Skip to content

„Musashi” Eiji’ego Yoshikawy, czyli wielka miłość od pierwszego wysłuchania

 

“Musashi wondered how many people there were who on this night could say: “I was right. I did what I should have done. I have no regrets.” For him, each resounding knell evoked a tremor of remorse. He could conjure up nothing but the things he had done wrong during the last year. Nor was it only the last year—the year before, and the year before that, all the years that had gone by had brought regrets. There had not been a single year devoid of them. Indeed, there had hardly been one day”

Ta książka, to miłość od pierwszego wysłuchania. „Musashiego” w wersji audiobookowej słuchałam już dwa razy, a nie jest to bagatelka, bo książka trwa 53 i pół godziny!

Ale wiecie co? Warto było słuchać każdej minutki. Przeliczyłam to sobie na kilometry, bo biegałam z nią na uszach, i wyszło mi, że ronin towarzyszył mi przez ponad 550 km biegu. Przy pierwszym słuchaniu, bo później słuchałam tej książki i w innych okolicznościach przyrody. Można się do literatury przywiązać, prawda?

Ten wpis jest dla tych,

którzy o Musashim nie słyszeli i nie wpadli na niego w popkulturze, czyli prawdopodobnie nie są wielbicielami komiksów (bo ci z Musashim musieli się spotkać) czy spłaszczonej na nasze potrzeby filozofii zen („Book of five rings”). Innymi słowy – dla wszystkich, którzy zastanawiają się, czego by tu posłuchać i którzy lubią kulturę Japonii.

Kocham „Musashiego”!

Nie jestem naiwną nastolatką! Nie „zakochałam się” w postaci i w bohaterze, tylko w książce jako takiej, w jej szczegółowości, opisach miejsc i zwyczajów, w ceremoniach i ceremoniałach, w specyficznej filozofii i wreszcie w drugo- i trzecioplanowych bohaterach. Bo jest ta książką kapitalną kopalnią wiedzy o XVII wiecznej Japonii, jej zwyczajach, historii, religii i życiu codziennym. 

A, no właśnie. Kto to ten cały Musashi?

Musashi i cała reszta

Miyamoto Musashi to mistrz miecza, szermierz. Można powiedzieć – spłaszczając przy tym rzecz niebywale – że to taki japoński odpowiednik polskiego rębajły. Porównałabym go z panem Wołodyjowskim i D’Artagnanem, ale byłoby to trudne do wybaczenia nadużycie literackie, bo wzorce kulturowe Europy i Japonii nie chcą się zejść w żaden sposób.

Po pierwsze, ronin, o którym opowiada książka/audiobook, jest postacią jak najbardziej rzeczywistą (proszę, oto lata „życia i twórczości” 1584 – 1645), a pan Michał i Gaskończyk to postaci jedynie częściowo wzorowane na autentycznie żyjących szlachcicach.

“Think what you like. There are people who die by remaining alive and others who gain life by dying”.

Po drugie, zarówno Mały Rycerz jak i krewki muszkieter są głębocy jak kałuża na Marszałkowskiej, a Musashi – chociaż w sumie psychopata – to jednak człowiek, którego przemyślenia są warte uwagi, a przynajmniej pochylenia się nad nimi.

Eiji Yoshikawa opisuje historię szermierza w latach, kiedy tworzył się jego styl i filozofia, kiedy budowała się jego renoma. Jego Musashiego poznajemy jako nastolatka (wtedy noszącego imię Takedo, oba imiona po japońsku zapisuje się tymi samymi znakami. Jak widać Musashi wyznawał efektywność we wszystkim, także w zmianie 🙃)

Musashi miał 15 lub 16 lat, gdy porzucił swoją rodzinną wioskę i zaczął włóczęgę po Japonii. Jak opowiada Yoshikawa, Musashi brał udział w bitwie pod Sekigaharą, starciu decydującym o wyniku wojny domowej, jaka toczyła się między zwolennikami klanu Tokugawa i zwolennikami klanu Toyotomi. Jak było w rzeczywistości, tego nie wiadomo, bo historycy się spierają. W książce bitwa ma spore znaczenie narracyjne, nie dziwię się, że Yoshikawa kazał młodemu Musashiemu w niej uczestniczyć.

“It is easy to surpass a predecessor, but difficult to avoid being surpassed by a successor”.

Po Sekigaharze

Po przegranej Musashi (i ten prawdziwy, i książkowy) rusza w dalszą drogę i uczy się sztuki władania mieczem, głównie w czasie pojedynków.

“You seem to be under the misconception that if you perform one brave deed, that alone makes you a samurai. Well it doesn’t! You let that one act of loyalty convince you of your righteousness. The more convinced you became, the more harm you caused yourself and everyone else”.

Za nim wyrusza Otsu, poczciwa, piękna i dobra dziewczyna z jego wioski, zakochana w naszym bohaterze na zabój, acz dyskretnie i po cichu. Po książce snuje się także niewydarzony Matahachi, przyjaciel Musashiego, jego matka Osugi, wściekła nie na synalka, który wydostał się spod jej „opieki”, tylko na jego przyjaciela, oraz Akemi, która jest kontrapunktem dla cnotliwej i do bólu słodkiej Otsu. Jest także młody chłopiec, dziecko jeszcze, Jotaro, który wielbi Musashiego, jak tylko dzieciaki wielbić potrafią. No i jest arcyrywal naszego bohatera, Sasaki Kojiro, arogancki kogucik, którego nie pokonał jeszcze nikt. Jego losy także poznajemy, Yoshikawa wplata je bowiem w tkaninę swojej opowieści.

Ci właśnie bohaterowie przewijają się przez „Musashiego”

i rosną, zmieniają się, rozwijają. Każda z postaci jest skomplikowana i niebanalna, nawet Otsu, której pokorna dobroć czasem mnie dławiła, i nawet Osugi, której ślepa zawziętość przerażała.

Najbardziej ludzcy bohaterowie: Matahachi i Akemi są godni uwagi, bo nie mają wiele pola manewru, a walczą o samych siebie, jak się da. Nieuczciwie, głupio, brutalnie, nieludzko, ale idą do przodu.

„Musashi” ma tzw wątek romantyczny (bohater tytułowy i Otsu), ale jest on dyskretny, różny od tego, z czym nam się „romantyzm” i „miłość” kojarzy. Warto i na niego zwrócić uwagę, choćby dla jego… no właśnie nieewidentnego piękna.

Musashi bowiem nie jest człowiekiem, który wie, czym jest kompromis i work-life balance ;). Ma jeden cel: chce być najlepszym szermierzem w Japonii. Na początku nawet nie wie, ile nie wie. Jest w nim jednak niebywałe skupienie na celu, które pozwala mu nie zważać na nic, prócz jego marzenia: być najlepszym. Ćwiczy, mieszkając samotnie w górach, stacza walki (mnóstwo walk, mnóstwo!), czasem wyzywa głowy uznanych szkół (jak Yoshioka), wygrywa i ma w efekcie na głowie wszystkich uczniów, którzy muszą przecież pomścić mistrza. Tak właśnie rodzi się legenda Miyamoto Musashiego. 

“Still, in a fight like that, you never know. There’s a superhuman element involved. All warriors have to face it; winning or losing is partly a matter of luck”

A sam Musashi rodzi się i w błocie, bo z uporem i konsekwencją, które są jego wyróżnikami, poświęca czas i uprawia rolę. Jakby chciał wygrać nawet z przyrodą, jakby i jej musiał udowodnić, że da radę i zwycięży tam, gdzie inni się poddawali.

Uczy się pokory, uczy się siły. Uczy się być mistrzem, z którym inni muszą się liczyć.

Musashi i Sasaki Kojiro

„Musashi” Eiji’ego Yoshikawy kończy się w dramatycznym momencie, i to kończy się prawdziwym, operowym wysokim C: legendarnym pojedynkiem z Sasaki Kojiro, na który – jak chce legenda i książka – Musashi przybywa z wystruganym własnoręcznie bokkenem, drewnianym mieczem.

“True courage knows fear. It knows how to fear that which should be feared. Honest people value life passionately, they hang on to it like a precious jewel. And they pick the right time and place to surrender it, to die with dignity”

Ci dwaj bohaterowie są tak różni, jak tylko być mogą. Kojiro jest wymuskany, gadatliwy i arogancki. To bawidamek nie stroniący od wygód i znajdujący pracę dla daimyo, pana lennego. Musashi nie ceni sobie ani wygód, ani higieny, ani nie mówi za dużo. Od kobiet stroni i nawet kiedy ma okazję, by zerwać z celibatem – robi krok w tył. Ma szansę na pracę u samego shoguna, ale jej nie dostaje (kapitalna zresztą jest scena, kiedy Musashi jest proszony o namalowanie obrazu. Tak, na „rozmowie rekrutacyjnej”!)

Po pojedynku z Sasaki Kojiro bohater powieści Yoshikawy zaczyna się dorosłe i dojrzałe życie. Ale tej części jego żywota nie poznajemy. Eiji Yoshikawa zatrzymuje akcję na wyspie Funajima, gdzie pojedynek obu mistrzów miał miejsce, i tam zostawia i nas, i swojego szermierza.

Musashi to dziwny bohater

Trudno go lubić, ale fascynuje i przyciąga. Musashi jest tak zafiksowany na celu, że nie widzi nic i nikogo. Prawdę mówiąc trudno także czytelnikowi rozumującemu według zasad drugiej połowy XX wieku i XXI wieku zrozumieć tak przemożną potrzebę pojedynkowania się na śmierć i życie, pojedynku, którego jedynym celem jest udowodnienie własnego mistrzostwa we władaniu mieczem! Dwoma mieczami. 

“People were born with two hands; why not use both of them? As it was, swordsmen fought with only one sword, and often one hand. This made sense, so long as everybody followed the same practice. But if one combatant were to employ two swords at once, what chance would an opponent using only one have of winning?”

Podobnie – ciężko jest odejść od paradygmatu machających szabelką/szpadą/rapierem europejskich fechmistrzów. Japońscy mistrzowie miecza walczą inaczej. Jedno cięcie i to czasem wystarczy. Eiji Yoshikawa pięknie pokazuje pojedynki właśnie, akcentuję rolę równowagi wewnętrznej i opanowania. Czystości ruchu i cięcia.

Napisałam o Musashim „psychopata”

Prawdopodobnie, gdyby mierzyć go współczesną i zachodnią miarą, tak właśnie byśmy go określili. Nie ma wyrzutów sumienia, zabija ot tak, bo chce pokazać mistrzostwo, jest gotów na wiele, by się uczyć, zostawia za sobą wszystko i wszystkich, nawet się nie oglądając – bo ma CEL i nic więcej go nie interesuje.

Nie ma w nim romantyzmu w naszym pojęciu, ale jest siłą, która przyciąga.

Jest taki moment w „Musashim”, który może nie jest dramaturgicznie najważniejszy, ale mnie siedzi w głowie w dalszym ciągu. Długi czas po tym, jak skończyłam audiobooka słuchać. Otóż młody Musashi, niespecjalnie obyty z płcią przeciwną zatrzymuje się w domu publicznym. Spotyka się tam na sake ze znajomymi, ale okazuje się, że musi się ukryć w domu głównej kurtyzany, młodej i słynącej z urody.

I co?

I nic z tych rzeczy. Ale nie o to chodzi, nie o seks i momenty! Wydaje mi się, że gejsza uczy Musashiego niebywale ważnej rzeczy. Kiedy chłopak siedzi spięty, przestraszony (nie wie, jak się zachować, to jest jasne) i naburmuszony, dziewczyna przynosi instrument muzyczny. Mówi mu, że od kiedy była dzieckiem interesowało ją, dlaczego kawałek drewna i parę strun potrafią tworzyć muzykę. Opowiada, jak fascynowało ją wnętrze instrumentu. Mówi, że wie, co jest sekretem tych najlepszych. Na oczach zdziwionego Musashiego rozbija instrument i pokazuje mu część, która ukrywa się wewnątrz, „serce”. Mówi (parafrazuję): „widzisz, Musashi, to nie jest dobry instrument, bo jego serce jest sztywne, twarde, nie ma w nim miejsca na to, by dźwięk rósł. Podobnie jest z ludźmi, kiedy są spięci i mają zbyt sztywne serca, nie mają jak nauczyć się być mistrzami”.

Prostytutka udzieliła przyszłemu mistrzowi miecza cennej lekcji. Zaiste, cennej.

Piękno „Musashiego”

Urok książki i powód dla którego mnie uwiodła, to szczegóły. Powiecie, że to żaden kłopot powalczyć o szczegóły, kiedy się ma prawie 54 godziny materiału. To prawda, ale czas można było wykorzystać źle. Można było dodawać pościgi i ucieczki, a nie drobiazgi pokazujące normalnie życie w XVII wiecznej Japonii. 

“Enemies were teachers in disguise”

Mamy w książce… no cóż, mnie się ta książka skojarzyła z tkaniną z Bayeux. Na każdym centymetrze – inny bohater i inna historia. Tak jest tutaj. Bohaterów jest mnóstwo, pojawiają się na scenie i nikną, a my mamy szansę poznać nie tylko ich historię, ale i działanie małej oberży przy szlaku, domostwo wielkiego pana lennego, szkołę i świątynię. Dowiadujemy się co i jak jedzono, jak karano, jak wychowywano dzieci, jakie były wartości, kogo szanowano za co, po czym poznawano dobrego szermierza i że można go poznać, nawet patrząc na ścięty przez niego kwiat piwonii.

Jest w „Musashim” kawał historii przez duże H (jak dochodzenie Ieyasu Tokugawy do władzy), to prawda, ale jest i mała historia, ta przeżywana przez zwykłych ludzi. Piękna rzecz, wiecie? Kapitalna.

Eiji Yoshikawa wiedział, co robi

Yoshikawa swojego „Musashiego” publikował w Asahi Shinbun, czyli w gazecie codziennej, dokładnie tak, jak publikowano choćby i sienkiewiczowski „Potop”. „Musashi” ukazywał się od 1935 do 1939 roku.

Autor „Musashiego” specjalizował się w literaturze historycznej, a konkretnie w unowocześnianiu klasyki. Yoshikawa pomagał najważniejszym dziełom japońskiej literatury i największym bohaterom tego kraju wchodzić do obiegu pop-kultury, czyli hmmm, prawie „wchodzić pod strzechy”. Nie udało mi się dostać żadnej innej jego książki, ale jeśli są takie jak ta, o której opowiadam, to z chęcią przeczytam każdą.

Trzeba umieć przekładać arcydzieła, pisane archaicznym językiem, mówiące o zapomnianych wydarzeniach, rozgrywające się w nieznanych i źle rozumianych scenografiach na język współczesnego czytelnika.

Nie wierzycie? Obejrzyjcie dwa filmy.

„47 roninów” Kenji Mizoguchi z 1941 i „47 roninów” Carla Erika Rinscha z 2013 roku, z Keanu Reevesem. Owszem, pierwszy ma znamiona propadandy, ale jest dziełem sztuki. Drugi to kicz, ale zrozumiały dla współczesnego widza. Który z nich oglądaliście? No właśnie. 

Ale się rozpisałam…

Jeśli będziecie mieć szanse przesłuchać audiobook Eiji Yoshikawy „Musashi” – zachęcam gorąco, zwłaszcza, ze Brian Nishii, lektor, jest genialny. Świetny timbr, kapitalna dykcja, japoński poziom native, więc wiadomo, gdzie pada akcent w „Otsu” 😉, no i piękna gra głosem. Możecie zajrzeć także do serii mangi „Vagabond”. To dość swobodne ujęcie tematu, ale dobrze narysowane i świetnie się czyta.

źródło ilustracji pod linkiem.

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *