Skip to content

„Niemcy opętane” Moniki Black, czyli jak naród poradził sobie z traumą? 

„[…] w okresie międzywojennym odbyło się osiem „procesów czarownic”, a w czasach Trzeciej Rzeszy jedenaście, to zaraz po wojnie – czy też precyzyjnie między rokiem 1947 a 1956 – odnotowano ich już 77. Ale nawet ta liczba może zaniżać skalę zjawiska – z dwóch powodów. Przede wszystkim urzędy państwowe oraz lokalna i ogólnokrajowa prasa zgłaszała liczby o wiele wyższe. W połowie lat pięćdziesiątych Niemieckie BIuro Informacji Medycznej ogłosiło, że w kraju dochodzi do około 70 procesów rocznie. […] Ale trzeba też odnotować, że wiele oskarżeń nie otarło się nawet o salę sądową”. [s. 201]

 

„Obsesje na punkcie zła, grzechu, winy, odpowiedzialności, kary i odkupienia też nie były we wczesnej Republice Federalnej tylko „starymi jak świat wierzeniami”. Były reakcją na nazistowską katastrofę, moralną i duchową”.[s.191]

O jakim opętaniu mówimy?

W książce amerykańskiej historyczki, Moniki Black, nie chodzi o opętanie całego narodu, a o jego nieumiejętność radzenia sobie z traumą. „Niemcy opętane” Moniki Black są próbą spojrzenia na zjawiska, które obserwowano tuż po zakończeniu II WŚ w Niemczech, na wysyp oskarżeń o czary, na kilka morderstw, którego ofiarą padały „wiedźmy” i „czarownicy”, na zjawisko uzdrowicieli przez wiarę i rosnącą liczbę znachorów. Oraz na drugą stronę tej monety – na ludzi, którzy zwracali uwagę władz na niebezpieczeństwo powrotu zjawiska  „polowań na czarownice” i jego podobieństwo do przedwojennej nagonki na Żydów. 

„Dla Niemców usiłujących dociec i zinterpretować, co stało się w katastrofalnej końcówce wojny, plotki były kluczową formą komunikacji. Zatrudniano też jasnowidzów, chiromantów i numerologów, by dopomogli w zrozumieniu zdarzeń, w uniknięciu spadających bomb, w poznaniu losów zaginionych bliskich lub jakości duchowej egzystencji poległych. Ale pośród namacalnych dowodów odbudowy napłynęła nowa potężna fala apokaliptycznych pogłosek”. [s.47]

Jeśli dziwi nas fakt, że w połowie XX wieku w kraju, który dziś uznajemy za wysoce racjonalny, a nawet nudny, kwitł zabobon, winniśmy przyjrzeć się XXI wiekowi w innych miejscach Europy, na przykład w takich, gdzie rozwija się biznes oparty na egzorcyzmach i wszystko, ale to wszystko można wyjaśnić działaniem szatana. 

Wróćmy jednak do tematu, do książki Moniki Black „Niemcy opętane”.

W powojennych Niemczech leczenie przez wiarę stało się popularne,

ale co ciekawe – żaden z kościołów nie był tym zjawiskiem zachwycony. Zwykle bowiem seanse „uzdrowień” odbywały się poza świątyniami, a ludzie, którzy ich dokonywali nie mieli oficjalnej sankcji. Zresztą, seanse uzdrowień w takim samym stopniu dawały nadzieję, co ją odbierały. Zwłaszcza, gdy „uzdrowiciel” mówił jasno: ciebie nie uleczę, bo jesteś zły. Tak na przykład mawiał Bruno Gröning, jedna z głównych postaci, uzdrowicie, którego historia jest ze szczegółami omawiana przez Monikę Black, bo stanowi jakby symbol tego, co tuż po wojnie działo się w Niemczech.

„Logika odkupienia opiera się na upadku: nie można zmazać winy, jeśli w niczym się nie zawiniło. Uzdrawianie chrześcijańskie jest u podstaw splecione z grzechem i jego odpuszczeniem. Bóg poddaje dobrych ludzi próbom cierpienia, a niegodziwych karze nieszczęściami, by odprawili pokutę. Stwierdzenie, że ktoś nie podlega uleczeniu, że jest ono dla niego nieosiągalne, mogło kryć w sobie poważne duchowe implikacje i przez wielu Gröningowe powoływanie się na zło tak właśnie było odbierane”. [s.151]

W Niemczech faktycznie oskarżenia o czary przybrały na sile. W wielu miejscach rzucano oskarżenia, a po – nich izolowano osoby, które według „wieści gminnej” miały szkodzić społeczności. Niektóre z tych osób zostały „tylko” odsunięte na margines, inne atakowano: fizycznie lub na drodze prawnej. Jeszcze inne – traciły życie. 

Powodów takich zachowań było – zdaniem Black – co najmniej kilka. 

Po pierwsze

– to nieprzepracowaną trauma winy za II WŚ i za okropieństwa na niej popełniane. Historyczka podkreśla, że bezpośrednio po klęsce III Rzeszy w Niemczech nie mówiono o winie, o faktach, o odpowiedzialności, a jeśli do takowej się poczuwano – to składano ją na barki Hitlera i kilkorga z jego najbardziej gorliwych współpracowników. To takie odwrócenie starej rosyjskiej zasady, że car dobry, ale bojarzy źli. Tu bojarzy byli dobrzy i o niczym nie wiedzieli, a car jako jedyny ponosił pełną odpowiedzialność za zbrodnie. 

„Każdy znał jakąś grubą rybę, której się upiekło, i jakąś płotkę, która się nie wykaraskała. Społeczne poparcie, jakim denazyfikacja cieszyła się na początku, wygasło. W roku 1949 wspierało ją tylko 17 procent Niemców ze strefy amerykańskiej. 

Ale korupcja nie była jedynym powodem, dla którego Niemcy nie znosili tej inicjatywy. Ich niezłomna odporność na poczucie winy nierzadko wprawiała w osłupienie zarówno ocalałych Żydów, jak i okupantów. W większości wydawali się niezdolni do przyznania, że zrobili coś złego, że byli antysemitami, że okazywali lojalność wobec narodowosocjalistycznej władzy i jej linii politycznej. Niektórzy albo zaprzeczali prawdziwości nazistowskich zbrodni, albo upierali się, że wszystkie państwa mają na sumieniu potworne wojenne grzechy, albo zrzucali winę na partyjną wierchuszkę i SS. Reakcje na prawdę były zróżnicowane”. [s.41]

Black pisze o tym, że nawet ludzie, którzy mieszkali w domach pożydowskich, których właścicieli na oczach ludności całego miasteczka pognano do pociągów wiozących ich do obozów koncentracyjnych, nie wierzyli, że wywiezionym stało się coś złego, że zostali zamordowani. A już na pewno nie widzieli problemu w tym, że mieszkali w domu, który dostał się w ich ręce na skutek przestępstwa. Że korzystali ze sprzętów, naczyń, mebli, pościeli swoich sąsiadów.

Niemcy tuż po wojnie wybrały wyparcie i to zdaniem Black było jedną z przyczyn, dla których odwróciły się od rozumu i wybrały tak pierwotną formę obrony własnego, kruchego „ja”, jaką jest wiara w czary. 

Kolejną kwestią były

istniejące i pogłębiające się napięcia społeczne. Hitlerowskie Niemcy może i nie były krajem, w którym żwawo rozwijał się ruch oporu, jednak naziści utrudniali życie i wsadzali do obozów koncentracyjnych i tych ze swoich obywateli, którzy nie zgadzali się z nimi politycznie: socjalistów, komunistów, liberałów, związkowców. Ci – wracali po wojnie i często otrzymywali posady od zarządzających Niemcami aliantów. Zostawali burmistrzami, dyrektorami szkół, szefami lokalnej policji i spotykali się każdego dnia z sąsiadami, którzy kilka lat temu donieśli na nich do hitlerowskich władz. Emocje narastały, animozji nie dało się uniknąć. Emocje zamieniały się w irracjonalność. 

Trzecią kwestią

była sama przegrana. Niemcy długo żyli w kokonie informacyjnym zarządzanym przez Hitlera i jego najbliższe otoczenie. 

Owszem, plotki o tym, że „wysiłek wojenny” wcale nie idzie tak dobrze, jak chce tego oficjalna propaganda, krążyły, ale w tak całkowitą klęskę nie wierzył nikt. A klęska przyszła. Setki tysięcy nie wróciły z frontu, miliony straciły dach nad głową na skutek alianckich bombardowań, Niemcy przesiedleni z terenów, które po wojnie przyznano Polsce, wędrowały na zachód i szukały swojego miejsca. Gwałty, głód, choroby, siły okupacyjne czterech mocarstw… trudno było sobie z tym poradzić na płaszczyźnie racjonalnej. Bo jak „wielkie Niemcy” mogły przegrać? Jak? No nie mogły, podobnie jak „nasi chłopcy” nie mogli popełnić tych wszystkich wstrząsających zbrodni. To niemożliwe. 

No i była jeszcze ta sprawa:

Niemcy nie sądzili, że „zasłużyli na to, co ich spotkało w końcowym etapie wojny i po niej. Bombardowania, przesiedlenia, śmierć mężów, ojców, braci, uwięzienia, gwałty. Nic nie zrobili, a spadło na nich tyle zła. Jakoś to trzeba było sobie to wszystko wyjaśnić. 

„”Przeświadczenie, że nie ma w tym wszystkim żadnego głębszego znaczenia, wywoływało u tysięcy Niemców ból dosłownie fizyczny” – zanotował agent SD. Słyszał od ludzi wypowiedzi w rodzaju: „Nie zasłużyliśmy, by sprowadzono na nas tę katastrofę”. Bo czy koniec końców nie dopełnili swojego obowiązku? Czy nie zrobili tego, co im kazano? Czy ludność Niemiec mimo grozy bombardowań, nieprzeliczonych bezsennych nocy, spalonych domów, utraconych przyjaciół i członków rodziny nie „starała się w trakcie tej wojny do granic ludzkich możliwości, nie wykazywała lojalności, cierpliwości i gotowości do poświęceń w stopniu nieznanym innym narodom?

Deklaracjom zaczynającym się od wyliczania własnych cnót, a kończącym się pytaniem o powody upadku niedaleko do teodycei – tropienia znaczeń przesłoniętych wydarzeniami poszukiwania przyczyn fundamentalnych, gdy te bezpośrednie nie wystarczają. Tam, gdzie gołe fakty tracą moc wyjaśniania, pozostają głębsze pytania moralne i egzystencjalne”. [s.36]

Gdy rzeczywistość staje się niemożliwa do udźwignięcia, a trauma jest nieprzepracowana – cofamy się do tego, co w nas najbardziej prymitywne. Szukamy odpowiedzi na zasadnicze pytania w magii i religii. Oczekujemy pomocy od znachora i domniemanego cudotwórcy, nie u lekarzy czy naukowców.

„Niemcy opętane” Moniki Black to pięknie napisany portret Niemiec i Niemców tuż po wojnie,

ich niepokojów, gniewu, strachów i frustracji – widziany i opisany poprzez przypadki oskarżeń o czary oraz poprzez postaci najbardziej znanych „cudotwórców”. 

Poznajemy nie tylko owych lekarzy dusz, ale i ich otoczenie, reakcję tłumów, warunki życia, działania i reakcje władz lokalnych, postawę władz alianckich. Przez scenę przewijają się i zbrodniarze wojenni, i „zwykli Niemcy”, którzy nie reagowali na wywózkę swoich żydowskich sąsiadów. Poznajemy także tych, którzy aktywnie wspierali faszyzm i teraz znaleźli się po przegranej stronie. 

Polecam.

Gorzka książka, ale traumy i zbrodnie, o których się nie mówi, których się nie omawia, nie są lekkim tematem. 

„Wojna pozostawiła po sobie śmierć i zniszczenia materialne o niewyobrażalnej skali. Ale sprowokowane przez nią pytani natury moralnej były tak rozległe, tak oszałamiające, że nawet dziś, gdy gruz już dawno został uprzątnięty, pozostawione przez pociski i szrapnele dziury w fasadach budynków zasklepiono zaprawą murarską, a ostatni żołnierze pamiętający pola bitwy umierają ze starości, nawet dziś te pytania o ekstremalne przypadki zachowania ludzkiego, o to, jak można usankcjonować i przeprowadzić ludobójstwo, w najlepszym razie odpowiedzieliśmy tylko częściowo. 

Przeszłość opiera się na wyparciu”. [s. 291]

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *