Skip to content

Mój Wydawca chciał biogram. No, to napisałam…

Last updated on 30 maja 2020

Od dziecka czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce

Serio mówię: czytałam wszystko, łącznie z relacją z któregoś ze zjazdów PZPR opublikowaną w „Gazecie Południowej”! Dalej tak mam.

Dlatego, kiedy mój Wydawca, szacowne Wydawnictwo 4Generations, poprosiło o biogram, postanowiłam, że opowiem o sobie przez kilka ważkich książek i kilka ważnych dla mnie filmów. Wydawnictwo dostało oczywiście krótszą wersję tej story of my life i mam nadzieję, że Chaos pomoże im skrócić moje życie do kilku akceptowalnych linijek, które można umieścić na okładce. Już się cieszę na sprawdzenie, co z tego wyszło 😂.

Ja i książki, początek kłopotów

Pamiętam z dzieciństwa dyskusję rodziców na temat moich wyborów czytelniczych. Otóż kiedyś wychodził miesięcznik „Kontynenty” (reaktywowany, ale to już nie to). W owych „Kontynentach” publikowano książki, które pożerałam, bo były niezwykłe i pozwalały posmakować i egzotyki, i innej estetyki niż ta, z którą byłam zaznajomiona.

Dyskusja rodziców dotyczyła tego, czy chiński klasyk „Kwiaty śliwy w złotym wazonie” jest aby odpowiednią lekturą dla dorastającej panienki.
Podpowiem Wam: nie był. Zdecydowanie nie, ale ile radości miałam, czytając – to moje.

Mama uważała, że należy „Kontynenty” przede mną schować. Tata, wieczny sceptyk, a raczej realista, zapytał, od kiedy przed dziećmi da się schować coś efektywnie i dodał, że przecież to książka, nie dynamit, a ja nie mam dziesięciu lat, więc chyba nic się nie stanie.
Myślę, że mogę go obwinić za to, jak mi się gust rozwinął.

Na ilustracji rękopis „Kwiatów…” z XVII w, a szczegóły pod linkiem.

Cielęce lata

Postanowiłam zostać pisarką, kiedy – oglądając serial „Kosmos 1999” – natknęłam się na bohaterkę o imieniu Maya. Chyba się w niej zadurzyłam 🤭.

 

Powody/dowody?

Po pierwsze: miała super superpower – była zmiennokształtna! Mogła być kimkolwiek, choć przez ograniczony czas.

Po drugie: uwielbiałam jej imię! Chciałam być Mają, nie jakąś Monią.

Po trzecie: była piękna. Zazdrościłam jej tego, jak tylko niepozorna dziewczynka potrafi zazdrościć fantastycznej kobiecie.

Po czwarte: była kosmonautką, ja też chciałam.

Z tym był największy kłopot i dlatego zaczęłam pisać. Taka „akcja zamiast”. Nierozumiejącym kłopotu z wyborem drogi zawodowej wyjaśniam: kosmodrom najbliższy „mojemu miejscu zamieszkania” był, zdaje się, na terenie obecnego Kazachstanu. Kombinowałam, jak mogłam, ale wyszło mi, że dostanie się tam jest raczej niemożliwe. Po przeliczeniu odległości (z podziałki na mapie) stwierdziłam, że chyba już łatwiej byłoby mi wejść w posiadanie zdolności Mayi do błyskawicznej zmiany w kogoś innego.

Grona gniewu

Niestety – dziecięce marzenia musiały się poddać władzy fizyki. Dziadek nauczył mnie tabliczki mnożenia, kiedy miałam cztery lata (długo mu to miałam za złe, bo metodyka nauczania mocno mu szwankowała), a tata wbił mi w głowę zdrowy rozsądek i sceptyczne podejście, nim poszłam do szkoły, więc dość szybko zrozumiałam, że prawa fizyki na bycie zmiennokształtnym nie pozwalają i jedyne, co mi pozostaje, to wymyślanie światów, w których żadna „głupia fizyka” ani mnie, ani moich bohaterów nie obowiązuje.

Ten okres w moim życiu twórczym zaliczam do płodnych, aczkolwiek literacko bezsensownych i mało chwalebnych. Wszystkie moje główne bohaterki miały na imię Maja i były piękne. Przypadek?
No właśnie.

Bajki robotów

Później przyszedł czas Lema, po którym pozostała mi głęboka niechęć do tego autora. Zabijcie mnie, nie lubię go. Doceniam, podziwiam, ale nie znoszę :(. Nie wiem nawet, czemu go czytałam? Nie mam bladego pojęcia, pewnie chciałam się popisać dojrzałością.

Na szczęście, kiedy lizałam rany po „Pilocie Pirxie”, dostałam od św. Mikołaja dwie książki. Tytułu pierwszej nie pamiętam, pamietam za to doskonale, że traktowała o Piastównach Śląskich. Drugą książką był „Ostatni Mohikanin” Coopera. Po nim z biblioteki pożyczyłam wszystko, co napisał Karol May (geez, ależ to są marne książki!), całą trylogię indiańską Okonia i – niestety – wszystkie Tomki Wilmowskie. Zagryzałam Bunschem, przez którego nie znoszę Aleksandra Macedońskiego, i podręcznikami do biologii. Uwielbiałam ewolucję, choć uważałam, że nie wszystko jej wyszło (np. Homo Sapiens)

W tamtym okresie wpadłam na powieść SF „Umrzeć, by nie zginąć” Tadeusza Markowskiego i na „Paradyzję” Zajdla. Obie mi się podobały. Przeczytałam „Piaseczniki” G.R.R. Martina i miałam gęsią skórkę („Fantastyka” drukowała w tamtych czasach rzeczy naprawdę wielkie!)

Aaaa. No i czytałam Deanikeny. Młoda byłam – tyle mam na swoje usprawiedliwienie.

Pod koniec tego okresu odkryłam „Diunę” Franka Herberta i nie otrząsnęłam się z niej do dzisiaj. Już co prawda nie rzucam cytatami z tej książki na lewo i prawo, ale i tak normalną fanką powieści bym się (w dalszym ciągu) nie nazwała.

Od razu mówię: nie, nie czekam na serial.

Aaaa, „Władcę pierścieni” przeczytałam po „Diunie”, zachęcona przez przyjaciół z dzieciństwa. Nie zakochałam się w sadze od razu. Aragorn był nudny, Arwena to porażka, Legolas mi się nie podobał, Boromir zginął, a Frodo był świętoszkowaty. Jedynymi godnymi uwagi postaciami byli Sam i Eowina.

Czytałam chyba wszystko, co było w wiejskiej i szkolnej bibliotece, a co nie znajdowało się na liście lektur. Z nieznanych przyczyn wolałam Bunscha, Strugackich i Asimova od antków i anielek. Chyba wszyscy rozumieją dlaczego?

Kiedy powiedziałam polonistce w liceum, że chcę iść na filologię polską, powiedziała: „po moim trupie. Spróbuj, a przekonasz się, jak wygląda arcytrudna matura ustna z polskiego”. Tak, to chyba była groźba 🙄.

Ale miała niewiasta rację, nie byłam na studia humanistyczne przygotowana. W dodatku nauczycielka nie chciała, żeby moja egzaminacyjna porażka stała się plamą na jej zawodowym życiorysie. Moje lektury były wtedy zdecydowanie mało kanoniczne, humanistką byłam tylko w teorii, a brak wiedzy nadrabiałam retoryką.

Ustnej matury z polskiego nie zdawałam, bo napisałam pisemną tak, że z ustnej mnie zwolniono. Jednak obraziłam się na świat i nie poszłam na polonistykę.

Miałam plan B (zawsze mam plany B) i postanowiłam pójść na oceanografię. Chciałam badać ośmiornice. Ciągnęło mnie zawsze do istot inteligentnych. Niestety, temu sprzeciwiła się moja rodzina, a ja byłam jeszcze zbyt głupia, żeby sprzeciwić się ich sprzeciwowi. W czasach egzaminów wstępnych na studia byłam przygotowana do zdawania egzaminów z biologii, chemii, geografii i matematyki.

Poszłam na zootechnikę, bo blisko jej było do oceanografii, right? Nope. Po pół roku powiedziałam „pas” i stałam się zarabiającym na siebie, dorosłym człowiekiem bez wykształcenia😇.

Z fascynacji filmowych pamietam z tego okresu „Uwierz w ducha” i jakieś horrory, Dereka Jacoby’ego jako genialnego Klaudiusza, Aleksandrę Śląską w roli Bony i bardzo dobrą ekranizację „Królów przeklętych” Maurice Druona. A, i „Blues Brothers”.

„Ladyhawk”, czyli jak pokochałam czary-mary

Karma jednak ma wyjątkowo długie ręce i zlekceważone lektury szkolne dopadły mnie na studiach polonistycznych, na które zdałam dwa lata później, niż powinnam była.

Tam już nie było uproś i trzeba było przeczytać wszystko, łącznie z „Wspólnym pokojem” Uniłowskiego. Ktokolwiek musiał na egzaminie analizować scenę masturbacji, zrozumie mój ból.

Dałam sobie jednak radę, bo na tym polega życie, prawda? Na parciu do przodu. Zdać egzamin z literatury romantycznej łatwo nie było (wczesna twórczość Ujejskiego, jak pragnę zakwitnąć…), ale poszło. Gramatyka historyczna była moją radością, a językoznawstwo przekleństwem i karą za wszystkie edukacyjne zaniedbania. Ale mogłam czytać i nikt się nie czepiał, że to robię, zamiast poświęcać czas na „ważniejsze rzeczy”.

Jakby były „ważniejsze rzeczy”, duuuh.

Po dramatycznych przeżyciach związanych z zanurzeniem w tradycję literacką przestałam pisać na dobre dwadzieścia lat. Okres ten w dziwny sposób koreluje z wydaniem całości cyklu wiedźmińskiego. Trauma historycznoliteracka nałożyła się na przekonanie, które się we mnie pojawiło, a które brzmiało tak: Lech, prawdopodobnie nie napiszesz nic tak dobrego.

To były niesamowite lata, bo odkryłam fantasy, w tym Ann McCaffrey. „Jeźdźcy smoków”... ech:) to były czasy. Wtedy także wychodziły polskie tłumaczenia pozostałych części cyklu „Diuny” i wtedy także doceniłam Ursulę Le Guin, z jej „Lewą ręką ciemności” i „Grobowcami”. Good times, good times 🤓.

No i oczywiście to był niezły czas dla filmów SF i fantasy. Z przyczyn, których chyba nie chcę roztrząsać, najbardziej utkwiła mi w pamięci „Zaklęta w sokoła” z Michelle Pfeiffer i Rutgerem Hauerem.

Dwie pary najpiękniejszych oczu, jakie kiedykolwiek pojawiły się w filmie.

Nawiasem mówiąc predylekcja do postaci z filmów SF została mi na długo. Na przykład po obejrzeniu „Star Trek” (TOS) wahałam się, czy bardziej pociąga mnie Spock czy Uhura, a po „SG: Atlantis” zadurzyłam się (odrobinę) w Rononie Dexie. Nikt nie jest doskonały.

Z perspektywy czasu stwierdzam, że studia były początkiem okresu sentymentalnego w moim życiu czytelniczym, zakończonym drugim podejściem do Tolkiena i SAPKOWSKIM.

Pamiętam dziś okładkę „Fantastyki”, w której pokazał się nagrodzony w konkursie „Wiedźmin”.

Wtedy nie wiedziałam, że kiedyś będę oglądać serial, płakać ze śmiechu i uważać, że nawet odziany w skórzane gacie tyłek Cavilla tego gniota nie poprawi.

Kasa, misiu, kasa

Po studiach stanowiłam skupić się na karierze oraz na zarabianiu pieniędzy. Jako istota inteligentna zdawałam sobie bowiem sprawę, że pisarstwo nie jest specjalnie popłatnym fachem i na bycie twórcą należy sobie wcześniej zarobić.

Kolejne lata spędziłam zatem na gromadzeniu wpisów w CV. Nie będę udawać skromnisi: uważam, że mój życiorys zawodowy jest ciekawy (dowód? A proszę…). Obejmuje – między innymi – pracę w polskiej ambasadzie w egzotycznym kraju oraz pracę w mediach. Głównie internetowych, ale mam za sobą i pracę w radio i w gazecie.

Wiele lat spędziłam z fantastycznymi ludźmi w Onecie, a później przeniosłam się do Agory (gazeta.pl i Gazeta Wyborcza), gdzie także miałam szczęście do ludzi.

A! Praca za granicą była unikalną przygodą. Zobaczyłam polską dyplomację od podszewki, zanurzyłam się w obcej mi, fascynującej kulturze i czytałam po francusku. Ten język wbito mi do głowy jeszcze w liceum, a potem utrwalano na studiach, ale mówić nim nie mówiłam. Tymczasem okazało się, że musiałam. Więc uczyłam się, bo nie było innego wyjścia. Im więcej umiałam, tym ciekawsze książki odkrywałam (zaczęłam od „Mikołajka” skończyłam na Taharze Bel Jellounie i Patricku Chamoiseau).

Kariera w korporacji w zasadzie nie przeszkadzała mi w czytaniu (SF, książki popularnonaukowe, głównie historia, ewolucjonizm i antropologia), a na pewno ułatwiała zwiedzanie małego, ale pięknego kontynentu, jakim jest Europa.

No dobrze. Przyznam się do czegoś

Były okresy, kiedy pracowałam tak ciężko i tak dużo, że nie miałam sił na czytanie niczego „wartościowego” i pożerałam prawie wyłącznie romanse historyczne. Powiem na swoją obronę, że były po angielsku i Christie Caldwell wcale nie jest złą pisarką.
Nie pamiętam, żebym cokolwiek oglądała. Jak mawia mój przyjaciel: na to brakowało mi wolnych cykli procesora.

Leniwiec?

W 2018 postanowiłam, że „enough is enough” i zafundowałam sobie sabbatical, w czasie którego chciałam „nie robić nic, tylko pisać”.

I tym razem życie pokazało mi bardziej ironiczny profil.

Siedząc bowiem w domu i pisząc „Drogę Smoka” (której pierwszy tom, „Morze krwi” wyjdzie w I połowie 2020) spędzałam w pracy i nad pracą średnio po 15 godzin dziennie.

Czasem marudziłam, że: „zarządzanie postaciami, które się pisze, jest równie trudne jak zarządzanie charakternymi managerami z Onetu”. Przepraszam wszystkich, z którymi pracowałam i których w ten sposób mogłam obrazić. Ale serio, byliście i jesteście ludźmi z wybitnie mocnymi charakterami, praca z Wami była niebywale ciekawa, ale sporo ode mnie wymagała. Co mam na to poradzić? Jesteście moimi bohaterami, podobnie – jak moi bohaterowie.

Mieszkam w Warszawie, ale ciagle utrzymuję bliskie związki, rodzinno-przyjacielskie, z Krakowianami i Krakowem.

I w dalszym ciągu piszę 🤦🏼‍♀️.

Published inWydawanie książek i inne przygody

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *