Skip to content

„Krótka historia informatyki” – czyli dobrze napisana książka o nauce, która stała się niezbędna

Zacznę od przyznania się, że

nie wierzę w istnienie „humanistów” i „umysłów ścisłych”.

Z właściwą mi arogancją mogę powiedzieć, że trzymanie się takiego podziału i zasłanianie się nim to:

  • po pierwsze: lenistwo i usprawiedliwienie niechęci wyjścia poza granice czegoś „z czego jestem dobra/dobry”
  • po drugie: błąd w systemie edukacji
  • po trzecie: nakładanie sobie ograniczeń poznawczych.

Ile razy biorę do ręki taką książkę, jak „Krótka historia informatyki” Ryszarda Tadeusiewicza, to mówię wszystkim, kto chce słuchać (sorry): „a nie mówiłam?”

No rany julek no! Profesor AGH! Sieci neuronowe! Biocybernetyka! A książkę napisał tak, że mój mąż usłyszał „czekaj!” i „zaraz” tyle razy, że chyba mu się znudziło 🙄 i nie poszliśmy do kina, bo przeze mnie nie zdążyliśmy 😏.

Język, język, język!

„Krótka historia informatyki” to dobrze napisana książka. Tam, gdzie trzeba, autor pisze gęstym, skondensowanym językiem, używając słownictwa stosowanego przez popularyzatorów nauki, ale nie takiego, który przerazi osoby, które nie są z nim obyte, lub są słabo obyte z „science” jako taką. Chwilę potem rozluźnia jednak narrację i przeskakuje do zagadnień, które można opisać albo lżejszą frazą, albo których śledzenie nie wymaga uwagi, a jedynie ciekawości.

Prof. Tadeusiewicz bywa także złośliwy, ujawnia własne opinie, jest autoironiczny, błyska poczuciem humoru – czyli robi wszystko, co dobry autor książki popularyzującej naukę robić powinien.

Widzę w języku prof. Tadeusiewicza doświadczenie dydaktyka. Ktoś, kto spędził lata próbując wbić coś do głowy kolejnym pokoleniom przyszłych magistrów, wie, jak dawkować wiedzę. Wie, że są tak duże pakiety informacji, których mózg nie przyjmie i koniec. Wiedzę – jak prawdę – trzeba albo dawkować, albo umieć podawać. Autor „Krótkiej historii informatyki” umie i jedno i drugie.

Czemu to ważne? Bo książka jest do czytania, a nie do zalegania na półce. To nie jest jedna z tych książek, które zdają się być zrobione z płyty paździerzowej, o tym zapewniam wszystkich czytelników.

Czemu ta książka jest tak dobra?

„Krótka historia informatyki” Ryszarda Tadeusiewicza zaczyna od wyjaśnienia, czym właściwie na cała „informatyka” jest. Wyjaśnia pewne pojęcia, porządkuje język, a następnie przechodzi do zasadniczej części, do historii. A ona zaczyna się bardzo dawno, o czym autor nam przypomina.

Ryszard Tadeusiewicz nie skupia się na dyskach, procesorach, językach programowania, garażach i ich właścicielach – nie 🙂. Prowadzi nas przez rozwój edytorów tekstu, programów pocztowych, myszek, internetu itd. Innymi słowy: pokazuje skąd przyszliśmy, skąd wzięły się programy czy usługi, z których korzystamy właśnie w tej chwili, czytając, pisząc, przeglądając sieć.

Co uważam za szczególnie wartościowe w książce Tadeusiewicza, to fakt, że autor „Krótkiej historii informatyki” pokazuje nie tylko procesy, ale i ludzi, którzy za powstanie tychże odpowiadają.

A już szczególnie podkreślam fakt, że prof. Tadeusiewicz uwzględnił nie tylko Adę Lovelace, ale i Grace Murray Hopper czy Verę Shirley. Musze przyznać, że odetchnęłam z ulgą, kiedy przekonałam się, że Ryszard Tadeusiewicz wskazuje i kobiece nazwiska ważne dla rozwoju informatyki. W momencie, kiedy Ivanka Trump na CES udaje, że jest „woman in Tech” 🤯 było mi to potrzebne. Wiecie, normalność…

Smaczki! Anegdoty! Historia bez kija w…

Ze szczególną uwagą czytałam także te fragmenty książki, które traktowały o historii polskiej informatyki. Kapitalne są smaczki, jak ten: jak myślicie, do czego służył informatykowi gumowy młotek? Nie, nie do pukania się po głowie. Odpowiedź na stronie 38.

Albo ten:

„Komputer ten [lampowy UMC-1, wtręt mój] miał jednak jedną ogromną zaletę: grzał się tak, że nawet w największe mrozy było przy nim bardzo ciepło! Dlatego podczas słynnej zimy stulecia pierwszą czynnością przychodzących do pracy badaczy było załączenie komputera i uruchomienie jakichś dużych obliczeń. Zebrana tą drogą kolekcja rozwiązań numerycznych problemów związanych ze słynną teorią chaosu budziła potem uznanie na międzynarodowych konferencjach i wprawiała w zdumienie amerykańskich badaczy, wyposażonych w kilkaset razy szybsze komputery”. [s. 38]

 

Lubię to, w jaki sposób książkę zilustrowano 😉

Książka jest ilustrowana… QR kodami.

Skanujesz i idziesz na stronę, gdzie możesz obejrzeć zdjęcia, także z prywatnego archiwum profesora. Gorąco zachęcam do przeglądania tych zdjęć. Serio, warto. Docenisz swojego della albo toshibę, kiedy zobaczysz, jak to wyglądało jeszcze nie tak dawno. Podoba mi się ta forma QR kod+druk. Jest nowoczesna, pomaga nie zwiększać objętości książki w papierze, przypomina o czym jest ta książka – o technologii i to nie o technologii druku! Nie wiem, kto to wymyślił, wydawnictwo czy Autor, ale i tak gratuluję.

Godne podkreślenia jest i to, że czytając „Krótką historię informatyki” można zobaczyć konkretną zmianę w technologii, jako efekt rozwoju nauki jako takiej. Nic nie jest wyabstrahowane i wyrwane kontekstu. Nie ma „deus ex machina”, jest przyczyna i skutek.

Rzeczy, które przychodzą do głowy…

Musze przyznać, że co najmniej kilka rzeczy, które wyciągnęłam „Krótkiej historii informatyki” zadziałało na mnie jak zimny prysznic. Jedną z nich było przypomnienie, że dość długo nie widziano innego zastosowania dla komputerów, niż tworzenia i wyliczania danych do skomplikowanych tablic, używanych m.in w astronomii. Kiedy zastanawiałam się, dlaczego akurat to mnie uderzyło, dotarło do mnie, że jesteśmy gatunkiem, który wymyśla technologię, przygląda się jej, rozwija i nikt nie jest w stanie przewidzieć, co z nią zrobimy. Nikt, nie ma mądrych. Technologia, jak ją widzimy dziś, może nas bardzo zaskoczyć jutro.

Nie, nie boję się technologii. Mam po prostu coraz mniejsze zaufanie do ludzi, którzy jej używają.

Dla kogo jest „Krótka historia informatyki”?

Dla tych, którzy lubią wiedzę, których interesuje skąd wzięło się to wszystko, co nas otacza, co czujemy coraz mocnej, a co jednocześnie staje się idealnie przejrzyste. Dla młodszych czytelników, tych, którzy bajki oglądali już na tablecie. Dla ludzi lubiących błyskać w towarzystwie wiedzą i anegdotkami, bo i tych nie brakuje w „Krótkiej historii informatyki”.

Jeśli chcecie zatem wiedzieć, co to petaflopsy, ile ich jest i gdzie je można znaleźć, czy też co to jest manipulator stołokulotoczny – zachęcam do sięgnięcia po „Krótką historię informatyki” Ryszarda Tadeusiewicza. To dobra książka.

Książka wyszła w serii „Krótka historia” wydawnictwa RM, a udostępnił mi ją do recenzji serwis nakanapie.pl

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *