Skip to content

Morze krwi – fragment powieści

Last updated on 18 lutego 2020

Seria zaczyna się „Morzem krwi”. Człowiek dowiaduje się, że obok świata Ludzi jest inny świat. Czy Człowiek zdecyduje się w niego wejść?

Fragment rozdziału pierwszego „Morza krwi”

Nie umiem się troszczyć o ludzi

Andrea

– Trzymaj się! – wrzasnęłam do kobiety siedzącej na przednim siedzeniu.
W zasadzie nie wiem, czemu darłam twarz, bo i tak ręce miała zaciśnięte na klamce i prawie białe kłykcie. Mruczała pod nosem „Zdrowaś Mario” i zrozumiałam, głupia pała, czemu kobiecina tyle lat wytrzymywała z mężem, który jej obijał nerki. Pewnie słyszała, że musi z pokorą znosić, co Bóg dla niej przeznaczył.

Szarpnęłam kierownicą i skręciłam w jednokierunkową. Pod prąd.

Nie, kurwa, nie jestem samobójcą. Jest druga w nocy, nikt nie jeździ Szlakiem o tej porze. Jeszcze w Krowoderską, Kolberga i stop. Światła samochodu, który starał się nas złapać na Alejach dawno zostały w ciemności. Trzeba było, żulu jeden, nie gapić się w nawigację, tylko siedzieć mi na zderzaku.
Kobieta westchnęła z ulgą, kiedy się zatrzymałam. Zupełnie, jakby mój sposób prowadzenia samochodu skrócił jej życie o dwie dekady. No, nie jestem najlepszym kierowcą, to fakt. Jakie to ma znaczenie, skoro jesteśmy tu, gdzie chciałam i to w jednym kawałku?

Wysiadłam, otworzyłam drzwi po jej stronie.

Skuliła ramiona, co mnie wkurwiło. Rozumiem ją, serio, ten siniak na twarzy dalej jest bordowy, czyli ostatnie lanie dostała niedawno, ale musi się ogarnąć.
Niwiński, ty to jesteś jednak pindzia głupia, ile tobie zajęło „dochodzenie do siebie”? A tobie, idiotko, było o wiele łatwiej.
No, może i było łatwiej.
Sama nie wiedziałam, dlaczego skulone ramiona kobiety i jej pochylona głowa tak mnie irytowały. Nie, nie myślałam, że była słaba. Słabeusze nie wytrzymują kilku lat małżeństwa z katem. O, to był powód mojego wkurwu. Czułam w niej siłę, a ona zachowywała się, jakby nic nie mogła i tylko przyjmowała wszystko na klatę. Nie chciałam, żeby była taka przestraszona. Strach przyciąga uwagę ludzkich drapieżców. Musi się ogarnąć.

– Iza, nie bój się. Wychodź, zmienimy tylko samochód.

Popatrzyła na mnie oczami, które były szare jak moje i podobnie jak moje, widziały trochę za dużo.
– A ten?
– Pożyczony – powiedziałam i wzruszyłam ramionami, kiedy zbladła. Nie trzeba geniusza, żeby się domyślić, co to była za „pożyczka” – Iza, ruchy, nie mamy za dużo czasu – chciałam rzucić dodatkowo jakimś ciężkim słowem, ale jej nieuznający rozwodu ex-małżonek klął jak szewc i bluzgi kojarzyły się jej z przemocą.
Mnie się kojarzą akurat z czymś zupełnie przeciwnym, ale mam pewną wrażliwość i nie waham się jej użyć. Jak klnę, to wkurw mi opada. Wentyl bezpieczeństwa i te sprawy.

Zgarnęła swoje rzeczy, walizkę i dużą płócienną torbę i wygramoliła się z samochodu.

Potwierdziłam sobie wcześniejsze obserwacje: bark ma niemobilny, żebra obolałe i chroni brzuch. Przełknęłam żółć. Nic gnojowi nie zrobię, ale postaram się, żeby mogła żyć spokojnie.
Rozglądała się na boki, jakby chudy koleś, z którym połączyła się nierozerwalnym węzłem małżeńskim miał się zmaterializować tuż obok nas. Nie zmaterializuje się, bo jechałam bez świateł, byłam na swoim terenie i takie podmianki mam opanowane do perfekcji. Co oczywiście nie znaczy, że możemy tu sobie stać i omawiać pogodę w Zimbabwe. Aż tyle czasu nie mamy. Martyna czeka, a ona nie jest ucieleśnieniem cnoty cierpliwości.
Trzymałam drzwi, kiedy wyładowywała swój bagaż. Ręce jej się trzęsły, ale nie gnałam z pomocą. Musi poczuć, że umie i potrafi radzić sobie sama. Wyciągnęłabym te walizkę w sekundę, ale dłużej składałaby się do kupy. Pomagać, nie wyręczać. Dać poczuć, że może. Zresztą, mnie się nie chce uprawiać empatii.

Zaczynała się uspokajać.

Pamiętała, co jej powiedziałam: walizki nie ciągniemy, walizkę niesiemy. Cicho ma być tak, żeby żaden szczur się nie obudził.
Szłam przodem, z nożem ukrytym w dłoni i dwoma innymi pod ręką. Weszłyśmy w bramę. Pokazałam jej brodą, żeby przeszła głębiej, a sama przystanęłam, żeby posłuchać nocy. Brzmiała normalnie, jak na Kraków: telewizor, wrzask pijanych studentów, skuter, który gazuje na Alejach, ptaki i kilka klaksonów. Nikt nie biegnie w naszą stronę, żaden samochód nie wjeżdża w ten kwartał.

Poklepałam maskę mojego samochodu i otworzyłam go, jak Chaos nakazał, kluczykiem.

Bagażnik otworzył japę i kobieta włożyła tam walizkę i wypchaną torbę. Usiadła koło mnie i słowo daję, gdyby mogła, to zapięłaby pięć pasów.
– Iza, popatrz na mnie.
Od razu zrobiła, co kazałam, a ja miałam ochotę stuknąć się otwartą łapą w ten mój głupi łeb. Straszę ją, jak sierżant rekruta, no kurwa, no.
Odsunęłam jej z twarzy kosmyk rudych włosów. Będzie musieć je przefarbować, ale tym się zajmie ktoś inny.
– Iza? Jesteś ze mną? – szok i panika robi z mózgiem dziwne rzeczy, lepiej się upewnić.
Zamrugała. Łzy pojawiły się w jej oczach, a ja prawie walnęłam głową w kierownicę. Tego nie lubię w pracy, tej całej psychologii. Troski i opieki. Nie umiem się troszczyć o ludzi w ten sposób.

– Pojedziemy teraz spokojnie, jak dwie pańcie na sumę, dobrze?

Skinęła i postarała się o malutki uśmiech. Dzielna dziewczyna.
– Noe – powiedziałam do mojej nielegalnej AI – jaką książkę proponujesz?
– A na co twój gość ma ochotę? – odpowiedział mi rozpuszczający jajniki, zachrypnięty głos Richarda Armitage.
Iza drgnęła i zmarszczyła brwi. Nie miała prawa mieć styczności ze sztuczną inteligencją, ale w popkulturze zrobiło się z niej takiego stracha na wróble, że w każdym serialu historycznym jest przynajmniej jedna mordercza AI. Co się dziwić, że ludzie się boją?
– Jak na mnie nie naskarżysz, to dam ci posłuchać czego tylko chcesz – powiedziałam dokładnie takim głosem, jakim negocjowałam kwestie śniadania z debilami, którymi obdarzył mnie Chaos.
Potrząsnęła głową, ale uśmiechnęła się lekko.
– Można „Dziewięciu książąt Amberu”?
Skinęłam. No pewnie, że można.
– Po polsku czy angielsku.
– Może być po angielsku?
– Noe?

Moje pytanie zabrzmiało dokładnie w momencie, kiedy Noe zaczął czytać. Po co ja mu wydaję polecenia? Przecież jak każdy facet, Noe też „zawsze wie, co robi”.
Ruszyłyśmy i słuchałyśmy przez ponad godzinę. Miałam nadzieję, że w końcu zaśnie, ale oparła tylko skroń o szybę i patrzyła przed siebie. Dałabym głowę, że nie widziała nic, że nawet nie słuchała książki. Ale głos Noego ją uspokajał i dla mnie tylko to się liczyło.
Noe miał lepsze podejście do ludzi niż ja. To żałosne, że twór internetowy, którego istnienia zakazano prawem w 2038, umie koić ludzi, a ja, człowiek, za chuja psa tego robić nie potrafię.

Zjechałam do Macdonaldsa w Rabce i podjechałam na parking.

Iza patrzyła z przerażeniem na moje manewry. Pojęcia nie mam, czy bała się tego, jak parkuję, czy tego, że się w ogóle zatrzymałyśmy.
– Easy. Tu cię zostawiam z współpracowniczką, z którą pojedziesz do Wiednia. Pamiętasz? Umawiałyśmy się, że wydostaję cię z domu, a później przekazuję dalej, innej opiekunce?
Znowu skinęła głową, a puls widoczny na szyi wydawał się zwalniać.

Martyna, niższa niż ja, młodsza niż ja, bardziej wyszczekana niż ja, otworzyła drzwi i bez zaproszenia wstawiła różowy łeb do samochodu. Kolor rozwalił mi źrenice. Ostatnio miała seledynowe włosy. Niezbyt twarzowe, jeśli mam być szczera. Dwa dni się nie odzywała, kiedy zasłoniłam oczy i powiedziałam, że nie wiem, czy kolor jest OK, bo to chyba nie jest kolor. Na nieszczęście Martynie szybciej przechodzi foch, niż spłukuje się farba.
– Joł, laska – podała rękę Izie i wyciągnęła ją z samochodu – chcesz siku, albo coś zjeść? Jak nie, to jedźmy, nie mogę się doczekać, kiedy depnę na autostradzie.
Kobieta pokręciła głową, zdziwiona, że ktoś, kto sięga jej do ramienia, rozstawia ją po kątach.
– Masz wszystko? – wolałam się upewnić.

Bywały momenty, kiedy Martyna nie była wzorem człowieka zorganizowanego.
Popatrzyła na mnie, jakbym miała żółte włosy, a ona bardzo chciała mieć takie same. Uniosłam ręce.
– Rozumiem, możesz być rozjebana prowadząc własny biznesy, ale…
– … ale robota to robota – odwróciła się do Izy i podała jej rękę – Martyna Hirsch. Wydzieram cię ze szponów nudziary i porywam w lepszą przyszłość. Tędy proszę – szerokim gestem, który mógłby ogarnąć i stojące niedaleko tiry, zaprosiła Izę do swojego samochodu.
Odjechały trzy minuty później.
W Wiedniu były rano. Iza dotarła do Frankfurtu, a z niego pojechała gdzieś wgłąb Niemiec. Moja kumpela z ex-roboty dała mi znać, że Iza nowe życie zaczęła w południe. To była piąta kobieta od początku roku, którą przeszmuglowałyśmy w bezpieczne miejsce.
Jest to, kurwa, padaka, że w 2052 trzeba pomagać kobietom wydostawać się z toksycznych związków w taki sposób, nie? Jedna pani, drugiej pani, a ta jeszcze kolejnej. Ja pitolę, aleśmy sobie nowoczesność fundnęli.

Alex

Czy ja mam jeszcze nogi? O reszcie, tej poniżej pasa, nawet nie wspomnę… Dotkliwy ból informował, że mam ramiona i plecy. Brak czucia od pasa w dół przerażał mnie bardziej, niż ból prawie spalonego ciała.
– Ciesz się, Mnichu. Nic nie idzie do amputacji.
Sanitariusz wstał, poklepał mnie po ramieniu i prawie zawyłem, bo skórę tam miałem poparzoną do mięśni.

Niech mi ktoś powie, jakim cudem osoba zajmująca się udzielaniem pomocy, może być tak bezmyślna? Moja Bestia popatrzyła na niego z gniewem oraz, ku mojemu zdziwieniu, z wyrzutem, a ja zacisnąłem zęby. Wysoki mężczyzna cofnął się o dwa kroki. Zbladł.
Good, kiedy Alfa jest chory i zły, lepiej nie wchodzić mu w drogę.
– No co? Noga odrasta pięć, siedem lat. To się zrośnie w pół roku – pocieszał mnie, odsuwając się o kolejne parę kroków, z opuszczonymi oczami i odsłoniętą szyją.
Gdzieś z boku płomienie huknęły jak stara armata. Mój przełożony, Yi Hyeon Ju, nie przekrzykując ich, mówił coś spokojnie do dwóch Inkwizytorów, którzy z nim przyjechali.

Odwróciłem głowę w ich stronę, chcąc zobaczyć, co się dzieje i miałem wrażenie, jakby moja poparzona skóra schodziła ze mnie, jak wylinka z grzechotnika, cal po calu. Cal po calu. Dobrze, zrozumiałem, nie będę się ruszał. Do tej pory skóra „tylko” bolała i ciągnęła, wróćmy do tego stanu.
Oparzenia są gorsze, niż złamania, niż rany po postrzałach, niż odłamki, niż rany cięte. Są najgorsze ze wszystkich rodzajów uszkodzeń ciała. Ja wam to mówię, Inkwizytor.
Mój szef stanął nade mną, opierając rękę na otwartych drzwiach samochodu, w którym siedziałem. Powiedział tylko jedno słowo:
– Śpij.
Jego magia przepłynęła przeze mnie, chłodna i nieuchwytna.
„Byle tylko tatuaże ocalały” – pomyślałem, nim straciłem przytomność.

Morze krwi, Monika Lech, Amazon.com

Published in"MORZE KRWI", część 1

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *