typu: „odwiedzenie cmentarza na Rossie jest obowiązkiem każdego przybywającego do Wilna Polaka” [s. 64] i który opowiada historię bez ładu i składu, jak mu się podoba i jak mu się przypomni.

Chyba z tym mam największy kłopot, z tym bałaganem

W „Ostatnich lata polskiego Wilna” Kopera i Stańczyka miesza się wszystko ze wszystkim, takie na przykład drobiazgi o kawiarniach znalazły się między rozdziałem poświęconym „Słowu” i jego legendarnemu naczelnemu i między części opisującej odnalezienie grobów królewskich. Tu wielka historia, tu stosunki polsko-litewskie, a tu jakieś trivia i pierdolinki. Miałam wrażenie, że jestem w szafie nastolatka, gdzie wszystko miesza się ze wszystkim.

No dobrze, ale od początku

Jak wskazuje tytuł, nie jest to przekrojowa historia Wilna, tylko pozycja poświęcona schyłkowi polskiej obecności w mieście nad Wilią. Jak piszą autorzy w słowie wstępnym:

„[…] przedstawimy różne aspekty dziejów miasta, opisując zarówno wydarzenia polityczne, jak i losy znaczących mieszkańców Wilna, a także zjawiska charakterystyczne dla tego grodu. Obok tematów lekkich poruszymy zagadnienia znacznie poważniejsze i nie będziemy unikać spraw trudnych. Dlatego w tej książce znajdą Czytelnicy zarówno humorystyczny opis elitarnego domu publicznego w Wilnie (salonik cioci Rózi) jak i relację o pierwszej na świecie strzelanie szkolnej, która zwieńczyła egzaminy maturalne w jednym z wileńskich gimnazjów. […] Rozdziały o burzliwych wydarzeniach politycznych będą sąsiadowały z opowieścią o wileńskich poetach z grupy „Żagary” i opisem dwuletniego pobytu na Wilią Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego”. [s.13 i 14]

„Ostatnie lata polskiego Wilna” Kopera i Stańczyka to książka, która obiecuje zatem dużo, i prawdę mówiąc – sporo też dowozi.

Nieźle napisane są rozdziały poświęcone II Wojnie Światowej, okupacji sowieckiej, niemieckiej, początkom ruchu oporu czy Holocaustowi. Skóra mi cierpła, kiedy czytałam o dokonaniach gen. Stefana Dęba-Biernackiego i jego oficerów katujących dziennikarzy i kobiety, i broniących w ten sposób „honoru Marszałka”. Nie poprawiło mi się, kiedy autorzy przenieśli się do Warszawy na proces rzeczonych dziennikarzy. II RP była paskudnym miejscem i żadna ilość pudru, i filmów z Eugeniuszem Bodo tego nie zmieni.

Opowieść o domu publicznym, którą to autorzy zachęcają do sięgnięcia po ich książkę, też jest niczego sobie, ale powiedzmy sobie jasno – to samograj, prawda? Szczególnie iż rzeczony przybytek miał ten sam adres, co redakcja mocno katolickiego „Dziennika Wileńskiego”. Takie sąsiedztwo musiało być źródłem nieskończonej ilości pomyłek i anegdot. W „Ostatnich latach polskiego Wilna” przytoczono wspomnienia Pawła Jasienicy o tej nietypowej kohabitacji:

„Zdarzało się […] że klienci cioci Rózi przez pomyłkę pukali do drzwi redakcji. ‚Niech będzie pochwalony… Czy to dom publiczny?’ ‚Na wieki wieków… Nie, naprzeciwko’. ‚Zostańcie z Bogiem’. ‚Idźcie z Bogiem’ ” [s. 250]

Powiem tak: nawet jeśli to nie jest prawda, to anegdota jest pyszna. Zastanawiam się oczywiście, czy Jasienica był świadkiem tego dialogu, ale tego tematu nie drążę. Wolałabym, żeby mi się historyk kojarzył z Polską Piastów niż pannami pracującymi u cioci Rózi.

Największym rozczarowaniem są dwa rozdziały

ten o wileńskiej mafii, Brudenferajn i ten o „Słowie” i Mackiewiczu. Pierwszy zapowiadał się nieźle, a okazał się zwyczajnie nudny, drugi zaś był zbyt krótki i pozostawił mi jedynie ogromny niedosyt.

Żeby jednak nie było, że nic mi się nie podobało, to przyznam się, że z uwagą przeczytałam dwa rozdziały. Pierwszy, „Wileńskie pomniki: od ‚Wieszatiela’ do wieszcza”, poświęcony był nieudanym próbom uczczenia Adama Mickiewicza pomnikiem. Tytuł drugiego, „Burzliwe losy Uniwersytetu Stefana Batorego”, mówi wszystko, nic dodawać nie trzeba. W obu widać – jak pod mikroskopem – zalety i wady zarówno samego Wilna i jego mieszkańców, jak i całej II RP.

Ogólnie: książkę przeczytałam, skutecznie zwalczając irytację.

Po raz kolejny w przypadku tych autorów – szczególnie Sławomira Kopera – nie dałam się porwać sposobowi opowiadania i przedstawiania historii jaką preferują . Żałuję, bo temat jest wdzięczny.

Czy warto sięgnąć po „Ostatnie lata polskiego Wilna” Sławomira Kopera i Tomasza Stańczyka? Tak, jeśli się lubi taki typ popularyzatorstwa.

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *