Skip to content

„Mała” Edwarda Careya, czyli co to jest za książka!

Last updated on 16 października 2020

„Schowałam się w sobie. Wymyśliłam system znikania polegający na tym, iż wycofywałam się tak daleko wgłąb siebie, że choć z pozoru wyglądałam na tę samą istotę, co zawsze, to w rzeczywistości byłam zupełnie inna. Spychałam wszelkie myśli i uczucia w skryte zakątki ducha, gdzie były bezpieczne. Na zewnątrz przemieniałam się w coś w rodzaju automatu. Wydawane mi polecenia nakręcały mnie niby kluczykiem i wykonywałam je mechanicznie, acz wzorcowo. Nałożyłam samej sobie knebel i odgrywałam rolę służącej, by mieć szansę przeżyć. Gdy jednak zostawałam sama, kiedy wszyscy byli gdzie indziej, przywoływałam siebie z porotem i znów byłam Marie w każdym calu. Nie zatraciłam siebie”. [s. 138-139]

Przepisałam cytat, który w notatkach z lektury zaznaczyłam jako „cytat otwarcia” , i gapiłam się na ekran, nie bardzo wiedząc, co napisać po nim. „Fantastyczna”? „Wciągająca”? „Inteligentne spojrzenie na kondycję człowieka”? Please…

Prawda jest taka, że „Małą” Edwarda Careya skończyłam, zamknęłam i otworzyłam znów na pierwszej stronie.

I zaczęłam czytać od początku

Jest to książka miejscami zabawna, miejscami poruszająca do głębi, w innych Jeszce momentach przerażająca i pokazująca zakamarki psychiki, których widzieć nie lubimy.
Jest przede wszystkim pozycją świetnie napisaną, językiem potoczystym, który nie narzuca się czytelnikowi, ale który i tak – jakimś cudem – wbija się w głowę. Kawał dobrej prozy!

Ale czym jest ta „Mała”?

Książka Edwarda Careya autobiografią małej Szwajcarki, którą świat zapamięta później jako Madame Tussaud, tę od gabinetów figur woskowych. To historia dziewczynki, która w zasadzie nie miała ojca, straciła matkę, prawie straciła szansę na miłość, prawie zginęła w czasie Rewolucji Francuskiej, która poznała ostatniego króla Francji i Pierwszego Konsula, który z kolei stał się Cesarzem Francuzów, która była służącą, a następnie towarzyszką siostry króla, która siedziała w więzieniu z Kreolką światu znaną lepiej jako Józefinę, która urodziła dzieci, straciła wszystko i w wieku, który i dziś uważany jest za średni, zaczęła wszystko od nowa, by stać się „tą madame Tussaud”.

To przedziwna książka

Mówiłam już, że język – jednocześnie poetycki i prosty, docierający do głębi – jest mocną stroną pozycji Careya. Nie wspomniałam o elementach groteski, horroru i makabry, które sprawiają, że czytelnik zatrzymuje się i pyta: moment, ale co????

Ale są też ilustracje, które jak mówi strona tytułowa, wykonała sama bohaterka i narratorka powieści. Owe ilustracje nie są prostym dodatkiem do treści. One ją komentują, są naturalnym – dla Małej – rozwinięciem tego, co kobieta pisze.

Mała Anne Marie Grosholz…

… zaczyna swoje życie w niewielkiej szwajcarskiej wiosce i od niej, od chwili narodzin, zaczyna się opowieść. Marie relacjonuje nam swoją historię od dnia narodzin, a w zasadzie to od swego poczęcia. Kreśli portret swojej matki, szwajcarskiej wieśniaczki, córki pastora, której nie zdołały pokonać ani samotne macierzyństwo, ani konieczność opieki nad mężem, który w końcu wraca do domu jako kaleka, ani samotność, ale która nie wytrzymuje życia wśród woskowych modeli anatomicznych w Bernie, na służbie u niejakiego doktora Curtiusa. Dosłowność i wystawiona na widok prawie publiczny mechanika człowieczych ciał to dla niej za wiele.
Curtius – który stanie się w życiu Marie ważną postacią – przygotowuje modele i rysunki dla lekarzy i chirurgów z berneńskiego szpitala. Ale o tym później.

Małej Marie wątroby i nerki, te z wosku i te prawdziwe, zdają się nie przeszkadzać, bo Marie to dziwna istota.

„- Cóż z ciebie jest za stworzenie!
– To tym jestem? Stworzeniem?
– Tak, moim małym stworzonkiem”. [s. 16]

Ten dialog między matką Marie a dziewczynką jest wg mnie ważny, bo to pierwsze podejście do autookreślenia, jakie podejmuje Marie. Zauważcie jak ambiwalentną to definicja! Jak niedodefiniowana! Wszystko przecież jest „stworzeniem”, nie tylko to, co żyje. Ziemia, rośliny, zwierzęta, skały, ludzie.

Marie jest „stworzeniem”, nim właśnie się czuje.

Tak więc w Bernie Marie zostaje bez matki, ale nie ucieka, nie pogrążą się w rozpaczy, uparcie trzyma się tego, co jest dla niej nadzieją na lepsze życie oraz tego, co pokochała: pracy z odlewami.
Przejmuje rolę, którą jej matka miała pełnić i zostaje na poły służącą, na poły asystentką Curtiusa.

Zaczyna się krótki okres szczęśliwego życia, w którym Marie nie tylko pracuje ale i uczy się od swojego pracodawcy. Uczy się rysować, staje się de facto czeladnikiem. Tworzą dziwną, ale pasująca do siebie parę: on wyrzutek ze świata medycznego, introwertyk z fobiami próbujący wyjść do ludzi; ona: drobna, brzydka sierota, która ma w sobie nieopanowaną ciekawość świata i umie na wszystko patrzeć z szacunkiem.

I byliby sobie żyli, i produkowani modele anatomiczne i rysunki, gdyby nie zawiść, która doprowadza do tego, że

Marie i doktor Curtius muszą uciekać z Berna

Jego ścigają długi i niezadowolenie zazdrosnego o powodzenie odlewów przełożonego, ona – dziecko bez żadnej rodziny – upiera się, że pojedzie z nim. Jadą do Paryża, do człowieka, którego poznali przypadkiem i któremu mają zamiar zwalić się na głowę. Szczęśliwie znajomy okazuje się człowiekiem przyzwoitym i pomaga im znaleźć lokum. I tak oto zaczyna się okres paryski w życiu Marie i Curtiusa.

Czas zmian

W Paryżu zamieszkują u wdowy po krawcu, która – delikatnie mówiąc – nie lubi naszej Marie. Tu także dziewczynka traci swoje imię i wszyscy mówią do niej właśnie Mała. Zauważcie, że to jakby zredukowanie dziewczynki, która zaczynała właśnie zyskiwać podmiotowość i tożsamość, sprowadzenie jej z powrotem do statusu nieco poniżej ludzkiego. „Mała” może być przecież i izba, i porcja, i szafka.

W domu wdowy Picot dziewczynka oswaja, bo nie można powiedzieć, że się zaprzyjaźniała, syna gospodyni, Edmonda, istotę (jak Marie) z pogranicza światów. Edmond jest patologicznie wręcz nieśmiały i kiedy w jego otoczeniu są obcy, zamienia się – prawie dosłownie – w manekina.

Manekiny są zresztą wszędzie w domu wdowi Picot, są jego równoprawnymi lokatorami, a jeden z nich jest szczególny, jest bowiem podobizną zmarłego męża gospodyni. Nieżyjący krawiec, Henrie Picot, niby opuścił ten świat, ale cały czas patrzy na domostwo uważnie i cały czas jest przez swoją żonę pielęgnowany. Wdowa Picot, jak większość bohaterów książki Careya, ma więc swoją lalkę. Motyw tego manekina jest zresztą niezwykle ciekawy i pokazuje dynamikę związku wdowy i doktora. Ale nie mówię nic więcej, bo i tak spoilerów jest więcej, niż być powinno.

Rzeczy i ludzie

Jako dziecko Marie nie ma przyjaciół. Ma tylko dwa przedmioty, które będą jej towarzyszyć do końca jej dni. To srebrna proteza szczęki dolnej, którą posługiwał się jej ojciec, kiedy zwolniono go z wojska i wypuszczono do domu, oraz drewniana laleczka, Marta, prezent od matki. To w nich szuka wsparcia, z nimi się bawi, do nich mówi. To jej jedyne dziedzictwo, no może prócz nosa po matce i podbródka po ojcu. Może dlatego Marie tak dobrze czuje się w dość makabrycznym domu doktora Curtiusa, w którym nie brakuje gipsu, wosku i części ciała, które trzeba zamienić na modele lub narysować?

Swoją drogą: Maria i Marta, ciekawe, prawda?

Jak w Betanii… Maria siedzi u stóp Mistrza i uczy się, a Marta krząta się, niestrudzenie pracując i dbając o innych. W „Małej” Careya ten motyw zdaje się powtarzać. Marie – kiedy jest jeszcze Marie, nie Małą – uczy się od Curtiusa. Czuje, że ma tę „najlepszą cząstkę”. Później staje się… służącą, pracującą dla innych, na innych, biegającą, by wypełnić polecenia i zaspokoić potrzeby. To ten etap życia, o którym mówi Marie w cytacie, który przywołałam na początku, kiedy bohaterka jest ukryta w sobie, schowana, mechanicznie wykonująca wszystko, czego się od niej oczekuje.

W powieści Edwarda Careya granica między ożywionym i nieożywionym – jest wątła

„Byłam gdzieś na parterze, w pomieszczeniu wypełnionym kosztownymi, dystyngowanymi, wściekłymi przedmiotami. Nigdy dotąd nie przyszło mi do głowy, że zegary podróżne mogą okazywać dezaprobatę, nie wyobrażałam też sobie, że kandelabr może oświetlać mnie z nieskrywaną niechęcią; nigdy wcześniej nie stałam na kobiercu, który nie życzyłby sobie mojej obecności, ani nie odczuwałam wrogości ze strony marmurowego gzymsu kominka; nie miałam również do czynienia z obitym materiałem we wzór zwany galonem stołkiem, którego krótkie, tłuste nogi zdawały się chcieć kopać mnie po kostkach – dopóki nie weszłam do tej komnaty”. [s. 244]

Trochę jak u Lewisa Carolla, ale z mniejszą dawką magii, większą… codzienności. Wszystko żyje, wszystko ma swoją osobowość. Ożywione i nieożywione, zwierzęta i ludzie – przekazują to samo i mają takie same emocje.

Dziecko, które zawsze ma przy sobie szczękę ojca, komunikuje się z rzeczami (na przykład z domem) równie łatwo jak z ludźmi, a może nawet i łatwiej, bo to, co nie żyje, słucha słów Marie. O ludziach tego powiedzieć nie można, rzadko słuchają Marie, to ona słucha i zapamiętuje ich słowa. Kiedy wydaje się, że Marie Pana Boga za nogi chwyciła i rusza tam, gdzie bije serce francuskiej monarchii, świat po raz kolejny pokazuje dziewczynie jej miejsce. Jej mieszkaniem będzie szafa znajdująca się tuż przy apartamentach królewskiej siostry. Przez dobrych kilka lat nasza bohaterka będzie mieszkać w szafie.

„Szafa jest miejscem spoczynku przedmiotów, łóżko jest meblem, na którym kładą się ludzie – myślałam, że to się rozumie samo przez się”. [s. 248]

Nic w tym nie było dziwnego dla ówczesnych, ale dla nas konotacje są jasne: w szafie trzyma się przedmioty, w niej dzieci – a dzieckiem przecież jest nowa pani, której ma służyć Marie, Jej Wysokość Elisabeth – trzymają w nich zabawki.
W świecie, do którego Marie została wciągnięta nie widzi się różnicy między człowiekiem a zabawką.

„Ulitujcie się nad biednymi zabawkami, na ogół są bowiem miłowane przez tak krótki czas; psują się, zastąpione zostają innymi i lądują w odległych pokojach przeznaczonych dla rzeczy niekochanych”. [s. 311]

Jest też poddasze w Małpim Domu, w domostwie wdowy Picot, pełne starych manekinów, wśród których tak dobrze czuje się Edmond, i które mają być jego ochroną przed nawałnicą dziejową, jaka przetacza się przez Francję.
Edmond, kiedy był chłopcem, miał lalkę, którą nazwał swoim imieniem. Jako dorosły mężczyzna sam staje się jednym z manekinów, z własnej woli wchodzi do ich świata i niknie w nim, nie pozostawiając po sobie śladu.

Ta warstwa rzeczy „wytworzonych na obraz i podobieństwo człowieka” zdaje się żyć w powieści Careya własnym życiem, opowiadając historię, trochę jak chór w greckich tragediach.

„Mała” Edwarda Careya to książka i bardzo okrutna, i optymistyczna

Okrucieństwo zasadza się na tym, że Marie Grosholz musi stracić wszystko, co wiązało ją ze starym życiem, by mogła rozpocząć nowe. Cały świat, który znała, w którym dorastała, którego reguły poznawała – wali się w gruzy i umiera. Traci rodzinę, traci przyjaciół i tych, którzy byli dla niej najważniejsi.

Próbuje tchnąć prawdziwe życie w Edmonda i prawie jej się to udaje. Jest – przez chwilę, ulotną i piękną – szczęśliwa, ale wichry historii wieją tak, że i ta nadzieja zostaje zdmuchnięta. Marie nie może przywrócić nikogo do życia na stałe, życie nie może się także narodzić ze związku Edmonda i Marie.

A jednak kobieta tryumfuje. Żyje, robi to, co sprawia jej satysfakcję, nie jest samotna i niepotrzebna. Nie jest to ten rodzaj tryumfu, jaki wymaga fanfar i okrzyków tłumów, to taki rodzaj, który bydłu zadowolenie i uśmiech, kiedy się go wspomina. Sukces prywatny i bardzo głęboki.

Marie, Mała Edwarda Careya, to pięknie napisana postać

Bohaterka Careya nie dzieli ludzi na bogatych i biednych, dobrze i źle urodzonych. Ocenia ich według tego, jaki jest ich stosunek do przedmiotów. Zastanówcie się, to ma głęboki sens. Dla wielu definicja człowieczeństwa była w tamtych czasach płynna i nie wiadomo było czy dziecko, kobieta, niewolnik, sługa byli rzeczywiście i w stu procentach ludźmi. Zresztą… czy tak wiele się zmieniło? Kto ma prawo do pełni człowieczeństwa w naszym społeczeństwie? Wszyscy? Czy aby na pewno?

„[…] mieszkańcy pałacu nie darzyli przedmiotów prawdziwymi uczuciami; nigdy się im uważnie nie przyglądali, zostawiali je to tu, to tam, jakby miało ich nigdy nie zabraknąć. Nie mieli pojęcia o wosku i jego subtelnych talentach. Nigdy należycie nie rozumieli godności i smutku świecy. Nie spędzali długich godzin w towarzystwie przedmiotów, po cichu dodając im zachęty. Nic o nich nie wiedzieli ani nawet nie chcieli wiedzieć”. [s. 321]

Ta prosta dziewczyna ma w sobie ogromne pokłady empatii, która w najgorszych dla niej momentach nie pozwalają się jej pogrążyć w goryczy i resentymentach. Sceny w więzieniu Kapucynów wręcz chwytają za serce, tym bardziej, że nie mają w sobie nic z martyrologii, opowiedziane są spokojnie, bez sentymentów, rzeczowo. Ilość detali, które widzimy dzięki Małej – zachwyca i przeraża.

Jest bohaterka powieści Careya pełna godności i poszanowania godności innych ludzi. Ona stara się rozumieć, rośnie wewnętrznie, zmienia się, ewoluuje. Nie zostaje w tym samym miejscu i uczy tego innych. Uczy miłości przerażonego chłopca, uczy bycia rodziną pewną nieprzyjemną wdowę. A jest przy tym w pełni sobą, nie udaje świętej ani doskonałej. Jest śmieszna, kiedy oburza się, widząc manekina, który ma ją przypominać. Ma w sobie odrobinę próżności, która sprawia, że nie przyjmuje do wiadomości tego, że dla większości ludzi jest po prostu niską, krótkowzroczną brzydulą.
Jest w niech głębia człowieczeństwa, zasadzająca się na tym, że niezależnie od tego, co się dzieje, Marie wie, kim jest, wie, co chce robić i wie, że chce się uczyć, rozwijać. Jest w niej nadzieja.

Ma też Marie unikalną zdolność dystansowania się od rzeczywistości, brania jej po kawałku, nie na raz, wybierania tego, z czym może sobie dać radę.

„Od tej pory, ilekroć rozcinano jakiegoś człowieka na dwa nierówne kawałki, to do nas zwracano się o wykonanie jego wiernej kopii, aby potem, gdy nastroje się uspokoją i wzejdzie słońce, można było ocenić efekt bardziej racjonalnym okiem. W tej atmosferze to ja objęłam dowodzenie”. [s.395]

Jest jedną z tych osób, które mają swoje powołanie, rozumiane w bardzo dosłowny sposób. Marie coś wręcz zmusza, by robić odlewy, by utrwalać twarze ludzi. Nawet jej nauczyciel i mistrz, doktor Curtius, waha się, boi. Marie – nie. Znajduje dumę w tym, co robi. Potrafi przy tym być ślepa i nie rozumieć, czemu jej zachowanie budzi opór i niechęć. Ale nie dyskutuje ze światem, robi swoje.
Jest w niej także bezwzględność w walce o przeżycie.

I wszystko to sprawia, że to pełnowymiarowy człowiek ta careyowska Anne Marie Grosholz, madame Tussaud.

Dlaczego wosk? Dlaczego robienie odlewów? Bo to forma sprawczości

Jeśli w XVIII wieku byłaś istotą płci żeńskiej, dzieckiem i służącą jednocześnie, to twój wpływ na twoje życie był żaden. Nie dość, że byłaś wpisana w ustalony wcześniej porządek rzeczy, w drabinę społeczną, to jeszcze normy społeczne i sytuacja prawna nakładały na ciebie ilość ograniczeń wręcz niepojętą. O niczym nie mogłaś decydować. Rysowanie, tworzenie odlewów było formą kreacji, dostępną dla Marie.
Niewielu chciało i umiało to robić? Może to był powód. A może było tak dlatego, że – w przeciwieństwie do malarstwa, zwykle idealizującego postaci, czy klasycznie pojmowanej rzeźby, k†OrÄ miała podobne podejście – była w odlewach z natury jakaś forma rzucenia wyzwania Stwórcy. Wszystko było „takie, jak w rzeczywistości”. Czasem brzydkie, czasem straszne, rzadko wzniosłe. Było „tworzeniem czegoś na podobieństwo człowieka”, wkraczaniem w strefę zakazaną.

Jest w „Małej” ukrytych tyle warstw i tyle światów,

że warto delektować się tą książką, choć napisana jest tak lekko, że się ją pożera.

Ale nie myślcie, że to autobiografia nie do końca dobrze udokumentowanej postaci historycznej. Nie. To o wiele więcej.
Carey opisując na przykład dyskusję bohaterów i sensie wykonywania odlewów głów morderców, pokazuje nie tylko perspektywę historyczną, ale i wchodzi w dyskusję o roli mediów. Kiedy się „tylko pokazuje”, a kiedy się już „promuje”?
Jest także warstwa historyczna, o której trudno zapomnieć. Przecież Marie spotyka wszystkich, których spotkać było w tamtych czasach warto. No i jest to opowieść o powstawaniu miejskich legend. No i to dyskurs historiozoficzny.

Czytajcie „Małą”! Warto!

Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka za egzemplarz recenzencki!

Published inInspiracje i dezinspiracje, nie tylko literackie

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *