Skip to content

„O operze i o prawie” Ewy Łętowskiej i Krzysztofa Pawłowskiego, czyli o łączeniu przyjemnego i bardzo frustrującego

Last updated on 20 czerwca 2020

W Polsce – mimo lockdownów, wirusów i niedofinansowań – łatwiej jest być miłośnikiem opery niż prawa

Coś mi nie brzmi ten nagłówek. Moment, poprawię go. O, tak będzie chyba zręczniej: w Polsce łatwiej być miłośnikiem opery niż zwolennikiem demokratycznego państwa prawa.

Wchodzić w szczegóły nie będę, bo koń jaki jest, każdy widzi, że zacytuję nieocenionego Benedykta Chmielowskiego.

Książkę autorskiego duetu: Łętowska i Pawłowski miałam na półce od dobrych paru lat. Nie przeczytałam jej jednym tchem, ale też nie jest to książka napisana tak, by ją pochłaniać, a by ją smakować, myśleć nad nią, zastanawiać się i wkurzać. 

Wkurzać na siebie – za zbyt małą wiedzę o prawie, a raczej tak zwaną kulturę prawną. Na państwo – za ciągłe łamanie, naginanie i obrzydzanie obywatelowi demokratycznego systemu prawnego. Na media, których kiedyś byłam częścią – za odpuszczenie nawet śladów misji w tym zakresie. Na polityków, bo wolą mieć poddanych niż obywateli. Na prof. Łętowską i Krzysztofa Pawłowskiego – za to, że napisali książkę, która jest niezwykle cenna i ważna, ale mało przystępna i pewnie przeczyta ją zbyt mało osób. Sama podchodziłam do niej kilka razy…😌 i czytałam, bo wiedziałam, że powinnam.

Wróciłam do „O operze i o prawie” po kilku latach od pierwszego czytania

Wróciłam do tej niełatwej pozycji, bo potrzebowałam eleganckiego i racjonalnego wykładu teorii prawa, jego praktyki, a nie hektycznych filipik i histerycznych jeremiad, które spadają na mnie, ile razy zaglądam do mediów.

„O operze i o prawie”, czyli co?

W książce Ewy Łętowskiej (prawniczki) i Krzysztofa Pawłowskiego (filozofa) opera stanowi pretekst do rozmowy o zagadnieniach prawnych, a te z kolei – ułatwiają dywagacje o operze. Oba tematy przenikają się, przeplatają, wzmacniają wzajemnie. Łętowska i Pawłowski sięgają czasem po skojarzenia nieoczywiste i zawsze wiele wymagają od czytelnika, zarówno jeśli chodzi o jego orientację w kwestiach prawnych, jak i w muzycznych.

Przy tej okazji dziękuję Chaosowi i Entropii za serwisy streamingowe…

Ile nieznanych mi oper wysłuchałam w czasie czytania? Ilu nieznanych mi wcześniej kompozytorów poznałam? Hoho i więcej! 

Choćby takiego Aulisa Sallinena. Sorry melomani, ale nie znałam go wcześniej, a warto było posłuchać. Podobnie jak warto było wrócić dobrze znanych mi oper, w nowych/starych/innych niż normalnie słuchane wykonaniach. 

Nawet jeśli nie lubicie opery, to będę Was zachęcać do tego, by sięgnąć po tę niełatwą w odbiorze książkę. Żeby Was do niej przekonać opowiem o dwu zagadnieniach, jakie omawiają Łętowska i Pawłowski.

Jeden z tematów jest ewidentny na „teraz”: wybory i demokracja

Co prawda temat wyborów trochę przypomina marny serial, taki w który scenarzysta wkłada (nie powiem skąd wyjęte) na siłę wymyślone zwroty akcji, a robi to po to, by podtrzymać słabnącą oglądalność. Albo  – jeszcze lepiej – operę mydlaną (to skojarzenie jest autorów książki, nie moje, ale używam na prawach cytatu).

Jednak wolne wybory to jeden z fundamentów demokracji, nie jest to zatem tematyka błaha, ani dająca się zbyć wzruszeniem ramion. Mówi to człowiek, który niedawno zarzekał się, że po raz pierwszy od 1989 roku nie weźmie udziału w wyborach. 

Rozważania na temat znaczenia „podstawowego aktu demokratycznego” Łętowska i Pawłowski zaczynają od przywołania wspomnianego wcześniej kompozytora, Sallinena, i jego opery „Czerwona linia”, której libretto osnute jest wokół wyborów, mających miejsce w Finlandii w 1907. Jak w każdej dobrej operze i w tej dochodzi do tragedii. Synopsis pod linkiem. 

„[…] wybory to wprawdzie fundament demokracji, ale głos jednego obywatela/obywatelki sam w sobie niewiele znaczy. Czy głosowanie ma więc sens? Czy jednostka (poza wodzami, przywódcami, wybrańcami historii, partii i narodów oraz pomazańcami bożymi) coś jeszcze znaczy w demokracji?” [s. 131] – pytają autorzy.

Łętowska i Pawłowski podkreślają, że w demokracji przedstawicielskiej stale zwiększa się odległość między indywidualnym wyborem, wyrażonym za pomocą głosu, a konkretnymi decyzjami politycznymi podejmowanymi w jego, wyborcy, imieniu.

Łętowska i Pawłowski rozbierają na czynniki pierwsze owo „zwiększanie dystansu”, który ma kolosalne konsekwencje dla jakości życia politycznego i społecznego. 

Brak poczucia, że pojedynczy głos ma sens, przekłada się na absencję wyborczą, ta na coraz mniejszą reprezentatywność wybieranych, którzy podejmują decyzje obowiązujące zarówno tych, którzy na nich głosowali jak i tych, którzy nie oddali swojego głosu w ogóle.

Dodatkowo istnieją inne czynniki, które sprawiają, że wybory stają się – w powszechnej opinii – abstrakcyjnym aktem: 

  • kandydaci zgłaszani są nie przez obywateli, ale przez partie polityczne, jaki jest zatem mój wpływ na to, kto będzie podejmował decyzje w moim imieniu?
  • listy są układane przez tychże przedstawicieli partii politycznych. Nie mam wpływu na to, kto listę otwiera, ani jak ustawieni są kandydaci. Często układający listy obchodzą wszelkie zapisy o parytetach;
  • granice okręgów wyborczych i w ogóle geografia głosowania pozostaje poza sferą decyzji obywatela, poza moją decyzją.
  • kwestie prawa stanowionego w UE dodatkowo pogłębiają dystans między mną, „szarym człowiekiem”, a polityką rozumianą jako efekt procesu wyborczego, w którym uczestniczę lub uczestniczyć powinnam.

Niby wszystko to ewidentne i tak mało odkrywcze! Trywialne nawet, prawda? Co jest nowego w myśli, że pomiędzy kartką, na której postawiłam krzyżyk i którą wrzuciłam do urny, a salą plenarną na Wiejskiej otwiera się przepaść?

Nic. Sure, ale kiedy ostatnio podjęliśmy (my=naród) dyskusję na temat sposobów zwiększenia frekwencji wyborczej? Sposobów, które nie byłyby jakąś formą zapisanego w prawie, tępego obowiązku uczestniczenia w farsie? (masz pakiet w skrzynce? No, to weź go wypełnij i wrzuć do innej skrzynki, bo jak nie, to cię ukarzemy, buuuuu)

„W interesie wyborców leży możliwie duża różnorodność składu parlamentu, uwzględnienie w jego pracach racji, perspektyw i interesów wielu grup spośród istniejących mniejszości, niewidocznych, choć obecnych, niedostatecznie reprezentowanych przez większość. Oczywiście zbytnie rozbicie reprezentacji parlamentarnej może doprowadzić do tego, że nie będzie ona mogła funkcjonować. Ale można spróbować znaleźć granicę, przy której to Jeszce działa, a skład jest naprawdę różnorodny. Nie leży to jednak w interesie partii politycznych czy klubów parlamentarnych! Im odpowiada większa monochromatyczność tej tęczy. A tak naprawdę to chcieliby tylko dwóch kolorów”. [s. 133]

Czytałam poświęcony wyborom rozdział „O operze i o prawie” i myślałam o tym, jak wiele zmieniło się od 2014 roku, w którym książka duetu Łętowska/Pawłowski została wydana…

Ale wróćmy do opery i prawa. I do konkluzji dwójki autorów: 

„‚Czerwona linia’ Sallinena nie jest zbyt odkrywcza w swoim pesymizmie: wybory jednostki znaczą nie tylko niewiele, ale i coraz mniej. Ale wychodząc ze spektaklu, wiemy, że powtarzanie tego jak mantry i rezygnacja z tego, co nam daje demokracja, nawet jeśli są to narzędzia niedoskonałe, niczego nie załatwi. Dobra inscenizacja nawet kiepskiego dzieła, potrafi zapalić w ludziach iskierkę buntu. Tysiące takich istnień zamieni się w płomień”. [s. 135]

Teraz zmiana tematu na równie intrygujący: „Słowo vs muzyka, czyli siła vs racja”

Łętowska i Pawłowski zaczynaja od przywołania dzieł muzycznych, których tematem było rozważanie, który z komponentów opery jest ważniejszy? Słowo ma prymat? Czy muzyka?

Przypominają także, że takie swoiste przeciąganie liny towarzyszyło operze od jej początków. Przywołują także średnie opery napisane do genialnych utworów literackich („Ożenek” Musorgskiego z tekstem Gogola) oraz geniuszy muzyki, którzy sami pisali libretta, żeby ich dzieło było bardziej „totalne” lub żeby poezja nie przyćmiła muzyki (taki Wagner na przykład… Słuchając go, cieszę się, że nie znam niemieckiego. Chyba, że tłumaczenia, z którymi miałam do czynienia, wykrzywiają talent poetycki kompozytora, w co jednak wątpię). Przywołują także przypadki wspaniałej wręcz współpracy twórcy muzyki i tekstu, które  daje genialne efekty (wspomniany w książce Hofmannstahl, który ze Straussem stworzył m.in „Kawalera srebrnej róży”)

„Tytułowy dylemat: co ważniejsze, słowa czy muzyka, po 150 latach od jego sformułowania , po kolejnych wyznaczonych historią opery mniej lub bardziej udanych próbach odpowiedzi pozostaje nierozstrzygnięty. Capriccio (dzieło Straussa oparte na Salieriego Prima la musica e poi le parole – wyjaśnienie ML) kończy się pełną rezygnacji refleksją głównej bohaterki: „Czyż jest odpowiedź, która nie byłaby trywialna”?

 

Czy równie trywialny nie jest aby kluczowy dylemat prawa: co jest w nim ważniejsze: ratio czy vis? Czy prawo ma obowiązywać dlatego, że stoi za nim siła, zdolna wymusić ranione imperii to, co uchwalił ustawodawca, czy tez prawo jest legitymizowane dlatego, że przemawia do swych adresatów swoją treścią, a więc że działa imperia rationis?”[s.210-211]

Profesor Łętowska i Krzysztof Pawłowski przypominają, że:

„Istnieje wiele instrumentów i instytucji sprzyjających czy eksponowaniu już to siły, już to racji przy stanowieniu prawa i wdrażaniu za jego pomocą zmian w życiu społecznym. Arbitralność stanowienia prawa, poufność prac legislacyjnych i przeprowadzanie konsultacji społecznych w sposób, w jaki się u nas prezentuje, dając np. zainteresowanym 48 godzin na uwagi – zmuszają do szerszego wykorzystania siły: uchwalimy i wymusimy stosowanie. Czy jednak rzeczywiście na takie wymuszenie można liczyć?” [s. 213]

Muszę powiedzieć, że z każdą linijką książka staje się bardziej przygnębiająca i uświadamia, gdzie znaleźliśmy się z naszymi standardami stanowienia prawa. Konsultacje społeczne? Kompromisy? Rozum? Haloooo.

„Ex iniuria ius non oritur – prawo nie może się narodzić z bezprawia”.

To znanie w „O operze i o prawie” pointuje ciekawy przykład działającego w pierwszym dziesięcioleciu XXI w rozporządzenia o uboju zwierząt bez ich ogłuszania. Rozporządzenie było sprzeczne z ustawą i niekonstytucyjne, ale za to zgodne z interesami właścicieli rzeźni. Stosowano się do niego, nawet kiedy straciło ono moc prawną. Masowo zabijano zwierzęta bez wcześniejszego ich ogłuszania. Prokuratura nie reagowała na łamanie prawa, właściciele rzeźni i eksporterzy mięsa – prawo lekceważyli. W sprawie głos zabrał TK i ostatecznie rozporządzenie uchylił. Ale czy rzeźnie zastosowały się do wymuszonych zmian w prawie?

No właśnie.

Jest to – zdaniem prof. Łętowskiej i Krzysztofa Pawłowskiego – dowód, że kiedy mówimy o prawie, siła leży nie zawsze tam, gdzie moglibyśmy się jej spodziewać.

Ewa Łętowska i Krzysztof Pawłowski, „O operze i o prawie” – warto dawkować sobie tę lekturę i przypominać sobie, czym prawo być powinno.

Published inInspiracje i dezinspiracje, nie tylko literackie

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *