Skip to content

„Las” Michała Lelonka, czyli dlaczego dobrzy ludzie robią złe rzeczy?

„[…] najgorszy typ ze wszystkich możliwych to rozczarowany idealista. Taki, co to chciał zmieniać świat, ale mu nie wyszło. On będzie zabijał w imię chorej idei”.

Nie ukrywam, że lubię styl autora i lubię jego erudycję

Czy pisze hard SF, czy – jak tu – książkę historyczną, czy prowadzi bloga – wszędzie widać to, że lubi język i wie, o czym pisze. To nie jest przesadnie częste, uwierzcie mi.

„Las” to na pierwszy rzut oka prosta opowieść o bandzie żołnierzy, którzy stacjonują w środku Niemiec, w czasie II WŚ. Jest 1943, więc nie jest to okres, kiedy III Rzesza już musi się obawiać klęski. Tu, w leśnym garnizonie obrony przeciwlotniczej zgromadzili się oportuniści, którzy mają jeden cel: przeżyć. Przetrwać za wszelką cenę. Nawet ci, którzy utożsamiali się z ideałami głoszonymi przez faszyzm, wiedzieli, że najważniejsze jest czyste sumienie. Bo to dobrzy ludzie.
Wiecie z czym mi się kojarzyli? Z „CK Dezerterami”. Ten sam początkowy duch, to samo podejście. Nawet nielubiane postaci mają w sobie coś, co da się zaakceptować.

„[…] Niclas był małym człowiekiem i małym nazistą. I jak każdy mały nazista, chciał mieć czyste sumienie. Z dala od propagandy, od kolegów oferujących bezpieczny kokon odpowiedzialności zbiorowej, od wojny wymuszającej okrucieństwo swoją dramatycznością, nie miał w sobie wystarczającej siły, by przekroczyć pewną granicę”.

Berlin jest daleko, front wschodni jest realną groźbą, ale żołnierze mają swoje sposoby by mieć święty spokój. Zresztą – to dobrzy ludzie.

„Pomieszczenie było pełne, mdłe światło leniwie przesączało się przez papierosowy dym. Na głównym stole dumnie prezentowało się kilkaset butelek z piwem, ustawionych równo jak szwadron piechoty. Za butelkami jechała dywizja pancerna nalewek Jegermaister. Żołnierze, zajęci śpiewaniem piciem, spoglądali co chwila na tę osobliwą armię, wiedząc, że dzisiaj polegnie ona w całości. Wiedzieli także, że nie sprzeda swojej skory łatwo, i po równej, twardej walce weźmie ze sobą wiele ofiar”.

Pewnie przetrwaliby w swojej homeostazie do końca wojny, lub przynajmniej do podejścia któregoś z frontów pod ich baraki, gdyby nie zbieg okoliczności składający się ze splątanych nitek wódki, źle pojętej koleżeńskości, niechęci do zelotów i czystego, wojennego pecha.
Spokojnie przeczekującym wojnę żołnierzom III Rzeszy przychodzi postawić na terenie swojej jednostki mini-obóz dla 40 jeńców. Żydów, homoseksualistów, Świadków Jehowy, antyfaszystów. Dobrych ludzi, którzy nie popełnili żadnej zbrodni.

Obóz powstaje

Żołnierze go pilnują, ale – z jednym wyjątkiem – tylko pilnują. Są w końcu przyzwoitymi ludźmi. Ale Los puka do ich drzwi. Los jest wysokiej rangi oficerem SS i nakazuje żołnierzom likwidację więźniów. Zabicie wszystkich. Jeśli nie – jednostka zostanie ukarana przykładnie. Wszyscy. Iście diabelska alternatywa, prawda? Nie ma dobrego wyjścia z sytuacji.

„- Widzisz Lutz, przychodzi do nas wilk, zjada pół naszego inwentarza, a my patrzymy i nie robimy nic. Czekamy tylko w nadziei, że wilk nasyci się i odejdzie, zostawiając nas w spokoju. Spokój… Ile jesteśmy w stanie zapłacić za spokój, Lutz? Czy ta cena nie jest czasem zbyt wysoka?”

Pojawiają się napięcia. Dyskusje. Morze wypitego alkoholu.

Jak kończy się historia z „Lasu”? Nie powiem. Przeczytajcie.

Książki o tym, skąd bierze się zło, warto czytać zawsze. Nieważne, czy to pierwsza, czy tysiąc pierwsza książka. Każdy autor ma swoje podejście, indywidualne obserwacje, każdy odpowiada na nieco inne pytanie. Przy „Lesie” wiele razy przychodził mi do głowy „Eichmann w Jerozolimie. O banalności zła”, Hannah Arendt. I nie tylko, ale o tym – za chwilę.

Jaki jest „Las” jako książka?

Ha. Jaka?

Dobrze napisana. Język jest gęsty, gawędziarski, narracja płynie, a bohaterowie stają przed nami nadzy, prześwietleni przez narratora. Co ciekawe, narrator nie potępia. Ocenia, tak, ale nie potępia. Zadaje jedynie pytania o źródła pewnych zachowań. Zmusza do zadawania sobie innych pytań, bardziej współczesnych. Myślicie, że Polska nie ma nic wspólnego z Niemcami w czasach dyktatury hitlerowskiej? Tak myślicie? Myślę, że to zbyt optymistyczne podejście, ale i ja, i Wy, mamy prawo do własnych opinii.

Bohaterowie są prawdziwi, nie przerysowani. Nie ma herosów z kryształu, autor wie, że ludzie mają w sobie potencjał do czynienia zła, tylko niektórzy potrafią sobie radzić z impulsami, dlatego pokazuje „negatywnych” bohaterów na pewnym spektrum.

SS-mani są… rodzajem istot nieco wyjętych poza nawias społeczności ludzkiej, najlepiej widać to z perspektywy całej książki, przeczytanej do końca, dlatego oni są nie charakterami, ale swego rodzaju modelami.

Życie codzienne pokazane jest na tyle, by wszystkie wybory i działania nie wisiały w jakiejś mgle niedookreślenie, ale nie na tyle szczegółowo, by nie znużyć czytelnika, który nie jest zakochany w militariach i historii wojskowości.

Książka zakorzeniona w tradycji

Przychodziły mi do głowy różne skojarzenia literackie, kiedy czytałam „Las” Michała Lelonka, bo z wieloma pozycjami książka ta wchodzi w dyskusję. Nie tylko z Arendt. Jest przecież i „Jądro ciemności”, i „Paragraf 22”, i „Mistrz i Małgorzata”, i „Łaskawe” Littela, i nie pozycje, ale szybko przestałam się bawić w szukanie tropów, tylko czytałam. Czytałam „Las” Michała Lelonka szybko i zachłannie, zaznaczając różne fragmenty, zastanawiając się nad tym, co bym zrobiła i kiedy bym pękła.
Nie mam złudzeń co do siebie. Każdy z nas chce być dobry…

To cholernie dobra książka, choć muszę przyznać, że zirytował mnie „Epilog”

Erudycyjny, filozoficznie wyważony, ale miałam wrażenie, że jest jak walenie czytelnika łopatą po głowie. Dalej tak uważam, choć przetrawiłam go i wiem, czemu służy.

Autor pokazuje – przynajmniej moim zdaniem – że to co z punktu widzenia jednostki jest ogromną tragedią, dylematem rozdzierającym duszę i mającym potencjał skazanie na wieczne potępienie lub samopotępienie, jest pyłkiem w kosmicznym kole cierpienia. Jednym z wielu identycznych dramatów, które nie mają szczególnego znaczenia ani wagi.

Ta konstatacja była jak kubeł zimnej wody i pokazała mi, że książka Michała Lelonka ma wiele warstw.

A skąd ten tytuł: „Las”

A… przekonajcie się sami, bo Michał Lelonek nieźle gra dualizmem natura/kultura i to znowu – na więcej niż jednym poziomie.

Published inUncategorized

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *