O wątpliwych pożytkach ze śledzenia forów internetowych. Czyli: selfpublisher? A fuj!

Dla leniwych: post jest o tym, że jako selfpublisher mam przerośnięte ego i niedostatek talentu

Zrobiłam to! Zrobiłam to, głupia, głupia, głupia! Czytałam internety!

Sprawdzałam w sieci kilka wydawnictw, którym jakiś czas temu podesłałam swoje maszynopisy. Chciałam wiedzieć, co o nich sądzą inni piszący, jakie są opinie, kiedy odpowiadają, komu i co dalej.

Jako człowiek, który większość swojego zawodowego życia spędził „budując internetową przyszłość naszego kraju” powinnam była wiedzieć, jak takie fora wyglądają. Powinnam pamietać, co się zwykle dzieje na forach. Ale nieeeee. Ja musiałam wejść i sprawdzić sama. Musiałam czytać ze zrozumieniem.

Zamiast dać sobie spokój, to czytałam

Pływałam sobie od jednego wątku, do innego, od jednego site do innego, sprawdziłam interesujące mnie wydawnictwa i byłam niewiele mądrzejsza, niż wtedy, kiedy zaczynałam lekturę. W zasadzie moja wiedza o procesie wydawniczym czy decyzyjnym w wydawnictwach się ani nie pogłębiała, ani nie poszerzała, zyskiwałam za to wgląd w takie głębie dusz ludzkich, do jakich nigdy nie chciałabym zaglądać.

Co czytanie mówi o mnie?

Przyszła chwila, kiedy zdryfowałam w miejsce, w którym forumowicze zajmowali się wydawnictwem, z którym nie planowałam współpracy, i którego zasady działania znałam, na tyle, na ile było mi potrzebne. Zaczęłam jednak czytać, bo w wątku było dużo o selfpublisherach.
Kiedy pływamy tak w sumie bez celu w internecie, każdy z nas zwraca uwagę na coś innego, prawda? Już samo to, na co patrzymy i co nas boli, dużo mówi o nas samych. Wyszło mi, że jestem zaślepiona jesli chodzi o moją „tak zwaną twórczość”, jestem przewrażliwona i mam ego jak polityk, zatem zrobię wszystko, żeby moje mądrości rozsiewać po świecie, nawet sama się wydam! (nie za mąż, a ten post jest dowodem własnie na moje ego :D).

Wyznanie selfpublishera:

Mazywam się Monika Lech i jestem selfpublisherem.

Nikt nie chce wydać tego, co piszę, więc wydaję sobie sama i w sumie to tylko dla siebie samej, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że w oczach wielu takie działanie całkowicie mnie przekreśla jako autora.

Nic to – jak mawiał Wołodyjowski do jego Baśki – nic to. Żeby nie było niedomówień, zdaję sobie sprawę z niedoskonałości tego, co piszę i konieczności rozwoju własnego warsztatu. Piszę to tutaj, żeby potem ktoś, kto ten post przeczyta, nie mówił, że marudzę i miauczę, bo mam nierealistyczne podejście do tego, co sama tworzę oraz, że mam złudzenia co do własnej wielkości. Bullshit. Znam swoje ograniczenia, manieryzmy i wiem nawet, gdzie robię błędy interpunkcyjne. Pewnie większość z tych, którzy piszą i sami się wydają, potrafi także w miarę obiektywnie ocenić siebie jako twórcę.

Co zauważyłam na forum?

Po pierwsze, powtarzane w kilku miejscach stwierdzenie, że selfpublisherzy wydają swoje książki, bo jest to kwestia ich ego i próżności.
Nie spieram się z tym, tak właśnie jest.
A reszta pisarzy i piszących, to co? Wydaje swoje książki, bo siła wyższa im nakazuje i nie mają innego wyjścia? Nie, piszą, bo mają taką potrzebę, a siła wyższa dała im talent, cierpliwość, siłę przebicia i inne cechy niezbędne, żeby przeżyć na rynku wydawniczym. Każdy autor pisze i chce się wydać z powodu ego i ambicji, może nawet pychy. Jeśli ktoś tych cech nie ma, pisze do szuflady.
Ja bym zatem tak kamieniem egotyzmu i potrzeby zaistnienia nie ciskała w innych.
Ale nie, nie zabolało mnie to specjalnie. Prawda ponoć nie boli.

Nie zabolało mnie także to, że wydający w sposób klasyczny uważają, że książki selfpublisherów, czy to wydane w papierze, czy tylko online, jak moje, są źle zredagowane i źle przygotowane do oddania ich czytelnikom. Prawdopodobnie maja rację i większość książek wydanych włsnym sumptem taka właśnie jest.

Absulutnie zgadzam się ze stwierdzeniem, że współpraca z dobrym redaktorem jest nieoceniona i potrafi zdziałać cuda, poprawiając zarówno książkę, jak i warsztat autora. No, tak właśnie jest i pozostaje mi tylko żałować, że nie dane mi było się o tym przekonać. Chciałabym kiedyś móc popracować z redaktorem, któremu się chce i któremu zależy. Dlatego właśnie piszę i piszę, żeby kiedyś móc oddać coś, co będzie (zdaniem jakiegoś wydawnictwa) warte poświęcenia takiej uwagi.

Nie przejęłam się także wątkami pobocznymi, dywagacjami, załatwianiem osobistych interesów, sporami i przepychankami oraz zwykłym lizusostwem. To norma, nic czym mogłabym się bulwersować.

Wiecie, co mnie zabolało?

Użarł mnie do żywego przebijający się w dyskusji o selfpublisherach ton pogardy, nawet specjalnie nieukrywanej. Ci, którzy zostali „autorami pełną gębą” i pracują z wydawnictwami na klasycznych zasadach, czują taką niebywała wyższość wobec piszącej reszty świata!

Trochę tę wyższość rozumiem, to oczywiste.
Bo pomyślcie tylko: wydać książkę! Napisać coś tak dobrego, że obcy człowiek zauważy tekst i pomyśli „dam temu szansę!” To musi być uskrzydlające uczucie.

Czy jest to jednak powód do pogardy i protekcyjnego tonu wobec „reszty świata”? Do ubolewania, że każdy pisze, że grafomaństwo zalewa świat i psuje rynek, bo czytelnik nie wie, która książka jest „wydana naprawdę”, a która tylko po to, by połechtać ego autora?
Serio, szacowni moi?

Nie pamiętacie, jak się odbijaliście od jednego wydawcy do drugiego, wysyłając rękopisy, szukając znajomych w branży, starając się zainteresować swoją twórczością ludzi, którzy już wszystko widzieli i wszystko czytali? Nie pamiętacie, jak się czuliście? A może należycie do szlachetnej rasy geniuszy, którzy napisali książkę, wysłali i przyjęło ją pierwsze wydawnictwo? Jeśli tak, to chapeau bas, szacun, jak mówią młodsi niż ja.
Jeśli jednak przeszliście przez wszystkie górki i dolinki, przez wszystkie stadia nadziei, buntu i zniechęcenia, to dajcie spokój… dajcie innym spokój i po prostu piszcie i wydajcie. Im więcej dobrych książek, tym świat jest lepszy lub łatwiej się go znosi.
Weźcie tylko pod uwagę, że to, co robicie innym na takich forach nie jest ładne.

Tak, zabolało mnie to na poziomie osobistym

A na jakim miałoby niby zaboleć? Tak, poczułam się dotknięta, bo „uderz w stół” i tak dalej. Oczywiście, że tak.
Wiem, że nie powinnam pozwolić, żeby słowa ludzi, których nie znam tak mnie dotykały. Wiem, że taki jest internet w ogóle. Czy wiedza chroni przez emocjami, jakie czuję? Na dłuższą metę, tak.
Jednak w momencie, w którym przedzierałam się przez to forum (to właśnie), myślałam sobie: ludzie, co wam daje ta głoszona wszem i wobec wyższość?

Wrodzona złośliwość, która we mnie siedzi, podsunęła mi taką myśl: niektórzy z własną pychą i ego radzą sobie, wydając własne książki na własny koszt (powtórzenie jest zamierzonym środkiem stylistycznym), a inni radzą sobie, natrząsając się z tych pierwszych, pławiąc się w poczuciu własnej wyższości i większej wartości artystycznej.

No, moja psychoterapia zadziałała, czuję się lepiej, mogę iść i pisać kolejnego gniota, z którego będę dumna i którego wydam sama. 

Czego i Wam życzę.

 

(zdjęcie: Ulrike Mai from Pixabay)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *