Skip to content

„Ocalić przyszłość” Ireneusza Osłowskiego, czyli o tym, jak się nieco zirytowałam

Last updated on 16 września 2020

„Przez nanowęglany jednej ze ścian widoczny był częściowo pierścień asteroidów i ogromna zamarznięta planeta, wokół której stacja orbitowała. Naszła go refleksja, że powinien już przyzwyczaić się do takich widoków, lecz ciągle urzekało go piękno wszechświata. Natura z jej potęgą i stworzone przez myślące istoty obiekty współgrające z nią”. [s. 11]

Nim przyznam się, co mnie tak w… yyyy… rozbiło

opowiem o samej książce.

„Ocalić przyszłość” Ireneusza Osłowskiego to hard SF, poruszająca znane i chyba lubiane przez czytelników tematy: powstanie cywilizacji ziemskiej, wpływ jaki mieli na nią wywrzeć przybysze z przestrzeni kosmicznej, walka o wpływy, cywilizująca siła rozwiniętych kultur itp itd.

Oto, co pisze wydawca, Wydawnictwo NowaeRes:

Czy nasza przeszłość może być dla kogoś innego przyszłością?
Ekspedycja kosmiczna Geminidów dociera na kraniec galaktyki, gdzie zostaje zaatakowana przez złowrogą rasę Anunnakich. Zmuszona do lądowania na nieznanej planecie, dąży do naprawy statku. Potrzebuje do tego superciężkiego pierwiastka. Szybko wprowadza też swoją rewolucję naukową, technologiczną i społeczną wśród zamieszkujących ją plemion. Bunt wśród Anunnakich, pragnących utrzymać niewolnictwo i rządy na planecie, z dnia na dzień przybiera na sile. Tymczasem Kuk, młody dowódca zespołu III, wraz ze swoimi przyjaciółmi szuka sposobu, by nauczyć miejscowych wszystkiego, co wie jego rasa, oraz udowodnić im, że technologia może dać im szansę na lepsze życie. Wkrótce okaże się, że ta wyprawa kosmiczna to tak naprawdę walka o przyszłość – własną i miejscowych Ziemian…
Przygody Kuka mogą rzucić trochę światła na powstanie piramid, Baalbek, rysunków na płaskowyżu Nazca, a także na to,co spotkało Sodomę, Gomorę, MohendżoDaro i Dwarkę”.

No więc widzicie. Cywilizująca siła pojawić się musi wszędzie i wszystko da się nią tłumaczyć.

Czy „Ocalić przyszłość” Ireneusza Osłowskiego to dobra książka?

Nie jest to książka zła.

Język autora jest sprawny, obrazowanie przyzwoite. Osłowski jest lepszy w partiach opisowych niż w dialogach, które są drewniane i nieco koturnowe. Ale czytałoby mi się tę książkę bez bólu, gdyby nie kilka rzeczy, do których wrócę, bo

najpierw kilka słów o plusach.

Osłowski dość sprytnie, choć naiwnie, łączy wszystko ze wszystkim. Zagadki, jakie stoją przed archeologami i paleoantropologami, tłumaczy w dobrze znanym i lubianym daenikenowskim stylu: przyszło z kosmosu. Przybysze nas nauczyli. Kosmici zbudowali.

Nie moja bajka, ja wiedzę w naukę i nie sądzę, żebyśmy w kosmosie musieli szukać rozwiązania zagadek, których jeszcze nie umiemy wyjaśnić za pomocą nauki. Ale ludzie lubią różne rzeczy i różne rodzaje wyjaśnień.

Te u Osłowskiego nie są ani mniej ani bardziej logiczne od tych, które można znaleźć w innych, podobnych, pozycjach. Nie jest źle.

Bohaterowie są. Nazwisk nie mają, tylko imiona, które zresztą doskonale znamy z mitologii (uwaga: liczba mnoga), a jeśli konkretnego imienia nie znamy, to odpalimy Wikipedię i sobie znajdziemy. Od razu będziemy wiedzieć, kto jest mocny i w czym. Wiadomo, że szefem jest Zeus, komunikacją zajmuje się Hermes, Demeter płodami rolnymi i tak dalej.

Fajna zabawa, znajdować imię kolejnego bóstwa i sprawdzać, czy Autor „obsadzi go zgodnie z charakterem postaci”. Zawsze obsadza.

Język – jak już pisałam – jest miejscami niedojrzały literacko i naiwny, ale poprawny, co – uwierzcie mi – nie jest tak powszechne, jak powinno być. Co prawda wszyscy mówią tak samo, w takim samym stylu, i przybysze z gwiazd, i prymitywni i uciśnieni tubylcy z Ziemi, ale cóż.

Widać u autora autentyczną troskę o środowisko naturalne, o zasoby

Widać, że martwi go to, co dzieje się z Ziemią. Za to ma ode mnie Ireneusz Osłowski duży plus, bo pokazuje rasę, która jest potomkami istot nie potrafiących dbać o swoją planetę, a efekty zaniedbań były takie, że nikt już nie mieszka na planetach, tylko na stacjach orbitalnych.

„Większość ras dotkniętych jest tą samą ułomnością. Zaczynają od niszczenia własnej planety poprzez rozbudowę infrastruktury niezbędnej dla rosnącej populacji. Wydzierają naturze nieodnawialne surowce, wycinają lasy dla pozyskania materiału budowlanego, powiększania terenów uprawnych i tak dalej”. [s. 12]

Takich perełek jest więcej i za nie dziękuję Autorowi., bo to piękne.

To czemu się czepiam? Bo książka ma sporo wad.

  • Jedną z nich jest naiwność,

o której pisałam już w kontekście przybyszów z przestrzeni, którzy dali nam piramidy i resztę.

Kolejną jest napuszenie głównych bohaterów, a szczególnie Kuka, który jest jak ci Brytyjczycy z Kompanii Wschodnioindyjskiej, którzy z zapałem nieśli „brzemię białego człowieka”. Wszystkowiedzący, płaski, lubiący przemawiać do swoich i do Ziemian.

Bohaterowie Osłowskiego przypominają mi dzielnych kosmonautów z radzieckich produkcyjniaków SF lub z wczesnego „Star Treka” i „Kosmos 1999”. Ci bohaterowie, zdrowi i dorodni, zawsze nieśli wolność (lub socjalizm) i równość cywilizacjom, które niszczył wyzysk (i/lub kapitalizm). Wszyscy przy tym kłapali paszczami jak pierwsi sekretarze na zjazdach partii (w obecnych warunkach – jak posłowie w wywiadzie telewizyjnym).

Zawsze byli krystalicznie uczciwi, męscy, zawsze towarzyszyły im piękne, wierne, skromne kosmonautki, które nie dość, że szanowały przewodnią rolę partii, to jeszcze umiały uszanować męskie przywództwo.
W „Ocalić przyszłość” Ireneusza Osłowskiego jest tak właśnie jak w tych filmach. Obejrzyjcie je. Zobaczycie, jak daleko zaszliśmy, nim zaczęliśmy się cofać w rozwoju cywilizacyjnym.

  • Drugą jest łopatologia stosowana

Wszystko, ale to wszystko!, musi być wyjaśnione metodą „jak sołtys krowie na miedzy”. Jak działają pajączki górnicze dowiadujemy się kilka razy, za każdym razem autor musi nam powtórzyć, ile ich bierze Kuk i gdzie je sobie przypina. Co gorsza, najpierw tenże Kuk wpada na pomysł, do czego przydadzą mu się pajączki i czytelnik jest tego objawienia świadkiem. Później Kuk tłumaczy to samo kolegom, a potem kolejny raz kapitanowi. No ja przepraszam!

O, albo to: jesteśmy jeszcze w bazie Geminidów, na wykładzie dla rocznika, który lada moment ma wyfrunąć z gniazda. I co? I wykładowca tłumaczy, że ich rasa ma średnio 3,5 m wzrostu i przeciętny osobnik waży 200 kg (s.12). Po co o tym mówić na wykładzie, skoro wszyscy to wiedzą, bo wszyscy są przedstawicielami tej sporej rasy? No?
Jak działa sztuczna inteligencja, GOSIA, słyszymy taże kilka razy, oczywiście w formie wykładu.

I tak jest non stop! Inteligencja czytelnika ulega atrofii! Nie martw się, wszystko ci wyjaśnię – zdaje się mówić autor – Kilka razy.

Czułam się tak, jak ci biedni Ziemianie, którym Kuk tłumaczył zawiłości podróży międzygwiezdnych. Nie, inaczej. Oni nic nie rozumieli, ja chciałam, żeby autor mi zaufał, żeby do niego dotarło, że rozumiem, potrafię zapamiętać raz podaną informację!

  • Wada trzecia: przemowy!

Chaosie! Słuchać, jak przybysz z kosmosu tłumaczy Ziemianom prawa grawitacji i tunele czasoprzestrzenne było prawie żenujące.

„Moja rasa wyewoluowała na planecie trochę mniejszej niż wasza i dlatego jesteśmy wyżsi. U nas przyciąganie planety było sporo niższe i dlatego wszystko jest u nas większe. Nasze zwierzęta są większe niż wasze i to całe wyjaśnienie naszego wzrostu”. [s.160]

„Niech to będzie droga mleczna. Tak nazwiemy naszą i waszą galaktykę. My ich nie nazywamy, bo znamy ich tak wiele, że nazw by zabrakło, a nie mogą się powtarzać. Dla was przyjmijmy, że to Droga Mleczna. Jest ogromna i nie starczyłoby naszego życia, aby dolecieć tu. Dlatego przylecieliśmy do was przez tunel czasoprzestrzenny”.

Tak, to przemowa Kuka do Ziemian, którzy byli w początkach budowania cywilizacji. Prawda, że zrozumiałe? I jakie… pełne empatii dla słuchaczy, zero wyższości, akceptacja niewiedzy, jaka troska w doborze słów! Z całą pewnością w języku ludu zamieszkującego okolice płaskowyżu zwanego dziś Nazca były słowa: galaktyka, tunel czasoprzestrzenny, planeta, ewolucja. Sure, czemu nie?

Zapisałam sobie w uwagach, że ich tam, w tej geminiańskiej akademii floty, nie uczą w ogóle niczego takiego, jak wrażliwość czy inteligencja kulturowa. Nie, skąd, ich motto to: „Pójdź, dziecię, ja cię uczyć każę”.

  • I czwarta, czyli oburzenie feministyczne

Wiecie, Kuk i jego dzielna gromadka na skutek awarii ląduje na Ziemi, zostają zaatakowani przez innych kosmitów, którzy uciskają Ziemian. Ci inni, źli Obcy, nie chcą, by ktoś pasł się na ich pastwisku.

Szanuję to.

Nieważne.

Otóż Kuk i jego drużyna wydają rozkazy (od razu!!) zniesienia niewolnictwa i pełnej równości praw Ziemian i reszty, tych z kosmosu. Później Geminianie ruszają szukać ratunku dla swojego statku, ale oczywiście jako intergalaktyczni altruiści muszą nieść kaganek oświaty.

W ramach tego zadania zakładają szkoły, gdzie się tylko da. Kuk, dobre panisko, każe wybrać najzdolniejszych chłopców, którzy mają stać się zaczynem, na którym wyrośnie „prawidziwa cywilizacja”. Stoi to jak wół na stronie 175.

Moment… – myślę sobie – coś się kosmicie pokoziołkowało. Skoro jest taki społecznie do przodu, że likwiduje niewolnictwo, to czemu dziewczynek nie chce uczyć? Hmm? No ja się pytam?

Czytam dalej, z tym w…wem rosnącym i wreszcie dostaję wyjaśnienie. Otóż, wystawcie sobie: edukacja dziewcząt byłaby zbyt dużym naruszeniem status quo. Wszystko bowiem można, ale powoli.

„Sam wybrałby też dziewczyny, ale konsultacja z Plesią odwiodła go od tego. Była to kultura patriarchalna, w której kobiety miały niższą pozycję, a nie mieli czasu na zmianę mentalności całego narodu”. [s. 224]

Nie, no dajcie spokój!

Latają, strzelają do siebie, niwelują góry, odwracają bieg rzek, uwalniają niewolników, zmieniają formę rządów, budują od podstaw miasto, ALE EDUKACJA DZIEWCZYNEK BYŁABY PRZESADĄ, KÓREJ TUBYLCY BY NIE ZNIEŚLI. No jak pragnę zakwitnąć.

Bądź tu człowieku zdrowy.

Nie wiem, co mam powiedzieć. Serio. W tym właśnie momencie, na stronie 224 straciłam jakąkolwiek ochotę do czytania. Reszta lektury była obowiązkiem, z którego chciałam się jak najszybciej wywiązać, niczym więcej. Mówię to z przykrością, bo inaczej nie skreśliłabym tej książki. Ot fajna, przygodowa pozycja, do poczytania, taka nie zostawiająca ran w duszy rozrywka. Ale niestety 🙁

Tak w ogóle kobiety u Osłowskiego…

Dobra, rzucę cytatem:

„No tak, to dobry pomysł i jak zawsze masz rację” [s. 195]

Tak do Kuka mówi jego ukochana Cal. Tak, kosmici kosmitami, rasa może być niebywale zaawansowana technologicznie, ale i tak wiadomo, kto w domu „nosi spodnie”, nie?

No.

Podsumowując: jeśli „równościowe gadki” są nie dla Was, jeśli chcecie zabawy w stylu kosmicznych przodowników pracy – to „Ocalić przyszłość” Ireneusza Osłowskiego jest książką do dopisania na Waszą listę lektur.

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

2 komentarze

  1. Ireneusz Osłowski Ireneusz Osłowski

    W większości się zgadzam, ale bez przesady. To moja pierwsza książka i dopiero się uczę. Zawsze wydawało mi się, że ludzie mnie nie rozumieją i może stąd przesadnie wszystko wyjaśniam. Proszę o wybaczenie Panią i wszystkich, którzy poczuli się urażeni tym, jak potraktowałem kobiety. Nie było to zamierzone. Nie powinno jednak przekreślić książki.

    • Monika Lech Monika Lech

      Absolutnie nie przekreśla to książki jako takiej, a recenzja jest odbiciem osobistych odczuć i przemyśleń autorki recenzji. To moja, prywatna ocena, z której się nie wycofuję.

      Podziwiam to, co Pan robi i co Pan pisze, i nie czuję, jakoby musiał Pan prosić kogokolwiek o wybaczenie. Ile ludzi, tyle opinii.Czytając nie bawiłam się źle i widzę w Pana książce sporo plusów.

      Mam nadzieję, że pisze Pan kolejną część i że to, co napisałam przynajmniej trochę się Panu przyda.
      nie ukrywam, że kolejny tom przeczytałabym z ciekawością, jak Pan poprowadzi dalej losy bohaterów.

      Życzę powodzenia i trzymam kciuki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *