Skip to content

„Legenda Fioletowego Paula”, czyli poetycka podróż w dojrzałość

„Twierdzili, że wszystkim rządzą. Nie rządzili. Twierdzili, że rozumieją, czym rządzą. Nie rozumieli. Twierdzili, że wiedzą, jak wygląda rzeczywistość. Nie mieli o niej pojęcia. Byli tak niewyraźnie mówiący, że aż niemi, tak unikający spojrzenia, że aż nieobecni, I tak niekonkretni, że aż przezroczyści” [s. 392]

Witam w świecie „Legendy Fioletowego Paula”!

Kiedy dostałam „Legendę”, napisaną przez autorkę przestawiającą się tylko imieniem Klara, nie bardzo wiedziałam, z czym mam do czynienia. Autorka (na Lubimy Czytać) powiedziała o swojej książce niewiele. Cóż, byłam ciekawa i jej samej, i książki.

Co rzuciło mi się w oczy od razu?

Otóż bardzo przyziemne (i przyjemne) rzeczy: korekta, redakcja, ilustracje, inicjały, czyli to z czym selfpublisherzy mają kłopot. Jako jeden z nich doskonale zdaję sobie sprawę, jak zasadnicze są to sprawy, jak trudno je dobrze zrobić samemu i ile kosztują, jeśli sięga się po pomoc z zewnątrz.

Pani Klara miała u mnie punkt już na starcie za staranną pracę i kapitał społeczny, dzięki któremu udało jej się dopracować książkę pod względem wydawniczym.

Czym jest „Legenda Fioletowego Paula”?

A, to dobre pytanie😊

Odpowiedzi jest pewnie kilka, ale zaklasyfikowałam sobie „Legendę” jako poetycką powieść o dorastaniu. Element poezji pozwala stać się wątkom autobiograficznym mniej ewidentnymi i wyraźnymi, a Autorce umożliwia ukrycie się za postacią, którą stworzyła.

„Legenda Fioletowego Paula” to opowieść o szukaniu swojego kształtu i dorastaniu do głębokich emocji, a także o dawaniu sobie zgodę na bycie szczęśliwym.

Mamy w „Legendzie Fioletowego Paula” wszystko to, co w tego typu pozycji być powinno i więcej: drogę, którą pokonuje się z przyjaciółmi, przeszkody, którym stawia się czoło samotnie, przygody, miłość, zadurzenia i fascynacje, chrześcijańską mistykę, lekcje, które zostaną zapamiętane na całe życie, radości i smutki. Mamy także zmianę, która w niektórych aspektach zachodzi jakby mimochodem, a w innych jest wynikiem ciężkiej pracy bohaterki nad sobą.

Dorastanie to bolesny proces,

dotykający i osobę, która przez niego przechodzi, i otoczenie. Dlatego książki o nim – te, które angażują czytelników – łatwe w odbiorze nie są.

Nie, czytanie o cudzym dorastaniu, o borykaniu się z wszystkimi przeszkodami, jakie stają Klarze na drodze, proste nie było. Przyglądanie się, jak bohaterka radzi sobie (lub nie) z brakiem pewności siebie, nieśmiałością, nieufnością, chęcią bycia z i w, a jednocześnie potrzebą przekonania się, kim właściwie jest Klara, było miejscami emocjonalnie wyczerpujące. Poetycki język, metaforyka, wielość alegorii czasem tę podróż ułatwiały, to prawda. Czasem.

Jest sporo książek, które o dorastaniu traktują, i wiele artystycznych spojrzeń na ten proces: od skrajnego naturalizmu prze humoru komedię po fantastykę („Gra Endera” i „Diuna” także mogą być czytane jako opowieść o dorastaniu). Klara – Autorka – wybrała drogę powieści poetyckiej. Poszła śladem de Saint Exupery’ego i Lewisa Carolla.

Akcja powieści dzieje się w czasach ponad czasem,

absolutnie zmitologizowanych. Autorka opisuje je uroczą frazą, która pojawia się kilka razy i za każdym razem uwodzi: „Pamiętajmy, że mówimy tu wciąż o bardzo młodej Ziemi”.

Bohaterka „Legendy”, rudowłosa Klara, wędruje po Ziemi, bez planu i bez celu, przysiada się do ognisk, przy których siadują dzieci, i przygląda się im, i przysłuchuje. Jest dla nich niewidzialna, bo jej rude włosy sprawiają, że niknie i zlewa się z płomieniami.

„… nie musiała niczego ryzykować będąc niewidzialną”. [s.8]

Jest w wędrującej Klarze chęć uczestnictwa, nawiązania więzi, ale jest też immanentna niemożność autentycznego spotkania z innymi ludźmi. Nim Klara znajdzie siłę na zbudowanie więzi z ludźmi, nim znajdzie odwagę, by zmienić naskórkowe kontakty i powierzchowne zaangażowania w coś głębszego, minie sporo czasu. Ziemia będzie dalej młoda, ale Klara już nieco mniej, a i jej świat się zmieni. A może nie on ulegnie transformacji, tylko Klara nauczy się patrzeć poza to, co da się zobaczyć na pierwszy rzut oka?

Tytułowy „Fioletowy Paul”, co to jest?

Najprościej rzecz ujmując – to statek, na którym pływa załoga dziwaków, ekscentryków i poszukiwaczy. Jeśli przyjrzeć się głębiej, jest wszechświatem samym w sobie. Jest pełen tajemniczych zakamarków, z których każdy ma własną geografię (kuchnia!), jest i duży, i niewielki jednocześnie. Jest światem w miniaturze.

Obraz jesieni, kiedy z pokładu krążącego po morzu, z dala od lądów, „Paula” trzeba zmiatać czerwone liście jest piękny i pokazuje, z jakim rodzajem wyobraźni i obrazowania mamy do czynienia w „Legendzie”. Uświadamia także, czym jest „Fioletowy Paul”.

„Nastała jesień. Z nieba zaczęły spadać kolorowe liście. Żółte i pomarańczowe, a przede wszystkim czerwone. Przez statek przesypywało się ich pełno. Chrupały pod nogami i grabiła je grabiami cała załoga, ale i tak ciągle ich przybywało, więc chodziło się w nich zanurzonym po kolana. Poza tym przez nie na pokładzie gubiły się rzeczy”. [s.117]

A, żeby było ciekawiej: czerwień liści jest tak żywa, że staje się przyczyną pożaru i możliwej zagłady statku.

Świat przedstawiony

Oniryczny. Nie dotyczą go ani logika, ani związki przyczynowo skutkowe, ani ciągłość czasu, który zresztą jest tutaj wyjątkowo względny. Przestrzeń jest cudownie nieeuklidesowa. Mindfuck gwarantowany.

„… nazwy żagli komplikowały się z tego powodu, że masztów nie można było policzyć. Dlaczego tak się działo? Otóż okazało się, że z winy załogantek, które wykonywały akrobacje na rejach. Ściślej mówiąc, z winy jednej takiej załogantki. Nazywała się ona Polina. Razem z Pestką była najbardziej wygimnastykowana ze wszystkich i z masztu na maszt umiała skakać z fikołkiem. Jej sztuczki jednak wymagały wielkiej precyzji, do której dziewczynie nie chciało się stosować. Nie chciało się jej pamiętać, na ilu masztach wolno jej wylądować podczas przeskakiwania z jednego na drugi. Bo czasem mogłoby zdarzyć się tak, że przez błąd w liczeniu zabrakłoby jej masztu. Z tego względu Rainier zabronił ich liczyć i teraz już nad dziewczyną nie ciążyła możliwość błędu”. [s. 57 w mojej kopii]

Piękne, prawda? Jest w tym i metafizyka, i dziecięce przekonanie, że jeśli zamknie się oczy, to stanie się niewidocznym dla świata 😊

Czarujące i zabawne jest uczenie Echa poprawnego wymawiania „r”. Co prawda zastanawiałam się, dlaczego bohaterowie poczuli, że koniecznie muszą nauczyć biedne Echo mówić „poprawnie”, ale cóż, zwykle narzucamy własne przekonania innym, prawda?

Moim ulubionym fragmentem „Legendy” jest ten o Wyspie Pokoju. Różowej, cukierkowej potworności, która na pierwszy rzut oka może wyglądać anielsko. Refren „Na całej wyspie dzieje się tylko pokój” jest niesamowicie ponury, zwłaszcza gry wypowiada go Dziewczynka Biegnąca za Skaczącą Tęczą czy Kot z Tęczowym Ogonem Przemierzający Wszechświat i gdy pamięta się krew, którą widziała Klara.

Muszę przyznać, że czytając „Legendę” miałam trochę skojarzeń z „Krainą Chichów” Jonathana Carolla.

Język cześć 1: in plus

Kilka smaczków już dostarczyłam i macie pojęcie, jakim językiem jest napisana „Legenda Fioletowego Paula”. Język jest gęsty, poetycki, czasem więcej zasłaniający, niż ukazujący.

Tak sobie właśnie myślę, że z „Legendą Fioletowego Paula” jest jak z czekoladą: można pochłonąć na raz całą tabliczkę, ale można tego później żałować. Lepiej delektować się książką Klary i dawkować ją sobie, pozwalając by sensy i znaczenia wrastały w nas i pracowały.

Wady „Legendy Fioletowego Paula”

 

1. Tekst jest IMHO zbyt obszerny

Wiem, ze argument jest w rodzaju: przyganiał kocioł garnkowi, ale muszę to powiedzieć: książka nie straciłaby, gdyby ją nieco okroić. Niektóre jej fragmenty były dość nużące i tak bardzo symboliczne, że prawdopodobnie ich znaczenie jest jasne dla autorki i grupy jej przyjaciół. Dla reszty Czytelników jednak mogą być zbyt… nadmiarowe. Nie mówię – niepotrzebne, ale znacznie utrudniające recepcję, zwłaszcza, że w jakimś sensie powtarzają wcześniejsze procesy.

2. Rozbuchana wyobraźnia

i poetyckie obrazowanie, które z niej wynika, są z rzadka przerywanie obrazami codzienności i przez to bywają męczące (patrz moja uwaga czekoladzie i pkt 1), a jeśli pojawi się dialog „jak z życia” – to zgrzyta.

„Czuła, że ten jeden gest dzieli ją od katastrofy. Nie chciała doprowadzać do niej swoją własną decyzją. Bo naprawdę mogła tym przewrócić całe swoje życie do góry nogami. Dlatego też stała w zawieszeniu, a Rainer obok niej.
– Chyba żeś zgłupiał – szepnęła.
– Chyba Ty – odpowiedział jej. ” [s. 383]

Wiem, że w chwili metafizycznego stresu zwyczajność kotwiczy i pomaga przetrwać, ale czuję tu jakąś fałszywie brzmiącą nutę. Tym bardziej, że Klara i Rainier rzadko komunikują się w tak bezpośredni i codzienny sposób. Slangowy wręcz.

3. Język  cześć 2: in minus

Klara Autorka pisze pięknie. Język, którym się posługuje, jest spójny i dopracowany, ale czuć w nim czasem niezdarność. Jest „trudził się” zamiast „trudnił” (chyba że to zabieg jest celowy). Jest Rainer, który „odpowiada na orzeczenie”. Jest Klara, która „zaskoczona powiedziała tonem oczywistości” i „przydrożna rzeczka”. Sporo jest takich lapsusów. Sa także zdania, zbudowane nieco „krzywo”. Nawet biorąc pod uwagę filtr poetyckości – składnia czasem kuleje.
Nie jest to jednak coś, co przeszkadza w lekturze.

I to nie jest tak, że nagle zaczęłam lubić błędy językowe i nie całkiem idealną stylistykę. Nie.
Język – z jego potknięciami i usterkami – jest po prostu trochę odbiciem Klary-bohaterki. Nie ona jest narratorką, to prawda, ale w tej stylizacji nie ma to znaczenia. Język jest… rośnie. Zmaga się sam z sobą. Potyka się na zasadach i poprawia się.

Czasem zmaga się tak, że – patrz pkt 1 oraz 2 – robi się ciężki i trzeba z nim walczyć, by go zrozumieć, i przeciskać się przez niego, by dostać się do znaczeń.
Czasem to zaleta, czasem trzeba zmusić czytelnika do pracy.
Tutaj – nie w każdej ze scen.

4. Relacja Klary i Rainiera

To oś powieści. Czasem co prawda ich związek się gubi, znika z oczu, ginie na chwilę, ale po chwili znów się pojawia. Jednak irytuje mnie. Irytuje mnie stosunek Klary do kapitana „Paula”, no tak, no. Bardzo.
Bohaterka jest w tym związki nie związku prawie cały czas nastoletnia. Zapatrzenie, poczucie nieadekwatności, ucieczka. Zapatrzenie. Potrzeba. Inne zadurzenie. Kolejne. Powrót. A Rainier jest jak skała. Mam wrażenie, że on się nie zmienia i przyjmuje wszystko, czekając ze stoickim spokojem na Klarę. Nie kupuję tego, coś mnie w tej relacji uwiera.

To piękna powieść/książka. Ma swoje wady, są w niej irytujące momenty, ale jest w niej jakaś czysta siła i prawda. Jeśli zajrzycie tu: możecie się zastanowić nad zakupem i przekonaniem się, jak Wam się spodoba „Legenda Fioletowego Paula”

PS. Moja ulubiona postać to Kapitan Puenta!

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *