Skip to content

„Ostatnia 'więźniarka’ Auschwitz” Niny Majewskiej-Brown, czyli jak wygląda mój powrót do literatury obozowej

Last updated on 31 stycznia 2021

„Jestem podekscytowana. Jest początek sierpnia 1939 roku i wreszcie będę mogła pojechać do miasta, o którym tyle słyszałam, miasta, za którym rodzice tak tęsknią. Na własne oczy zobaczę Zamek Królewski, Syrenkę, Łazienki, może uda na się nawet wyprawić do Wilanowa. W przede wszystkim w końcu poznam rodzinę”. [s. 17-18]

Muszę przyznać, że z obawą wróciłam do tzw „literatury obozowej”

Był taki moment, kiedy czytałam wszystko z tego gatunku, wszystko, co tylko wpadło mi w ręce, nie tylko pozycje znajdujące się na liście lektur. Nie powiem, że chciałam zrozumieć, bo nawet wtedy wiedziałam, że tego nie potrafię, ale chciałam wiedzieć. Wiedzieć, jak to było, co się działo, jak opisują to ludzie, którzy przeżyli. Tak, przyznaję było w tym trochę (sporo) nastoletniego lubowania się w tragediach i cierpieniu, ale chyba nie tylko o to chodziło. Ogrom tragedii był niezrozumiały, to raz, dwa – dziadkowie zawsze milkli, kiedy puszczano w telewizji filmy wojenne. Czasem nawet wychodzili, nie chcąc ich oglądać. Podkreślę tylko, że więcej było wtedy książkowych relacji świadków niż beletrystyki, której od ubiegłego roku zrobiło się sporo.

Dlatego, kiedy portal nakanapie.pl pokazał „Ostatnią 'więźniarkę’ Auschwitz”, trochę się zastanawiałam, nim zdecydowałam się na lekturę tej książki. Jestem starsza, więcej widziałam i czytałam, więcej wiem. Moja odpornośc na tragedię zrobiła się mniejsza. Czy naprawdę chcę? Nie byłam pewna,

Ale opis był tak ciekawy, że powiedziałam tej książce „tak”.

Wydawca, Bellona, tak zapowiada pozycję następująco:

„Ponad 75 lat po wyzwoleniu obozu w Auschwitz okazuje się, że za jego drutami, w jednym z esesmańskich bloków, mieszka kobieta, która do dziś jest „więźniarką” tego miejsca i jego historii.
To niezwykła opowieść o rodzinnych dramatach i przewrotności losu, który połączył miłością więźniarkę obozów na Majdanku, w Ravensbrück i Buchenwaldzie z więźniem Auschwitz, zsyłając ich po wojnie do Birkenau.
Tych dwoje naznaczonych śmiercią ludzi współtworzyło Muzeum Auschwitz-Birkenau, tu urodziły się ich dzieci, tutaj przemieszkali i przepracowali całe życie i tu do dziś mieszka ich córka. Anna stała się ostatnią „więźniarką” Auschwitz. W wieku czterech lat, towarzysząc mamie, oprowadzała pierwszych zwiedzających. Zaraz po szkole podjęła pracę w muzealnym archiwum i pracuje w nim do dziś. Zna historię Auschwitz, wie o nim niemal wszystko, uwięziona w szponach historii obozu”. [opis z czwartej strony okładki]

Podkreślę – jakby nie wybrzmiało – to historia oparta na faktach.

Bez prokrastynacji – jak mi się czytało?

Czytało się… szybko! Nawet powiedziałabym – doskonale. Książka ma 413 stron, ale druk nie jest maleńki, więc tylko pozornie jest to „gruba książka”. Dodatkowo Autorka dołączyła do tekstu zdjęcia z archiwum rodzinnego bohaterki, są także dokumenty z epoki: reprodukcje ulotek i gazet, w samym tekście jest sporo dosłownych cytatów z ówczesnych mediów (gazety). Wszystko z przypisami – co bardzo mi się podoba. Przypisy pomagają także wejść w realia przedwojennej Warszawy i uświadomić sobie, że mówmy o zupełnie, ale to zupełnie innym mieście, niż to, które widzimy dziś

Narracja – co muszę przyznać – jest płynna i sprawna.

Opowieść sama w sobie także wciąga

Kłopot z tym, że wbrew temu, co Autorka i Wydawnictwo zapowiadają na okładce, bohaterką książki nie jest Anna, „więźniarka tego miejsca i jego historii”, której perspektywa otwiera i zamyka zasadniczą opowieść, ale jej matka, Mimi Guzik.

Poznajemy Mimi, kiedy ma 19 lat i ma wyjechać do Warszawy na wakacje. Jest Polką wychowaną we Francji, w jednym z tych małych, górniczych miasteczek, w których pracowało w latach 20 i 30 tylu Polaków, i których wywodził się także Edward Gierek (można sprawdzić w necie, kto zacz). Mimi ma kochającą się i zżytą rodzinę i bardzo cieszy się, że wyjedzie do Warszawy i zobaczy miasto, do którego tak tęsknią jej mama i tata.

Przyjeżdża w sierpniu 1939 roku i nikomu nie muszę mówić, co dzieje się nie tak długo po tym, jak dziewczyna pojawia się u wujostwa.

Wojna. Konspiracja. Aresztowanie. Al. Szucha, Pawiak, Majdanek, Ravensbruck, Buchenwald, ucieczka z „marszu śmierci”, wolność, Bytom. Normalne życie.

Tak można opisać akcję w kilku słowach

Piszę o niej tak w skrócie nie z braku szacunku, tylko po to, żeby pokazać ogrom tragedii, jaka spadła na tę radosną dziewiętnastolatkę. Opisując, nie zdradzam także akcji. W powieściach tego typu przecież nie chodzi o to, by opowiedzieć, co się stało – to historia mówi o faktach – raczej o to, by pokazać historię z punktu widzenia jednostki, by poznać punkt widzenia konkretnego człowieka, by patrzeć, jak bohater się zmienia. Lub nie.

Mimi poznajemy, kiedy ma lat 19 i zachowuje się dokładnie jak klasyczna dziewiętnastolatka!

Kto przeżył ten wiek – wie jak, kto jeszcze nie ma tylu lat – przekona się niebawem. Kiedy przychodzi 1 września… kończy się cały świat dziewczyny. Rodzice są daleko, jej rodzina jest daleko! Wojna, bombardowania, łapanki, tortury są dla niej czymś, czego nie może pojąć, co zwaliło się na nią zupełnie nieoczekiwanie. Nie jest na to przygotowana.
Kto byłby? Z całą pewnością – nie ja!

„Robi mi się gorąco, bo już zaczynam się domyślać, że dziewczyny będą oczekiwały czegoś, co wymaga odwagi, a ja nie jestem pewna, jak duże jej pokłady posiadam i na co jestem gotowa. Czy w ogóle jestem gotowa na cokolwiek. Ostatnie godziny wegetowałam, karmiąc się strachem, niezdolna do żadnych konstruktywnych myśli ani tym bardziej czynów”. [s. 127]

Później Mimi się zmienia, ale niestety nie wiem jak!

Mam za mało faktów.

Właściwie autorka nie pokazuje nam wiele z tego, co dzieje się w jej psychice po ucieczce z Buchenwaldu, a raczej z marszu ewakuacyjnego z tego obozu. Może to celowy zabieg literacki? Może pewne rzeczy są nie do niewypowiedzenia, nie do opisania? Może sama Mimi wolała o tym nie mówić nazbyt dużo, a Autorka z szacunku do bohaterki nie konfabulowała?

Nie wiem. Zgaduję.

A tak chciałabym wiedzieć, co kryło się za jej decyzją zostania w Oświęcimiu, mieszkania w budynku przy bramie obozu, wychowania tam dzieci. Chciałabym to zrozumieć! Mam tyle pytań, na które nie dostałam odpowiedzi…

Ale tak, książkę czytało mi się dobrze

Jednak szybko pojawił się niedosyt. Połowa książki poświęcona jest czasom przedwojennym i wczesnemu etapowi wojny.

Druga część zamyka w sobie przeżycia obozowe Mimi (trzy różne obozy!), marsz śmierci z Buchenwaldu, losy Józefa, i całe czasy powojenne! Jest w tym… czuję brak równowagi. Jakby książka miała źle ustawiony środek ciężkości i bardzo mnie to uwierało. Miałam niepoparte faktami wrażenie, że Autorka popatrzyła na rękopis i pomyślała, że materiału jest tak dużo, że trzeba go ciąć! Tylko czemu czasy obozowe? Czemu lata powojenne? Dlaczego jest tak mało o tym, jak żyło się dwójce byłych więźniów obozów koncentracyjnych na terenie obozu w Auschwitz!
Dlaczego o Annie, od której się książka zaczyna i którą się kończy, jest tak mało?

Niewiele także miejsca poświęcone jest temu, że Mimi po mamie jest Żydówka. Owszem, narratorka napomyka o pochodzeniu mamy, sama myśli o swoim dziedzictwie w tym kontekście raz. Wiemy, że jej przyjaciółka z Pawiaka zostaje zabita od razu po przybyciu do obozu, i że Mimi jest w szoku, kiedy się dowiaduje, że ta piękna lekarka, jej anioł – jest Żydówką. Jest także mowa o getcie, a raczej jego budowie, ale to wszystko.
Duża część tego, kim Mimi jest – gdzieś zaginęła i to bez słowa wyjaśnienia. Jak to się stało? Jak postrzegała się jej rodzina? Kim byli? To przecież takie ciekawe! Polska nigdy nie była tak monokulturowym krajem, jak dziś się nam wmawia. Kwestie „bycia na styku” i to, co się z nimi wiąże, były codziennością! Tematyka wielokulturowości w rodzinie jest – z punktu widzenia świadectw historycznych i wpływu na osobnicze decyzje – niezwykle interesująca. Tutaj została przemilczana. Tak właśnie to odbieram – jako przemilczenie.

Zamykałam książkę na pewno z uczuciem, że wszystkiego w niej jest za mało, za mało. Poczucie niedokończenia i niewykorzystania materiału – to mi zostało.

Na zdjęciu – list autorki, Niny Majewskiej-Brown, do Czytelniczek i Czytelników.

Co mi się podobało?

  • Warstwa faktograficzna. Jestem freakiem i lubię przypisy, świadectwa materialne, zdjęcia i reprodukcje. Lubię, kiedy historia w książkach historycznych trzyma się kupy.
  • Język. Owszem, nadmierne uwspółcześnienie mnie irytowało, ale zdaję sobie sprawę, że polszczyzna, jakiej używało się w latach 30 i krótko po wojnie, nie jest już w powszechnym użyciu i mogłaby stworzyć niepotrzebną barierę między narratorem a czytelnikiem. Ale język jest ciekawy, smaczny. Prosty, ale powiedzmy sobie uczciwie – Mimi nie jest osobą wyrafinowaną czy specjalnie wykształcona i język narracji to odbija.
    Warto jednak zwrócić uwagę na jeden zabieg Autorki. W pewnym momencie, kiedy opisywane jest życie obozowe „ja”, którym posługuje się Mimi, zmienia się w zbiorowe „my”. Narratorka opisuje, jak stopniowo traci wszystko, jak zabierane jest jej nawet owłosienie. Język narracji odbija to zatracenie osobowości i niknięcie w tłumie.
  • Szczerość narracji. Mimi – jak już powiedziałam – nie udaje. Widzimy, jak karci się za to, że papla, jak boi się, jak nie jest przygotowana na to, co się z nią dzieje. Jak szarpią nią wyrzuty sumienia (dlaczego? Ot, choćby dla odpowiedzi na to pytanie warto przeczytać „Ostatnią więźniarkę Auschwitz”!). Nie wstydzi się fizjologii i mówienia o rzeczach intymnych.

„Jako kobiety pożegnałyśmy się nie tylko z włosami, z eleganckimi strojami, wytwornością i delikatnością. Straciłyśmy też miesiączkę. I chyba całe szczęście, bo nie wyobrażam sobie w obozie zabezpieczać się przed krwawieniem, brudzeniem odzieży, o zachowywaniu higieny nie wspominając. W takich warunkach natura okazuje się mądrzejsza od nas i pozbawia nas sedna bycia kobietą. Mam tylko nadzieję, że to tymczasowe, że gdy wrócę do domu i nabiorę sił, miesiączka znowu się pojawi. Że kiedyś, gdzieś tam, z kimś będę miała dziecko, może nawet kilkoro”. [s.255]

  • Perspektywa. Mimo iż historia opisana jest w czasie teraźniejszym, będąc jakby kroniką wypadków tworzoną „na żywo”, to często pojawiają się słowa i zwroty ujawniające, że narratorka opowiada to, co się wydarzyło, z dużej perspektywy, po kilkudziesięciu latach. Muszę przyznać, że były takie momenty, w których miałam gęsią skórkę.

„Jest potwornie gorąco, duszno, zupełnie jakbyśmy przyjechały na południe Europy, a nie do Polski, gdzie, jak mnie przestrzegano, deszcz goni ulewę, a upalne dni nie zdarzają się tak często jak w Montceau-les-Mines. Nie mam pojęcia, że to rekordowo gorący sierpień i kolejny tak ciepły zdarzy się dopiero za pięćdziesiąt trzy lata”. [s. 52]

Warto było? Warto.

Owszem, z perspektywy widzę, ile można by było zrobić, ale cóż: przeczytałam książkę Niny Majewskiej-Brown, nie straciłam czasu i lektury nie żałuję.

Może dlatego, że była to książka, która przypomniała mi, że wszystko jest ulotne, dobre rzeczy się kończą, a na złe nigdy nie jesteśmy przygotowani? Może.

„Zauważam, że po przejściu przez obóz doceniam drobiazgi. Że błogosławię małe rzeczy, ciesząc się z tego, co przed wojną było niezauważalną codziennością. Wodę w kranie, wygodne łóżko, ciepło, tak pewnie będzie z trawą, której ani źdźbła nie sposób było uświadczyć w lagrze. Doceniam spokój i ciszę. To, że mogłam spokojnie spać. Że nikt na mnie nie krzyczy, nie ma zamiaru mnie bić i wreszcie, że ktoś pyta, na co mam ochotę. To najbardziej przywraca mnie do życia. Za to jestem najbardziej wdzięczna”. [s. 336]

Dziękuję nakanapie.pl za możliwość przeczytania tej książki!

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!Fascynacje historyczne

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *