Skip to content

Niezłe, czyli: „Stowarzyszenie Wędrującego Liścia i Złodzieje Snów” Marcina Kołacza

Podobała się? Podobała.

Jak zwykle bez ściem i suspensów, bo nie o to chodzi w recenzji, żeby się recenzent pokazał, tylko by Czytelnik (potencjalny) wiedział, czy zdaniem innych daną książkę warto przeczytać, czy nie.
„Stowarzyszenie Wędrującego Liścia i Złodzieje Snów” Marcina Kołacza to niezła książka! Naprawdę niezła! Długa, jak świąteczny obiad u nielubianej cioci, ale czytałam ją (książkę) z przyjemnością, czego nie mogę powiedzieć o partycypacji w wielu wcześniej wspomnianych posiłkach.

Wzięłam sobie do serca to, co mówi narrator, zwracając się do czytelnika:

„Myśl, bądź kreatywny, próbuj zrozumieć wszystko po swojemu. Bo to właśnie wyobraźnia ma moc, która pozwoli Ci ujrzeć rzeczy, których gołym okiem nigdy nie spostrzeżesz. Także ona jest kluczem do właściwego przeżycia tej historii” [s. 36]

Polecam ją tym, których odpowiada proza Tolkiena, jego sposób kreowania świata, rytm frazy, przygody i bohaterowie. Bo nie da się ukryć, że „Stowarzyszenie Wędrującego Liścia i Złodzieje Snów” Marcin Kołacza to pomnik ku czci mistrza fantasy. Pomnik samodzielny, udany, ale taki, w którym widać miłość żywioną do autora przygód mieszkańców Śródziemia. Tolkienowskie są opisy przyrody (puszcza), jego są sylwetki widoczne na wzgórzach i niemożliwe miłości. Jego jest poetyka i budowa świata.

Są i inne wpływy: sceny walk i rodzaj magii są jak z Universum „Gwiezdnych Wojen”: miecze może nie są laserowe, ale jaśnieją różnymi kolorami i aż rzucają iskry, kiedy się nimi walczy. Skacze się, robi się obroty w powietrzu i wbija się przeciwnika w podłoże, i tak dalej i tak dalej.

Uprzedzam czytających, że książka nie jest równa. Pierwsza połowa jest staranniejsza, lepiej napisana i bardziej przemyślana, autor rzadziej popełnia błędy językowe i niestaranności składniowe. Niektóre części są piękne, inne tylko przyzwoite, jeszcze inne irytująca. Ale mimo wszystko – czytałam i wracałam do niej.

O co chodzi „Stowarzyszeniu Wędrującego Liścia i Złodzieje Snów” Marcin Kołacza?

Zaczyna się klasycznie, jak na fantasy przystało: od podróży. A wiadomo, że najbardziej ryzykownym gestem jest postawienie stopy za próg… Dwaj bracia, Limbo i Heartstrink, ruszają w podróż. Powiedzieć, że rzucają wszystko się nie da, bo wiele nie mają. To dobre dzieciaki, przyzwoite, troskliwe, kochające się. Stracili rodziców, kiedy jeden miał 18, drugi 17 lat i trzymają się razem. Idą pozornie bez celu i wchodzą do lasu. Takiego jak w baśniach i w fantasy: ciemnego, gęstego i pełnego tajemnic. Jedną z nich jest rasa magów, której tajemnice odkrywa przed nimi kolejny napotkany chłopak, Vinci. Potem są przygody, śmiertelne niebezpieczeństwa i …
I opowiadanie akcji dalej byłoby spoilerem.

Co mi się podobało u Kołacza?

  • Język => stylizacja językowa jest niesłychanie staranna. Widać, że Autor pracuje nad frazą, że pieści zdania, nie urywa ich w połowie, pozwala się im toczyć i wić. Może język jest zbyt afektowany i sentymentalny, jak na mój gust czytelniczy – ale jest spójny. Czytelnik ma wrażenie, jakby autor tkał z języka kobierzec, węzeł tu, plama koloru tam, tu trochę współczesności, tam spojrzenie w przeszłość – dobrze się czyta, kiedy już czytelnik da się porwać.
    Wiecie, opisy są niezłe! Serio!
  • Bohaterowie => nie sądziłam, że to powiem, bo lubię, kiedy bohaterowie są dojrzali, ale tych – polubiłam. Nawet ich wady były fajne, bo robiły z nich ludzi. Poranionych, z kompleksami, irytujących, ale potrafiących się zebrać „do kupy” i być bohaterami. Owszem, mogłabym boleć nad kilkoma rzeczami, jak nad tym, że Heartstrink jest tak idealny, że aż zęby bolą, ale nie będę, bo nie doktoryzuję się z tej książki, tylko zwyczajnie cieszę się czytaniem.
  • Mitologia! => Idąc tropem Tolkiena Kołacz buduje mitologię swojego świata. Spójną, od stworzenia. Jeśli czytaliście „Władcę”, „Silmarillion”, to wiecie, o czym mówię. To była część, którą czytałam z największą radością. Tego muszę pogratulować Autorowi. Nie wrzucił czytelnika w środek czego, co ma w głowie i nie kazał mu się domyślać. Nie. Przyznam się, że rozpisywałam sobie w notesie wszystkie ważniejsze postaci z mitologii, żebym się nie zgubiła. Owszem, jeśli ktoś szuka szybkiej, bezmózgiej akcji – to nie ten adres.
  • Rozmach! => Gratuluję Autorowi. Nie było to proste, napisać książkę, z tak wieloma postaciami, szczegółami, zakrętami akcji i znaczeniami, które ujawniają się powoli. Kilka razy pióro się omsknęło, ale – powtarzam – książkę warto przeczytać lub sprezentować komuś, komu fantasy w typie tolkienowskim odpowiada. A rozmach jest spory. Och, spory. Nie podaję szczegółów, ponieważ spoileruje tylko książki, które niespecjalnie mi się spodobały. Takim mam zły charakter i nic na to nie poradzę.

Wiecie, co mnie uwiodło najbardziej? To, jak w „Stowarzyszeniu Wędrującego Liścia i Złodziejach Snów” Marcin Kołacz pokazuje przejście z świata normalnego i zanurzenie się w drugą, inna stronę rzeczywistości. To dzieje się powoli. Dwaj bohaterowie, Heartstring i Limbo, najpierw wyprowadzają się z mieszkania do piwnicy, później planują swoją podróż korzystając z mapy, która pokazuje – owszem – znaną im geografię, ale z innymi, obco brzmiącymi nazwami. Jeszcze później wchodzimy do zaczarowanego, groźnego lasu, w którym spotkają… Wcześniej obaj bracia udowadniają, że mają zmysły, dzięki którym mogą dotrzeć więcej niż inni ludzie.

Spodobały mi się także antropomorfizacje przyrody. Naprawdę. Autor musi lubić wiatr, bo tak go opisuje:

„Chichoczący cynicznie wiatr hulał po cichym wrzosowisku i kąsał swoimi zimnymi kolcami. Przybył tuż po zmierzchu. Zauważył rozmawiających podróżników i chcąc podsłuchać ich słowa, włóczył się tu i tam tuż przy nich i od czasu do czasu szczypał po skórze z samej złośliwości. Ciemności nocy ogarnęły ich z każdej strony niczym bezkresny ocean, a oni trwali pośrodku nieznanego, jak mała świetlista wysepka zapomniana przez światło słońca”. [s. 131]

Albo to:

„Po chwili zdał sobie sprawę, że wyczuwa obecność wszelkich żywych istot w promieniu tysięcy mil. Każdą nieśmiało pnącą się ku niebu roślinę na tych trudnych skalistych terenach, każde drzewo, każde zwierzę żyjące pod ziemią, na powierzchni, w wodzie czy powietrzu.
Odczytywał nieustannie ruchy staruszki ziemi, słyszał wrzask gnającego nie wiadomo dokąd wiatru, zrozumiał tęsknotę gwiazd wiszących w pustce wszechświata i lament gór zmęczonych dźwiganiem swojego ciężaru. One wszystkie otaczały go i zalewały czasami nikłymi, a czasem mocnymi strumieniami życiowej energii i nawiązywały nieświadomie kontakt z jego umysłem”. [s. 511]

Interpunkcja w cytatach pochodzi z książki.

Co mi się nie podobało?

Hmmmm.

  •  Za dużo bohaterów-mężczyzn. Tak, to mi trochę przeszkadzało i moja feministyczna dusza łkała, ale z drugiej strony wiem, jaka jest konwencja i jak działa.
    Tak, ktoś powie, że bohaterowie są niedojrzali i czasem chłopięcy. Tacy czasem są, to prawda. 🤭. Czasem zastanawiałam się, czy mają te dwadzieścia kilka, czy piętnaście lat.
  • Może niektóre sceny są bardzo tolkienowskie, bo taka scena pościgu w mieście, to żywcem przypomniała mi ucieczkę Hobbitów przed Nazgulami, bo niektóre przedmioty magiczne są jakby z scenerii JRRT. 😀 Podobnie: sceny walk już widziałam na „Gwiezdnych Wojnach”.
  •  Czasem autorowi się język „omsknie” i pisze „rypnął nogą”, „wydarł się”, wyniosłość chwili”, i tak dalej. 🤯
    Pewnie są momenty, kiedy logika się wiesza (bohater „w oddali za plecami dostrzegła jakiś ruch” [s. 39]. Trudno widzieć w nocy co, co jest za plecami 😉. Innym razem ma ręce skrzyżowane za plecami [s.517]). Są też takie, kiedy ma się ochotę powiedzieć: „serio?”, no tak bywa. 🧐 Bo nawet w książce, w której magia jest takim samym bohaterem jak na przykład Heartstrink czy Vinci, deux ex machina nie powinien być używany za często. A tu jest. Pyk i udało się! Jeśli tak, pyta czytelnik, to czemu oni wszyscy muszą… no właśnie.
  • Dialogi! No cóż. W „Stowarzyszeniu Wędrującego Liścia i Złodziejach Snów” Marcin Kołacza opisy są lepsze niż dialogi. Te ostatnie mają tendencję do bycia drewnianymi nieco. Zbyt często opisują to, co bohaterowie będą robić, na zasadzie: zaraz podejdę do lodówki i wyjmę jogurt.

 

Nawet jednak z tymi błędami i usterkami „Stowarzyszenie Wędrującego Liścia i Złodzieje Snów” Marcin Kołacza są książką, którą się czyta z przyjemnością.

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *