Skip to content

„Omaha 06:29” Mariusza Roqforta, czyli „a dobrze ci tak! Weź i wypij, co nawarzyłeś!”

Chciałabym doprecyzować, że tytuł niniejszego wpisu opisuje moje odczucia wobec głównego bohatera przeczytanej dopiero co książki. Wobec bohatera, co podkreślam raz jeszcze.

No, a teraz do rzeczy!

Mam za sobą kolejną lekturę z serii „książka na upały”.

Moja definicja tego typu literatury jest następująca: to każda lektura, która nie podnosi mi zbytnio ciśnienia, nie wymaga za wiele od mojego przegrzanego „procesora” i która jest rozrywką. Szanuję takie książki i lubię je. Owszem, chwalenie się wszędzie lekturami „poważnymi”, cenionymi, dobrze ocenianymi, wartościowymi i ogólnie ważkimi z punktu widzenia samorozwoju pewnie lepiej „budowałoby wizerunek”, ale co mam robić, kiedy lubię lekkie rzeczy? I to bardzo?

Emocje były!

„Omaha 06:29” Mariusza Roqforta w tym jednym nie spełnia mojej definicji książki na upał – wkurzył mnie jej bohater.

Na szczęście wieczorem w dniu, kiedy „Omaha” czytałam, temperatura trochę spadła i włączyłam myślenie. Dotarło do mnie, że prawdopodobnie właśnie o to autorowi chodziło: żeby zirytować. Tak to jest z ironią: albo ją rozumiesz, albo zostajesz jej ofiarą. To jest właśnie interpretacja, którą świadomie wybieram.

Moją walkę z ironią opiszę poniżej.

A teraz zacznę od początku

O czym to jest, ta cała „Omaha 06:29”?

O znudzonym, rozwydrzonym i bogatym facecie, Jayu Harderze, wchodzącym w kryzys wieku średniego, który wykorzystuje informację od swojego kumpla o kinie oferującym niezwykłe doznania. I jak się okazuje, nie są to doznania natury pornograficznej, a to właśnie bohater początkowo podejrzewał.

Obaj panowie decydują się pójść i wspólnie obejrzeć film, który okazuje się być wyjątkowo naturalistyczną (jeśli chodzi o doznania fizyczne odczuwane przez widzów) relacją z lądowania aliantów w Normandii.

Widz czuje na twarzy odrzucany wystrzałami piasek, kule fruwają dookoła, raniąc nawet innych oglądających.

Nasz, tfu!, jaki nasz? – bohater Roqforta postanawia sprawdzić, skąd te kule się biorą i przełazi… na drugą stronę rzeczywistości.

Wraca i zaczyna kombinować: a może by tak…

No i zaczyna się to „a może by tak”, czyli klasyczna wyprawa spragnionego przygód i dysponującego kasą chłopca. Klasyczna dla podróży w czasie, bo mamy tu większość dekoracji, jakie występują w tego typu książkach: bohater z przyszłości przybywa w przeszłość, dysponuje inną technologią, coś tam robi i to jego działanie powoduje subtelne/mniej subtelne zmiany historii. No i najlepsze ze wszystkiego – czasem występuje „zła korporacja”. Tu występuje. Ale za mało jej i nie wybrzmiała, jak powinna była IMHO.

Nie będę ujawniać więcej szczegółów, choć trudno pisać o tej książce i nie zdradzić, o co chodzi. A to cytat, który ją podsumowuje:

„[…] instynkt samozachowawczy i logika poległy w starciu z ekscytacją i ciekawością”. [s.95]

Nie mogłabym tego ująć lepiej!

Plusy książki

  1. Szybka akcja. Nie ma tu popitalania, przeszukiwania głębi duszy i rozważania subtelności psychologii. Nie ten typ książki. Tu jest wybuch za wybuchem, flaki są wszędzie, podobnie jak kurz, dym no i zapach paskudnego, wojskowego żarcia. I do przodu, do przodu, bo wojna nie czeka i sama się nie wygra!
  2. Prawda historyczna – oczywiście do pewnego momentu. Roqfort wie, o czym pisze. Lądowanie w Normandii ma historycznie „rozklepane”. Lubię takich autorów, którzy historii nie traktują jak markietanki i nie poczynają sobie z nią brutalnie. Szacunek, panie Mariuszu. Jestem wielbicielką detali, a te są oddane w „Omaha 06:29” z miłością – tak bym nawet powiedziałabym. Szczegóły uzbrojenia, jego działania, układ terenu – wszystko to – smakowite ponad miarę.
  3. Język. Jestem – niestety – zwolennikiem naturalizmu językowego. Sama lubię mocny język i doceniam jego odpowiednie użycie w literaturze. Nic mnie bardziej nie irytuje, niż bohaterowie mówiący „poza charakterem”, jak na przykład żołnierz – taki zwykły trep, nie oficer – mówiący prawie heksametrem daktylicznym. Każda profesja, każdy stan, każdy człowiek mówi w bardzo specyficzny sposób. Używamy innych metafor, robimy inne błędy językowe, poruszamy się dość sprawnie w pełnym spektrum pomiędzy granicami wyznaczającymi język „bardzo wulgarny”/”niezwykle kulturalny”. Tak robimy. Podobnie powinni mówić bohaterowie książek. Powinni mieć swój własny język. U Roqforta mają! Wkurza mnie ideologicznie język bohatera (moich irytacjach napiszę poniżej), ale i Jay (czyli właśnie główna postać „Omaha 06:29”) i jego przyjaciel Bill są językowo rozpoznawalni.
  4. Pomysł. No może nie nowy, ale w miarę fajnie rozegrany. Ingerencja człowieka w kluczowe punkty historii… kto z nas się nie zastanawiał, co byłoby gdyby…? Kto nie wyobrażał sobie, że zmienia bieg historii? Ot – wpada, podkłada nogę Napoleonowi i już, dzieje Europy toczą się inaczej, „lepiej”? No, OK, przyznaję – to moje marzenie, nie znoszę kurdupla i tyle. Nigdy nie kibicowałam Cesarzowi Francuzów. Ale tak serio – nie chcieliście mieć możliwości cofnięcia się w czasie, do bardzo konkretnego momentu, i zadziałania? Ja – wiele razy! To takie „dzieciakowate” marzenie, takie fajne. W „Omaha 06:29” Mariusz Roqfort je realizuje.
  5. Bohaterowie, szczególnie główny. Tak! Mimo mojej charakterystyki na początku wpisu! Są tak napisani, że nie da się ich przytulić do piersi i polubić. Nie da się być po ich stronie! I uważam – contra spem spero – że to celowy zabieg autora, bardzo zresztą ciekawy. Można ich wziąć, „jak są napisani” i uznać, że to przepraszam za wyrażenie: buc i jego nieogarnięty kolega, ale czuję w tej kreacji ironię, i to jest fajne. Tacy mieli być, mieli mieścić się w tradycji wszystkich Johnów Rambo i Johnow McClane’ów popkultury.Abstrahując od ironii, której istnienie założyłam a priori, to jasno trzeba powiedzieć, że Jay Harder został napisany jako wielce wkurzający mizogin, wywodzący się z tradycji z lekka i powierzchownie jedynie wykształconych rednecków i innych strażników Teksasu. To jeden z tych kolesi, co to wszystko wiedzą, nikogo nie lubią, nawet siebie, a wszyscy odmienni od niego są dla nich dewiantami. Przeszkadzają mu kobiety w ogóle, szczególnie te o figurze innej niż modelki, zwłaszcza gdy noszą legginsy. Rap i raperzy są fuj (prócz Eminema, bo jest biały), o gejach to nawet nie będę mówić.Niektóre metafory w ksiażce są naprawdę paskudne. To mówię serio. Paskudne i bolesne.Na początku książki narrator przedstawia bohatera i podkreśla fakt, że mimo posiadania kasy i wykształcenia Jay nie wyjechał z Cleveland. Też mi bohaterstwo! Myślę, że po prostu jego horyzonty są w sam raz dla tego miasta. Otóż gdzie indziej Jay – z tą jego mizoginią, rasizmem i homofobią – czułby się jak po prostu źle. Koniec, kropka
  6. Odniesienia do popkultury. Roqfort rozsiał po narracji różne perełeczki. Znajdziecie na przykład szeregowca Ryana. To pokazuje, że autor umie się bawić i w zabawę wciąga czytelników.
  7. Zakończenie. Fajne! Suspensowe! Ale – choroba jasna – pokazuje, jaki potencjał tkwi w książce i jak bardzo nie został zrealizowany!

No a minusy?

No nie wiem czy to minusy, czy moje irytacje, ale się nimi podzielę.

  • Zakończenie pokazuje, że książka mogłaby być o wiele bardziej pokręcona i ciekawsza – ale pisać o tym nie będę. Chcecie? Przeczytajcie „Omaha” i podyskutujemy.

Idę dalej 🙂

  • Psychologia i motywacje bohaterów. Wszystkich

Taki Jay Harder to po prostu cud natury. Koleś mógłby wygrać w pojedynkę II Wojnę Światową! W dodatku wszyscy na froncie go lubią i przyjmują z otwartymi ramionami! Serio!

Wyobraźcie sobie – środku alianckiego desantu, w środku krwawej jatki pojawia się ktoś, kto wie za dużo, ma za mocną broń i… to jest dla Was ok.

Nie, no żołnierze dziwią się trochę, trochę nie dowierzają, ale nie na tyle, żeby patrzeć darowanemu koniowi w zęby. Co to, to nie! „Chodź, Jay, uratuj nam naszą kolektywną, aliancką dupę! W końcu im mniej żołnierzy stracimy teraz, tym lepiej, nie? Mięso armatnie zawsze się przydaje”.

Serio – niewiele tam widać zastanawiania się, skąd się koleś wziął i jakie ma zamiary. Z przyszłości jesteś? Super! Jedziemy na Szkopa!

Oczywiście, że przerysowuję. Ktoś tam ma olej w głowie i zadaje pytania, ale efekt jest, jakby ich nie zadawał. A Jay idzie i zabija. Nawet raz czy dwa ma wyrzuty sumienia, bo to – wiecie – pierwsze trupy na koncie, ale jest tak szczęśliwy, że jest w środku zawieruchy i ma wpływ na historię, że szybko mu ta cała psychologia przechodzi.

Innymi słowy – o ile materialna strona konfliktu zbrojnego jest dobrze napisana i udokumentowana, to psychologia i motywy działania postaci – leżą i kwiczą.

  • Minus kolejny – redakcja tekstu.

No, niestety było kilka błędów, które mi w zębach zagrzytały.

Redakcja nie poprawiła na przykład kalki z angielskiego „wziął łyk kawy” [s.11] i nie przełożyła tego na polski.

Jest sporo błędów interpunkcyjnych, także tych bardzo irytujących.

W scenie w sklepie z bronią Jay dwa razy dostaje blister baterii do noktowizora itp, itd.

Szkoda, serio – szkoda, bo to jest jak piasek w kostiumie kąpielowym, niby nic, a przeszkadza w cieszeniu się okolicznościami przyrody.

Podsumowanie 🙂

„Cokolwiek by się nie działo z Jayem i jego pozbawionym kręgosłupa przyjacielem Billym – dobrze im tak”. Tak sobie pomyślałam, zamykając książkę.

„Omaha 06:29” Mariusza Roqforta czyta się bardzo szybko. Sprawnie napisana książka z potencjałem i wk…cym głównym bohaterem.

Książkę dostałam z Klubu Recenzenta portalu nakanapie.pl

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *