Morze krwi – fragment powieści

przez | 7 lutego 2019

Hyeon Ju, mój przełożony, zjawił się na miejscu ostatniego ataku i oznajmił mi ze spokojem, że Biuro potrzebuje trochę luzu, aby znaleźć dziury w systemie bezpieczeństwa i żeby poradzić sobie z tymi atakami. Dodał także, iż w związku z tym owo Biuro potrzebuje mnie usunąć z drogi na chwilę. Nie byłem tym ani zdziwiony, ani obrażony. Ani nawet bardziej zirytowany.
Moja permanentna irytacja, którą dawałem odczuć moim współpracownikom brała się głównie z bólu, który odczuwałem w sposób prawie ciągły. To taki rewers naszej długowieczności, wygodnie przeoczany przez młodszych Zmiennych, inna strona szybkiej regeneracji i szybszego zdrowienia. Ból. Ból jest moim najlepszym przyjacielem. Moim BFF. Nawet jak się jakiś czas nie widzimy, to potem szybko nadrabiamy zaległości w kontaktach.
Tak naprawdę to chyba dobiło mnie to, że mój przełożony, osoba, którą naprawdę poważam, uznała, że naprawdę spokojnym i bezpiecznym miejscem jest Kraków. I że w tymże Krakowie będę dobrze strzeżony w czasie mojej długiej i mam nadzieję, nudnej,  rekonwalescencji.
Kraków? Gdzie jest Kraków? Co się dzieje w Krakowie? Nic i właśnie to,  zdaniem mojego szefa, predestynowało to senne miasto do bycia najlepszym w tym momencie miejscem dla mnie. To i ochrona, która ma zadbać o moje bezpieczeństwo, a raczej pilnować, żebym nie wystawiał nosa z nory i trzymał pysk przy ziemi. Easy peasy.

Dla mnie, starego Zmiennego, dla bardzo dominującego osobnika, dla Alfy, konieczność oddania się, czy w czasie słabości, czy niepełnej sprawności fizycznej, czy choroby, pod opiekę kogoś innego jest nie do zniesienia. Zatem byłem nie do zniesienia. 

Nie byłem zadowolony w samolocie, nie byłem zadowolony na żadnym z trzech lotnisk, na których się zatrzymywaliśmy i przesiadaliśmy się, bo lecieliśmy unikając lotów bezpośrednich i porządnych linii lotniczych, nie byłem zadowolony w taksówce, nie byłem zadowolony, kiedy wchodziliśmy do małej kawiarni w pobliżu rzeki. 

W kawiarni muzyka była nastawiona tak, że nawet stojąc na zewnątrz czułem, jak szyby wibrują w rytm basów. Czułem je na skórze. Basy bywają bolesne. W kawiarni było jeszcze gorzej. Jestem pewien, że muzyka i jej głośność były powodem, dla których knajpka była pusta. Owszem, w jasnym, przestronnym pomieszczeniu czuć było bardzo dobrą kawę i maślany zapach croissantów, ale nie mogłem tego nawet zacząć doceniać, bo przeraźliwie głośny beat zatkał mi nawet nos. Nawet pory w skórze. Moje uszy, wrażliwsze niż Ludzi, były przytkane i bolesne już po pierwszych trzech sekundach.
Humoru nie poprawiało mi także to, że poruszanie się o dwóch kulach jest niewygodne i robiłem to pierwszy raz w życiu. Siadłem przy owalnym stoliku, na miejscu, które wskazał mi Hyeon Ju. Mój przełożony podszedł do baru, za którym stała młoda, może dwudziestoletnia dziewczyna ze słuchawkami na uszach. Coś do niej powiedział i gestem dodatkowo poprosił o ściszenie muzyki. Dziewczyna bezradnie rozłożyła ręce i wskazała gestem na postać, która zamaszystymi ruchami myła ogromną szybę oddzielającą kawiarnię od ulicy. Za oknem, czystym i bez smug, widać było metalowy szkielet mostu, kładki w zasadzie,  i grupy pieszych, którzy niespiesznie przechadzali się po niej tam i z powrotem. Postać, kobieta, jak się domyślałem po sylwetce i zapachu, była ubrana w paskudne szare spodnie, z krokiem w okolicy kolan, z paskiem zwiniętym w okolicy talii w taki sposób, że wyglądała, jakby miała oponę od 18-kołowej ciężarówki owiniętą w pasie. Popielata bluza zakrywała ją od szyi po pas, kaptur zasłaniał głowę. Rytmicznie kiwała głową w rytm muzyki i sprawnie kończyła robotę.
Muzyka waliła sekcją rytmiczną, jakby od wybijania rytmu zależała przyszłość reszty wolnego świata, a wokalista wrzucał w przestrzeń: I’m only joking, and I don’t believe a thing I’ve said, what are you smoking, I’m just to fuck with your head, only a crazy little thing I read, only a crazy little thing I read…

Hyeon Ju kiwnął głową, dał mi znak, żebym siedział na swoim miejscu. Tak jakbym miał ochotę wstawać i tłuc się z tymi kulami gdziekolwiek, zwłaszcza po tych chodnikach, które jakiś sadysta wyłożył nierówną, granitową kostką.
Wyszedł, stanął przy witrynie i patrzył na myjącą szybę kobietę wzrokiem wytrawnego łowcy. Cierpliwie, spokojnie, bez przerwy, wiedząc, że wcześniej czy później ofiara się spostrzeże i rzuci na niego okiem.
Faktycznie, po kilku sekundach, co było bardzo dobrym, jak na Człowieka rezultatem, kobieta uniosła głowę, popatrzyła, znieruchomiała i po kilku sekundach skinęła głową zapraszając go z powrotem do środka. Potem z kubełkiem, prawie pustą rolka papierowych ręczników i windexem w ręku, potruchtała w kierunku baru i wchodząc na zaplecze znacząco ściszyła muzykę. Wokalista dalej wyśpiewywał refren: What are you smoking, I’m just to fuck with your head…
Błogość osiadła w kawiarni razem ze względną ciszą. Młodziutka barmanka zdjęła słuchawki i westchnęła opierając się o ścianę. Hyeon Ju usiadł obok mnie i nie odpowiedział nic, kiedy patrzyłem na niego pytająco. Diabelskie Koty. Ale ja też potrafię być cierpliwy. 

Barmanka podeszła do nas z menu, ale Hyeon Ju rzucił od razu:
– Cappuccino i croissant – powtórzyłem jego zamówienie. To, co prawda, nie jest posiłek, ale umiem się dostosować.
Starałem się usiąść wygodniej, ale niewiele dało się zrobić, kiedy obie nogi są na sztywno wyprostowane. Wiec powierciłem się tylko i wykorzystałem czas, żeby się rozejrzeć. Kawiarnia nie była duża. Miała wszystkiego dziesięć stolików, z czego trzy, przy niskich i dość wygodnych, wściekle różowych kanapach. Duży, włoski ekspres stał za barem. Ściany miały rozbielony turkusowawy odcień, jednocześnie jaskrawy i nie męczący. Miejsce było czyste, spokojne i puste. Trudno się dziwić. Jeśli wchodzących już na wejściu chce się zabić muzyką, to kto tu będzie siedział? No, może dla barmanki da się tu przychodzić. Była młoda i przyjemna w ten kojący, słowiański sposób, z szeroką twarzą o idealnej cerze, jasnych, błękitno-zielonych oczach, włosach zafarbowanych kilka tygodni temu na różowo i już lekko wyblakłych. Miała może z 1,55 cm i krągłą, kobiecą figurę z niezłym biustem. Tak, dla niej zdecydowanie da się tu przychodzić.
Naszą kawę i croissanty przyniosła jednak nie ona, tylko ta druga. Nie przebrała się. Pachniała windexem, mydłem z delikatną nutą róży, lekko świeżym potem, ziemią, jaśminem i ostrożnością, która promieniowała od niej na odległość. Postawiła przed nami naszą kawę i słodkości, postawiła na stole duży kubek z earl greyem i sięgnęła po krzesło. Nim usiadła skłoniła się głęboko w kierunku Hyeon Ju, który zrewanżował się jej minimalnie płytszym ukłonem. Mnie zignorowała zupełnie. Potem usadowiła się naprzeciw nas, ale tak, żeby siedzieć twarzą do drzwi i widzieć okno, które przed chwilą skończyła myć.
– Hyeon Ju – podniosła głowę i uśmiechnęła się lekko do mojego szefa – wizyty twoje i twoich przyjaciół są dla mnie, jak zwykle, przyjemnością. Kiedyś powiesz mi w końcu, czym na ten zaszczyt zasłużyłam, bo z całą pewnością nie przyjeżdżacie dla czystej radości jaką dają konwersacje ze mną – powiedziała płynnym angielskim, ze śladem akcentu, którego nie umiałem jeszcze umiejscowić, nie był to jednak z całą pewnością polski akcent.
Uśmiechnęła się jakby połową twarzy, łobuzerskim uśmiechem, który od razu przywołał wyraz radości na twarz mojego szefa, który ogólnie nie jest znany ze swobodnego używania mięśni twarzy.
Inni przyjaciele? Hyeon Ju przyprowadzał tu innych? Zmarszczyłem brwi. Przyjrzałem się kobiecie. Była młodsza niż mi się wydało. Druga połowa dwudziestki, jeśli mam zgadywać. Wysokie czoło, duże, bardzo duże szare oczy, z ciemnymi, nieumalowanymi rzęsami. Ciemne brwi. Dość pełne usta. Krótkie włosy w kolorze ołowiu, z widocznymi nitkami siwizny, spięte w kucyk na czubku głowy. Włosy na karku krótko zgolone, mniej więcej od wysokości uszu w dól. Długa, cienka, biała blizna, zaczynająca się pod prawym uchem prowadziła wzdłuż kości szczeki prawie do samej brody. Po prawej stronie, tuż pod linią włosów była inna blizna, o dziwacznym kształcie, jakby zrobiona kapslem od butelki… jak złowrogi fraktal, białawy, ledwie widoczny, ale nie ukrywany.
Hyeon Ju napił się kawy i popatrzył na dziewczynę.
– Powiem ci nawet dzisiaj, czemu zawdzięczasz tę wizytę – powiedział łaskawie, po polsku, z okropnym akcentem, ale płynnie, odchylając się na krześle.
Dziewczyna uniosła lekko brwi, skinęła głową i przeprosiła:
– W takim razie muszę zmienić muzykę na coś odpowiedniego. Odpowiedniejszego do sytuacji. – nie zmieniła języka. Dała do zrozumienia, że preferuje angielski, mimo, że po polsku mówiliśmy obaj z Hyeon Ju.
W tle ten sam głos, który śpiewał poprzednio, równie rytmicznie i niestety nie lepiej, wyśpiewywał teraz:  Woah come with me now, I’m gonna take you down, woah come with me now, I’m gonna show you how, afraid to lose control, and caught up in this world, I’ve wasted time, I’ve wasted breath, I think I’ve thought myself to death. Prawie parsknąłem śmiechem. Jako żywo, autor tych utworów muzycznych nie sprawiał na mnie wrażenia, jakoby myślenie miało być powodem jego śmierci. Ale niechaj się łudzi. 

Odpłynąłem na chwilę na fali ostrego bólu. Ból czasem tak działa. Odrywa od ciała. Dlatego w rytuałach inicjacyjnych tak często jest używany jako trigger. Bo działa, bo potrafi przenieść cię na inny, wyższy poziom. Albo do innej części twojego mózgu. Atak na mój dom. Siedmiu napastników. Pięciu z nich to Zmienni, dwaj to Ludzie, poruszający się i zachowujący, jak żołnierze.
Uświadomiłem sobie, że zapach jednego ze Zmiennych był znajomy. To David Willets, Kot, który zniknął był z radarów grubo ponad trzydzieści lat temu. Wcześniej szukaliśmy go za ataki na Ludzi w niewielkiej wiosce w Walii. Potem z wioski zaczęły znikać dzieci. Przesądni ludzie obwinili o spowodowanie zniknięć dużą, wielopokoleniową rodzinę Pakistańczyków, która świeżo osiedliła się w tych okolicach. Dom tej rodziny spłonął, kilka osób zostało rannych, rodzina uciekła do Liverpoolu. David wyprowadził się dopiero po całej tej sytuacji. Dzieci przestały ginąć. A Davida nikt nie widział od tej pory. Co robił w moim domu? Dlaczego byli z nim Ludzie? Dlaczego udało mi się przeżyć? Dlaczego podążają moim śladem? Co wiem? To ja, sprawa, czy Inkwizytorzy są celem?
Zawiesiłem się na sekundę, jak stary model komputera, patrząc gdzieś w przestrzeń. I myśląc.
Dziewczyna podeszła do komputera, stuknęła w kilka klawiszy i z głośników rozległy się klasyczne rytmy Stinga. Englishman in New York. Bliss. Utter bliss. 

Usiadła, zadowolona z siebie. Spokojnie i w milczeniu czekała na Hyeon Ju, żeby ten kontynuował. Nie wiem, co w niej było, bo normalnie mój szef nie pozwalał się tak rozstawiać po kątach, przerywać sobie znienacka, a potem jakby nigdy nic, zaczynać w momencie, w którym przerwał.
– Andrea Niwiński, chciałbym ci przedstawić mojego przyjaciela i współpracownika, Alexander Dougal Fitzwilliam. Alex, moja dobra znajoma Andrea Niwiński.
Hyeon Ju swoją arystokratyczną ręką wskazał na mnie. Uśmiechnąłem się krzywo i wyciągnąłem rękę. Miała suchą, lekko szorstką skórę i mocny uścisk ręki. I dużo, bardzo dużo odcisków. Na palcach i na dłoni, pod palcami. Kilka wyczuwalnych zgrubień. Stare blizny? Widać było, że na życie zarabia własnymi rękami. Sprząta? Gotuje?
– Tylko nie Alexander. I na pewno nie Dougal. Alex jest bardzo ok. I proszę wybaczyć, że nie wstaję – głową wskazałem na kule.
– Hyeon Ju, to pierwszy z twoich przyjaciół, który potrafi mówić. – dziewczyna odwróciła się w kierunku mojego szefa, wyłączając mnie, po raz kolejny, z rozmowy – Jestem pod wrażeniem.
– A czemu zmieniłaś muzykę? – zapytał mój szef w związku z niczym.
Zastanowiła się, przejechała językiem po przednich zębach, przeciągnęła wzrokiem po ulicy, widocznej za oknem.
– Cause he’s a legal alien – zacytowała Stinga, uśmiechając się połową twarzy. Zastanawiałem się, czy to jest jej leniwy sposób na uśmiech. – I wygląda mi na Brytola.
– No jest alien – Hyeon Ju skłonił głowę w moim kierunku – nawet bardzo jest. Ale żeby na Brytola? Skąd…
– Nie wiem – przerwała mu zdecydowanie, jakby nie chciała powiedzieć ani słowa więcej.
Hyeon Ju, co do niego niepodobne, ponownie skłonił głowę i nie kontynuował tematu. Nie kontynuował. Skoro mój szef, który wkłada twarz we wszystko i lubi wszystko wiedzieć, nie przypiera jej do muru, to coś tu musi być bardzo, ale to bardzo nie w porządku. 

Dziewczyna patrzyła na niego z półuśmiechem, czekając, na to, co będzie powiedziane i zrobione, jakby miała do swojej dyspozycji cały czas świata. Ciekawość. Czułem, że jest zaciekawiona. Nachyliłem się nieco w jej kierunku, Hyeon Ju wyłapał mój niezauważalny ruch z wyrazem, który widziałem wiele razy i który zwykle oznaczał, że coś go zafrapowało. Ja byłem bardziej zniecierpliwiony niż zaciekawiony. Chciałem iść do hotelu i położyć się na godzinę. Zmienić się. Mniej bolało, gdy byłem Wilkiem. Ból towarzyszył mi od czterech dni, bez przerwy, w każdej minucie. Teraz do bólu kości dołączyły jeszcze bolesne skurcze mięśni. Wiedziałem, że to znaczy, że się regeneruję, ale wiedza nie łagodziła bólu. Ani o jeden stopień. Hyeon Ju obrócił w rękach filiżankę i oznajmił:
– Potrzebuję profesjonalnej pomocy. Twojej. – zaciekawiło mnie to. Potrzebował posprzątać mieszkanie? Przesadzić kwiaty w ogrodzie? Wydać przyjęcie? Dziewczyna wydawała się również zaskoczona. Odchyliła się do tyłu, założyła ręce na piersi i nawet nie musiałem czuć narastającego w niej dyskomfortu, widziałem go.
– Mam akurat teraz kilka rzeczy na głowie – powiedziała ostrożnie.
Hyeon Ju przerwał jej delikatnie nim zdążyła wypowiedzieć kłamstwo. Czujemy, kiedy ktoś mija się z prawdą, wiemy, kiedy Ludzie i Zmienni kłamią. Czasem lepiej jest przerwać, nim ktoś zdąży skłamać naprawdę poważnie.
– To nie zajmie ci dużo czasu, raczej… przestrzeni – powiedział, jakby chciał wynająć powierzchnię magazynową. Wyczuł moją irytację i popatrzył na mnie rozbawiony – Potrzebuję bezpiecznego i cichego miejsca dla mojego przyjaciela – głową wskazał w moją stronę – żeby dać mu szansę powrotu do pełnej formy.
Popatrzyła na mnie ze sceptycyzmem, któremu jakoś nie byłem się w stanie przeciwstawić. Sam patrzyłem na nią i na wszystko, od początku tej podróży, sceptycznie.
– Do pełnej formy? Z takim uszkodzeniem obu nóg? Ma też sztywne lewe ramię i usztywnioną lekko prawą połowę ciała, prawda? Postrzał? Kilka postrzałów? Jeden dość poważny, prawda? Widzę też zaczerwienioną skórę na karku i widocznym kawałku dłoni. Więc albo wkładał różne części ciała, po kolei, do wrzątku, albo się opalał, albo był w pobliżu jakiegoś wybuchu. To są spore uszkodzenia Hyeon Ju. Rekonwalescencja zajmie… rok?? No, pół roku na bidę – tak, czułem wyraźnie jej dyskomfort i niechęć. Nie musiała mówić nic więcej.
I akurat tu się z nią zgadzałem. Też nie chciałem tu zostawać. Ale trzeba przyznać uczciwie, jak na Człowieka, nie dysponującego naszym zmysłem węchu, moje urazy skatalogowała z imponującą precyzją. Nie zauważyłem nawet, że poddała mnie tak uważnej ocenie. Nie zlekceważę jej więcej. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *