„Mrs Wheelton-Jones ma zwidy” – fragment

„W starości we wszystkich, którzy nas otaczają, szukamy śladów tych, których znaliśmy i kochaliśmy”

– pomyślała sobie Mrs Wheelton-Jones – „Tak radzimy sobie z upływem czasu i stratą. Dzięki temu wydaje nam się, że nie straciliśmy nikogo do końca, a wszyscy, których kiedyś znaliśmy, żyją sobie w innych”

To była dziwna myśl, ale Josie ją polubiła, jak lubiła wszystko, co było odzwierciedleniem ciągłości i trwania. 

– To faktycznie wygląda rewelacyjnie – klasnęła rękami, patrząc na eleganckie pudełeczka z lunchem – A macie dla mnie czas?

– Oczywiście, Josie – Elijah nastawiał czajnik i przygotowywał herbatę. 

Przygotowywał dla ich trójki tego oolunga, którego Josie uwielbiała i trzymała go dla gości. O, to nie o to chodzi, że Mrs Wheelton-Jones nie miała pieniędzy na dobre herbaty. Nie musiała się o to martwić. Przyszło jej żyć w czasach, kiedy starzy ludzie nie są traktowani, jak wyrzutki społeczeństwa, tylko w takich, w których o takie staruszki jak ona społeczeństwo się troszczy. 

Przesiadła się z wózka na jej ulubione miejsce w jej dobrze wysiedzianym fotelu, ustawionym naprzeciw okna. Goście odeszli, ale siedzieli rozmawiając z nią prawie godzinę! Josie Wheelton uśmiechnęła się do siebie znowu. Nie była taką znowu nudną staruszką! Ludzie lubili do niej przychodzić. Doktor Akbar na przykład, zawsze wychodził od niej, mówiąc „pani Wheelton, przy pani zapominam o innych moich pacjentach!” Jej Harry był taki sam, kiedy się poznali. Taki sam! Nawet oczy miał tak czekoladowe, jak jej lekarz. 

A sąsiadka? Katie Miller? Zawsze jej czegoś brakuje, zawsze się spieszy, ale przysiada na pół godziny, żeby opowiedzieć, co się dzieje w tym jej biurze. Przycupnie na blacie w kuchni, potem ucieka. Jak Sylvie, obie zawsze chcą złapać czas, który „zmarnowały”. 

Mrs Wheelton-Jones patrzyła teraz na dzieci biegające po ogrodzie, na poważnego ogrodnika, który grabił liście, na ojców i mamy spacerujące z pociechami i zastanowiła się nad tym, ile ma fantastycznych ludzi wokół! 

…grabi liście? 

Josie odchyliła się w fotelu.

Dałaby głowę, że wczoraj kwitły żonkile, a przecież… 

– Oh, Josie, Josie, coś ci się pomyliło, dziewczyno – zachichotała, jakby faktycznie miała te szesnaście lat – Ale nie martw się staruszko, to nie Alzheimer, to roztargnienie. Pamiętasz, jak mama była roztargniona? 

No oczywiście, że pamiętała! Mama gubiła wszystko. Zostawiała gdzieś, a później szukała, a z nią tata, i one.

Josie Wheelton przysnęła, wspominając własną mamę. 

Obudziła się pół godziny później. Zwykle drzemała po lunchu, do czego oczywiście nikomu by się nie przyznała. Siesta to taki obcy wymysł! 

Za oknem światło było niego jaśniejsze, jakby słońce wyszło zza chmur po tej burzy, którą słyszała we śnie. 

Słońce świeciło, trawa była zielona, jak powinna o tej porze roku, ale Mrs Wheelton coś przeszkadzało. Coś. Nie wiedziała jeszcze co, ale nie lubiła tego uczucia, bo przecież jej nigdy nic nie przeszkadzało, taki miała charakter i taki miała temperament. Rozejrzała się po swoim mieszkanku, wiedząc, że zwykle ludzi irytuje to, co jest blisko nich.

Niewiele było do oglądania, oczywiście, ale Mrs Wheelton-Jones była zadowolona z warunków, w jakich przyszło jej mieszkać na starość. Czyściusie, maleńkie, przytulne mieszkanko było idealne dla tak niesprawnej starowinki, jak ona. Sama dbała tutaj o porządek, a o czystość troszczyła się Lola, która była prawie bliźniaczką jej przyjaciółki ze szkoły, Emmy Jibes. 

– No widzisz, Josie? Zawsze i w każdym szukasz podobieństw!

Ciekawe, zastanowiła się pani Wheelton, do kogo podobny jest ogrodnik? Nigdy, ale to nigdy nie przyłapała go na tym, że podchodzi bliżej jej okna. Podobnie, jak nie podbiegały dzieci.

„Ale to dobrze” – powiedziała sobie Josie. Jej piękny domek, pomalowany na miętowy kolor, nie potrzebował śladów po uderzeniu piłką. A ogrodnik jest sprawny i szybki, i pewnie zajmuje się trawnikiem w tej części osady, kiedy ona śpi, lub robi się na bóstwo. 

Josie podniosła głowę i z aprobatą przyjrzała się ogrodnikowi, który ścinał teraz przekwitłe żonkile. 

W dalszym ciągu coś ją uwierało.

Co?

Mrs Wheelton-Jones zawsze pochlebiała sobie, że jest inteligentną osobą. Nie przemądrzałą, jak wielu z jej rówieśników, ale spostrzegawczą i potrafiąca łączyć fakty. „No, to myśl, Josie Jones, myśl, dziewczyno!” – zmotywowała się, tym razem w myślach. Mówienie na głos było dobre, ale ściany w szeregowcu, w którym mieszkała, były cienkie, czasem przecież słyszała stłumione krzyki zza ściany, z szeregowca, w którym mieszkało młode małżeństwo z dziećmi. Nie chciała, żeby młodzi ludzie, którzy mieli lepszy słuch niż ona, słyszeli, co tam mamrocze do siebie, 

No właśnie, to nie było coś, co słyszała, bo słuch miała nie najlepszy. Z czasem się popsuł, pewnie od ciągłego noszenia słuchawek. A wszyscy ostrzegali przed tymi dousznymi… Ale kto słucha dorosłych, kiedy jest młody? No właśnie.

Czyli to nie było nic, co by słyszała. 

W mieszkaniu pachniało jak zwykle. Brązowym ryżem z lunchu, oolungiem, jej różanymi perfumami, talkiem, którego używała, lekko gorzkim zapachem ogrodu, zapachem deszczu, który wpadał przez otwarte okno. Nie, zapach nie był inny, niż zwykle. 

Widok? Ale co mogłoby… 

Czemu ogrodnik ścina żonkile, kiedy dopiero co grabił liście? 

Pani Wheelton-Jones powoli przesiadła się na wózek i podjechała bliżej okna. Serce jej waliło mocno, zupełnie jakby biegła. Ogrodnik zajmował się rabatką, na której królowały żonkile, nie grabił żadnych liści! 

Odchyliła się i oparła skroń o oparcie. Nie chciała patrzeć na mężczyznę, którego twarzy nawet nie znała. Patrzyła zatem na szybę. O! Właśnie to! Znalazła to, co jej tak przeszkadzało! Na górze, pod sufitem była plama na szybie. Musi powiedzieć Loli, żeby postarała się ją usunąć. 

Westchnęła. Tyle lat walczymy o czyste powietrze, ale jednak dużo jest jeszcze go zrobienia! 

~~~~

– Ej! Kurwa, Mill1e_23!!!

Rzucił pustym pudełkiem w swoją koleżankę. Pudełko było recyklingiem i były w nim gumy do żucia. Nosił je dla fame’u i nie chciał wyrzucać, ale nie miał innego wyjścia. Mill1e_23 w pracy zawsze zajmowała się wszystkim, byle nie robotą. Taka była. Ale żeby na posiedzeniu zarządu? Czy tu, kurwa mać, nie ma granic? Zero ogarnięcia, zero. 

Mill1e_23 nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Dalej gapiła się szklanym wzrokiem w szkła swoich okularów. Jak znał życie, coś kupowała. Oczy w lewo, oczy w prawo. Kurwa, swipuje. Szuka randki. Ta nowa apka jest faktycznie zajebista. Chyba musi ją dziś odpalić. Tylko profil zrobić dobry. Wpisze „żurnalista”, albo „tuber”. Będzie cool. Laski na to polecą. Social rank poszybuje mu pod niebiosa. Odbije sobie ostatnie niepowodzenia.

– Mill1e_23, dafak?

Jego CTO dalej nie zwracała na niego uwagi. Reszta zarządu, jak najbardziej. Nie, żeby byli bardziej, kurwa, zaangażowani. No, może oprócz B00riss4, ona siedziała jak zwykle prosto. W otwartym lapie sprawdzała coś, chyba dane finansowe, albo jej pozycję wyborczą. Wyglądała jak awatar na holdzie, nie jak człowiek. Zachowywała się podobnie. Ona, kurwa, już się nadaje do ich instytucji, już teraz. Się rozumie zaangażowanie, ale żeby chcieć robić politykę? Nope, nope, nope. 

Czasem myślał, że to nie wiek jest issue, tylko attitude. Nieco rewolucyjna była ta myśl, więc ją zostawił. Jeśli kasa od tego nie rośnie, rank nie rośnie, friendsów nie przybywa, to po co tracić na to czas? W sensie, na takie myślenie?

– Mill1e_23, mamy tu situation, a ty co, kurwa, loversa szukasz?!

Musiał wrzasnąć. No musiał. Nie wiedział, czy to będzie dobrze ocenione. Znaczy dobrze jak stanowczość, czy źle jak mobbing. Nie wiedział, a nie chciał ranka sprawdzać tutaj. Był prezesem. 

Mógłby jej neta wyłączyć, ale nie był samobójcą. To byłby overkill. Zresztą sam kątem oka podglądał swoją ulubioną sexcam. W południe laska dużo nie robi, ale jest. Leży, goła, rozwalona, na szarawej pościeli, z oczami nieobecnymi, bo patrzącymi w neta. To go jarało. Jarało go też to, że jej okulary miały niebieskie ekrany. Odschool to był straszny. W dodatku, nie wiedział, jaki ma kolor oczu. Tajemnica i moda.

No, dobrze, że nikt nie wie, co go kręci, wyśmialiby. Powiedzieliby, że jest syfonem, jednym z tych, co potrafią zassać każdą nową modę, sami niczego nie tworząc.

Śmieszność by go wykończyła.

Nie może sobie na nią pozwolić. Nie lubi być sam z sobą po robocie. A śmieszność znaczy, że wszyscy cię banują. Nawet bliscy by go bloknęli, jak zna życie.

Może nie lubi chwalić się w necie swoją robotą, może nie, ale kurwa ktoś to musi robić, nie? Jest męczennikiem tego społeczeństwa!

– Situation? Srejszyn mamy, nie situation – powiedziała wreszcie Mill1e_23, nie przerywając połączenia – Była burza, poszedł impuls, life support czknął, sfajczył się najstarszy awatar. Jedno próchno się przeraziło, tętno mu skoczyło i tyle situation! Awatar, czkawka i próchno! O czym my tu rozmawiamy? – odwróciła się w jego stronę, lekko zarumieniona. Zawsze tak reagowała, kiedy randka zapowiadała się fajnie. 

– Kogo złowiłaś? – Karina_lol nachyliła się do niej przez stół.

– Gameboya – powiedziała i wyciągnęła rękę w górę w geście tryumfu – Gameboya, kurwa!

Fiuuu. No, to musiała mieć niezły profil, skoro z tą robotą i z tym „CTO” w rubryce zawód, złapała kogoś z samego szczytu. Nieważne, czy gameboy był początkujący, czy był masterem, złapanie jednego z nich to było, jak… no wow, no. Duża rzecz. 

– Ja pierdolę, Mill1e_23, to co ty tu robisz? Idź się przygotuj!

Karina_lol zawsze była, kurwa, pomocna! Ale my tu mamy…

Przyjrzał się Mill1e_23. No, musiała się przygotować. Niby wszystko OK, zrobiona jak wszyscy, cycki, zero tłuszczu, zaszyty żołądek, ale to już dwadzieścia cztery lata. Niemało… za połówką.

Wiedział, że sam jest po trzydziestce, ale on jest facetem. A kolesie, do takich instytucji, jak ta, którą zarządza, idą pięć lat po laskach. On ma jeszcze trochę. Już nie na randkowanie, za stary jest na ten market. Ale sexcam są niezłe i mu wystarczą. No co, no? Dostał zły przydział, ale jaka to różnica? Net jest, kasa jest, chałupa jest, ma dwanaście lat do końca, co tu miałczeć? 

Więcej w „Mikropowieści. Dwie” Moniki Lech

Również na Amazon.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *