Skip to content

Kolejny fragment „Uleczonego świata”

Last updated on 18 lutego 2020

„Uleczony świat” w całości między innymi na Legimi.pl

Oleg

– Ja pierdolę, trzeba mieć jaja jak melony, żeby z nimi dzielić łoże. Przerażające sukin… dranie.

„Uleczony świat” to wielka bitwa Sądu Bożego i zakończenie rewolty, która mogła poddać i Ludzi, i Nadnaturalnych osobnikom całkowicie pozbawionym skrupułów

James, rudy troll, brzmiał jak pełne podziwu połączenie współczesnego nastolatka i siedemnastowiecznego Szkota. Powinien się zdecydować, kim jest, no. I nie obrażać mojej diabelskiej dwójki.
Wzruszyłem ramionami.

Zgadzanie się z Napierami rzadko prowadziło do czegoś dobrego, najczęściej do bójek lub pijatyk.

Albo jednego poprzedzonego drugim. Takie było przynajmniej moje dotychczasowe doświadczenie.
Ale to, co mówił Jamie, to była prawda. Mam jaja i dzieliłem łóżko i życie z dwójką potworów, na którą się właśnie gapiłem, dokładnie tak jak to robili Hyeon Ju, Yoshitsune, James i Charlie.

Na ekranie widać było jedno z pomieszczeń w B&B, które tymczasowo zmieniliśmy w pokój przesłuchań.

To, co widzieliśmy, miłe nie było.

Nie, nie było żadnych popękanych kości, siniaków, krwi na ścianie. Głośniki nie przenosiły głuchych odgłosów uderzeń. Nikogo prawdopodobnie nie będę musiał sklejać i łatać po tym przesłuchaniu. A mimo wszystko mieliśmy gęsią skórkę, przynajmniej ci słabi duchem jak ja.
Alex siedział przy stole. Dłonie luźno złożył przed sobą, na blacie. Długie, arystokratyczne palce miał zaplecione i nieruchome. Cały Alex był absolutnie nieruchomy.

Mój Wilk od ponad godziny patrzy uważnie na twarz Zmiennego,

który siedzi po drugiej stronie stołu. Zmienny patrzy oczywiście na blat. Stara się wyglądać na tak małego, jak to tylko możliwe, bo naprzeciw niego siedzi sławny Mnich.
Grube krople potu toczą się powoli po czole Zmiennego i zatrzymują się na brwiach. Inne spływają z karku i wsiąkają w podkoszulek. Ramiona mężczyzny lekko drżą.
A Mnich nie robi nic, tylko patrzy. Nie zadał jeszcze ani jednego pytania, co jest pewnie dziwne jak na przesłuchanie, prawda? Ponad godzina i zero pytań. Zero ruchu. Zero widocznej groźby.

Ale Mnich jest pieprzonym telekinetykiem

i to, co czuje Zmienny, to delikatny i przez chwilę niezauważalny ucisk na jedno, jedyne miejsce na twarzy. Kiedy ten leciutki dotyk trwa i trwa, a ty nie znasz jego źródła, wtedy nagle świadomość tego niezrozumiałego kontaktu puchnie w twojej głowie. Aż w końcu muśnięcie równie dobrze może być uderzeniem. Ból, strach, powoli narastająca panika. Wszystkie te uczucia widać było powoli w ciele i na twarzy Zmiennego z Dehradun, niejakiego Ayushmanna Kumar.

Druga część mojej ukochanej i przerażającej dwójki, Andrea, stała za krzesłem Alexa,

lekko z boku, tak, aby mężczyzna mógł ją widzieć. W czarnych dżinsach i czarnym podkoszulku była idealnym, tylko mniejszym i posiadającym włosy odwzorowaniem Alexa. Nieruchoma, niebezpieczna, z twarzą, która nie wyrażała nic. Stała z rękoma założonymi za plecy, w swojej ulubionej, zawodowej pozie. Ona z kolei od godziny nawet nie spojrzała na mężczyznę. Nie musiała, bo on co chwila zerkał na nią.

Było na co. Na skroni Andrei najpierw pojawiła się jedna Mabel, potem druga. Po pół godzinie mężczyzna prawie zerwał się na równe nogi, kiedy na ramieniu Andrei zmaterializowała się Ethel. Na szczęście jedno spojrzenie Alexa dało Zmiennemu pewność, że pozostanie na miejscu jest najlepszą opcją.

Jedna, gruba kropla potu upadła na blat.

Mężczyzna drgnął i rozejrzał się po pokoju, jakby szukał ratunku. Alex i Andrea pozostawali w bezruchu.
– Teraz jest dobry moment – Hyeon Ju mówił do mnie szeptem.
Ethel spała na ramieniu Andy, od dobrych trzydziestu minut nie wyciągając łba spod skrzydła.
Byliśmy w kuchni tego samego mieszkania, pozamykaliśmy wszystkie drzwi, ale wszędzie było tak cicho, że porozumiewaliśmy się szeptem.
Pokręciłem głową.

– Jeszcze nie, jeszcze nie czas.

Popatrzyli na mnie, a ja uparcie wgapiałem się w ekran. Mięśnie karku mężczyzny drżały. Trudno jest trzymać głowę prawie bez ruchu, w takiej pozycji. Nawet, kiedy jesteś Zmiennym, to mięśnie się męczą i zaczynają w końcu drżeć. Ayushmannowi właśnie zaczynały.
Na stole pojawiła się jedna z Emm. Czarne, błyszczące pióra, rubinowoczerwone ślepia.
„Oczy” – mniejszy z dwóch potworów czuł się w obowiązku doprecyzować.
„Precyzja jest ważna” – powiedział drugi.

Oczy. Czerwone oczy, sure, czemu nie.

Ayushmann szarpnął się w tył, przełknął, ale pozostał, gdzie był. Drap, drap, tap, tap. Emma zrobiła dwa niewielkie kroki, potem dwa razy podskoczyła, żeby znaleźć się bliżej Zmiennego. Była niewielka. Podniosła łeb, dziobem do góry, przekrzywiła głowę na jedną i na drugą stronę, jakby chciała mu się uważniej przyjrzeć. Drapnęła w laminowaną powierzchnię stołu, ale tak ostrożnie, żeby nie narobić szkód. My nawet ptaki mamy mądre. Otworzyła dziób, jakby chciała wydać jakiś odgłos i wtedy mężczyzna zaczął szlochać.
– Teraz jest dobry moment – powiedziałem.

Wszedłem do pokoju,

w którym Alex i Andrea mieli przesłuchać osobnika, który znalazł się w grupie atakującej dach, a na nim naszą Wronę i naszego ojca. Nie żywiłem ciepłych uczuć wobec niego.
Mężczyzna tak szybko odwrócił się w stronę gwałtownie otwartych drzwi, że prawie spadł z krzesła. Moja dwójka kochana nawet nie drgnęła. Zmienny wyprostował się i zaczerpnął łyk powietrza. Niewielki. Moja obecność mu to ułatwiła. Andy i Alex prawie wyssali tlen z pokoju. Było w nim chłodno, bo okno było otwarte i słychać było deszcz uderzający o parapet, ale nie było powietrza.

Czułeś się tu, jakby otaczała cię potężna ściana, która napierała i napierała, chcąc cię przywalić i udusić.

Dranie, sprytne moje dranie.
„W sumie, to mogę mu po prostu spuścić mega wpierdol” – mistrzyni krótkiej formy, Andy, zaproponowała alternatywę.
Raczej nie, Tesoro, mam dzisiaj plany wobec twoich łap. Nie chcę siniaków i bólów fantomowych i nie chce mi się was łatać. Żadnego z was, capisci?

„Mruczuś, co my byśmy bez ciebie zrobili?”

No nie wiem, futrzaku, no nie wiem. Bylibyście mrocznymi i poplątanymi karykaturami siebie. Cisza teraz, Kot pracuje.
Usiadłem na stole tak, żeby przysłonić sobą Alexa i Andreę. Duży jestem, nie miałem z tym kłopotów. Zmienny popatrzył na mnie. Sekundę później jego Bestia popatrzyła na mnie, ale szybko opuściła wzrok.
Nie będziesz mi tu próbował powerplayów.

Jestem Alfa i to nie byle jaki Alfa, więc trzymaj oczka w dół.

Emma przystanęła i gapiła się teraz bezczelnie na Zmiennego, który na sekundę utknął między bliskością mojego ciała, moim spojrzeniem, a spojrzeniem Emmy. Jak w pajęczej sieci. Nie był zdolny się wyrwać.
– Po co tu przyszliście? – pytanie było proste i gdyby zadać je Andy, albo Alexowi, to odpowiedź również byłaby prosta .
„Po chuj” – powiedzieli chórem.
W mojej głowie usłyszałem odpowiedź na pytanie, które pytaniem było, ale nie dla nich, strachów na wróble, w piórka kopanych.

Ale proszę, proszę. Tu także otworzyły się prawdziwe wrota konwersacji. Naszego jeniec nie mógł przestać mówić.
– Myśmy nie chcieli, serio, umowa była, że tylko obserwujemy. To siedzieliśmy i patrzyliśmy, kto wchodzi, kto wychodzi, o której. Wszystko notowaliśmy. Nie wiedzieliśmy kogo mamy pilnować, więc wszystkich pilnowaliśmy i wszystko pisaliśmy, nawet tę babcię z parteru. Ale potem ten gość zadzwonił i powiedział, że zbyt dobrze się czujecie, zbyt bezpiecznie. Że mamy iść i was przetestować. Nastraszyć, poobijać, ale lekko i szybko wrócić. Nic złego, przysięgam – głos mu się załamał – Ale przyjaciółka Rani powiedziała, że jak zobaczymy łysego… albo rudego wielkoluda…

Podniosłem brwi i patrzyłem na niego. Zaryzykował i zerknął na mnie. Błąd. Zbladł. Ale mówił dalej.
– … że jak zobaczymy ciebie lub Inkwizytora, to mamy was po prostu zabić. Tamten gość nie oponował, powiedział, że ma to w dupie, że jak ona się chce bawić w załatwianie osobistych porachunków, to jest jej sprawa. Żeby nie tracić z oczu celów. Ja nie wiem, kto to jest, nie wiem. Byli razem i razem telefonowali. Przysięgam. Ja tylko słyszałem przez telefon.
Tesoro, przestań kląć, bo go nie słyszę. Nie zabili mnie ani Alexa, nie było nas tam, ty byłaś. Przymknij się, Człowieczku, na chwilę. Też cię kocham, a nie klnę, żeby to udowodnić, nie?
Mężczyzna oddychał z trudem. Mówił prawdę.

Alex, zluzuj trochę, bo gość nam zejdzie z braku powietrza.

„Nic nie robię, on się sam tak nakręcił”.
Jakoś się mu nie dziwię, dwójko creepów.
Trochę mojej energii i był spokojniejszy.
– Będzie afera, będzie afera.
Zaczął się kołysać na krześle, jakby chciał się uspokoić. Nie bardzo mu to pomagało.
– Mamy oszczędzać siły i się nie rozpraszać do czasu akcji.
Objął dłońmi głowę i zaszlochał.
– Co ja teraz zrobię?
– Jakiej akcji? – zapytałem, a on tylko przecząco kręcił głową i całym sobą mówił, że nie wie, nie ma pojęcia.
– Chcę do domu, nie chcę żadnych podbojów… – powtarzał przez chwilę.
– Podbojów? – podrzuciłem mu pytanie, żeby się przypadkiem nie zatrzymał.

Nie podniósł głowy, ciągle się kołysał, przerażony i zagubiony.

– Jesteśmy legionem zwycięzców. Słabym Zmiennym w Europie i na świecie pokażemy, jak powinno się być Zmiennym, co to znaczy prawdziwa siła. Mamy przejąć władzę. Odzyskać to, co się nam należy jako ostatnim i prawdziwym Zmiennym.
Dobrze wyuczona lekcja, deklamowana przez prymusa.
Umilkł na chwilę i już myślałem, że będę musiał zadać mu kolejne pytanie, kiedy Emma podskoczyła i znalazła się pięć centymetrów bliżej niego. Drapnęła tak, że dźwiękiem zabiła moje bębenki. Skulił ramiona i pochylił głowę, jakby chciał ją schować zupełnie. Wyciągnąłem dłoń, wskoczyła na nią i wtopiła się w moją skórę w jej ulubionym miejscu: między kciukiem, a palcem wskazującym.

Ayushmann przerażonym wzrokiem śledził zmianę czerwonookiej wrony w czarny, elegancki tatuaż. Kiedyś w taki sposób Alex pomógł mi nie wybuchnąć gniewem i nie zniszczyć emocjami mojej rzymskiej Watahy, teraz Andy pomaga mi straszyć tchórza i idiotę.
Głuchy szloch wydobył się gardła Kota. Patrzył na moją dłoń, na piękną, czarną wronę, która wyglądała, jakby była tam zawsze. Potem się przemógł i mówił dalej. Widocznie stwierdził, że tylko to go uratuje.
– Mieliśmy wreszcie zacząć coś znaczyć i wami rządzić. Nasza Rani miała usiąść na tronie, król wampirów z nią. Stare, słabe i zbutwiałe miało odejść i zginąć, zniknąć z historii. Teraz Rani nie żyje, a wy… – podniósł na mnie oczy, ludzkie, załzawione – Wy nie jesteście słabi, prawda?
Potwierdziłem.
– Nie, Zmienni nie są słabi. I nie ma „wy”, „my”. Zmienni to Zmienni, nieważne gdzie są. Jedna rasa, jedna głowa, wielu naszych. Duża siła, Ayushmann.

Teraz on pokiwał łbem. Ramiona mu zwisły bezwładnie.

Zadawałem kolejne pytania. Alex i Andrea trwali w bezruchu, konsekwentnie nie robiąc nic, tylko wysysając powietrze z pokoju.

Godzinę później Alex po prostu brutalnie znokautował Zmiennego, nawet go nie dotykając.
Przerażający sukinkot.
„Dzięki, bracie”.

Ayushmann Kumar nie wiedział wiele, Nie znał szczegółów, ale to, co powiedział humoru mi nie poprawiło. Czasem, kiedy słucham Ludzi i nie-ludzi, czuję się, jakbym pływał w szambie. Teraz tak się czułem.
Ayushmann podał nam pseudonim jakiegoś najemnika i kulka energii Andrei w nas na chwilę zamarła, a potem zaczęła bluzgać. A jak się uspokoiła, to znowu zamarła. I to był jedyny porządny kawałek informacji, który dostaliśmy. To „Julian”, które wypluł z siebie Kumar, coś Andrei mówiło.

„Nie trącaj mnie, Tesoro. Dałabyś spokój. Alex patrzy i się z nas śmieje. Brutalność na mnie nie działa odstraszająco. Jest sexy. Zwłaszcza kiedy taka mała Wrona jak ty, próbuje zmasakrować takiego wielkiego Tygrysa jak ja”.

Reszta zeznania, to same „przypisy i objaśnienia” jak to pięknie powiedział Alex. Plus imiona Nieśmiertelnych, którzy wpadli z wizytą. Plus bełkot o wstawaniu z kolan, odzyskiwaniu godności po latach kolonizacji i po wiekach stania w drugim szeregu, o sięganiu wreszcie po to, co się im należy.

Przerażające jest to, jak małe i izolowane społeczności mogą się zdegenerować.

Wataha z Dehradun była niewielka, trzymała się z boku, nie wchodziła w interakcje ze światem na zewnątrz. Zawsze tacy byli: inni niż ludzie dookoła. Osobni i zamknięci, o nieco ciemniejszym kolorze skóry, wyznający nieco inną religię. Ale zawsze pilnowali przyrody i gór, zwierząt, które mieszkały na wzgórzach. Bo tak chciała Banka Mundi. „Chroń to, z czego żyjesz, niech koło życia się kręci kolejne milenium” – uczyła swój lud.
Kiedy Shahmir do nich przyszła i nikt nie mógł jej ani pokonać, ani zabić, pochylili przed nią głowy, przekonani o jej mocy i wielkości. Potem uwierzyli, że jej przyszłością jest władać, tym bardziej, że widzieli skutki jej magii. Czasem wchodzili do eremu i wychodzili po tygodniu, żeby się przekonać, że w ich świecie minęło wiele lat. Byli tym przerażeni, ale i trochę podnieceni mocą swojej nowej Rani. Opuścili Bankę i mogli się przed boginką chować w kręgu magii Shahmir. Czuli się nie do pokonania, a Tygrysica tę osobność i wsobność zamieniła – bardzo powoli, z namysłem i cierpliwością, sprytnymi kłamstwami – w truciznę. W jad.

Sączyła w ich uszy opowieść o słabnącym świecie Nadnaturalnym. O występnych Nieśmiertelnych, które kradną siłę mężczyzn i wykorzystują ich, żeby rządzić światem; o zdeprawowanych Magicznych, którzy sprowadzają szarańczę, suszę i powodzie, tylko dlatego, że mogą to robić; o bogach, którzy pozwalają się temu złu plenić, nie słuchają modłów i lekceważą ofiary; o tchórzliwych i leniwych Zmiennych, których jedynym celem w życiu jest bycie niezauważonymi przez słabych Ludzi. Snuła mesjanistyczną opowieść o ratunku, który przyjdzie z nimi, z przedstawicielami i potomkami starożytnej rasy, która wydała królów i wojowników, poetów i malarzy. Mówiła, że to oni odbudują imperium Mogołów, tylko że tym razem Zmienni będą rządzić. Przekonała ich, że będzie, „jak być powinno”.

Obiecywała dużo, ta ich Rani.

Obiecała im to, czego chcieli: poczucie bezpieczeństwa i wpływu na własne życie. To nic, że kosztem bezpieczeństwa i życia innych. Poszli na tę wymianę.
Przyrzekła im, że żaden z nich nie będzie musiał nosić żałoby po śmiertelnych, ludzkich żonach, bo ich przeznaczeniem są małżeństwa z Nieśmiertelnymi, które wcześniej zostaną przez nich ujarzmione, jak być powinno. Opowiadała im historie, których znać nie mogli; legendy o czasach, których w tej Watasze nikt już nie pamiętał.
Powiedziała im, że najlepsi i najdzielniejsi, ci, których czyny będzie opiewać nowa Mahabharata, poślubią mniszki z jej eremu.
Utwierdziła ich w przekonaniu, że kiedy już podbiją świat, to wprowadzą wszędzie stare zwyczaje ich ludu; zwyczaje ich pradziadów, które sprawiały, że kraj kwitł i ludzie się rozwijali.
Wystarczy, że odpowiedni ludzie będą u władzy.

Nie widzieli nic złego w tym, że na najsłabszych członkach Watahy testowano śmiercionośne leki. Bo przecież testowano na tych słabych, prawda? Słabi są, jak ci inni Zmienni, którzy się kryją, którzy doprowadzili Nadnaturalny świat do degeneracji i obumarcia. Pozbycie się ich wyjdzie wszystkim na dobre. Wzmocni rasę.
Przecież musieli to zrobić, żeby osiągnąć cel. Nie mogli okazywać słabości swoim, bo nie byliby silni w obliczu przeciwników, prawda? Nie da się oczyścić i nie zaczynać od siebie.

Na końcu drogi czekała na nich władza, sława, pieniądze, kobiety.

Do tego się to sprowadzało.

Wierzyli we wszystko, bo Rani mówiła, że to prawda; bo chcieli wierzyć. Łyknęli wiarę w to, że jesteśmy zdegenerowani; że lek, który testują uderzy tylko w najsłabszych i ich wyeliminuje; że reszta przeżyje, że ci najsilniejsi, którzy przetrwają, będą rządzić i będą ziarnem odnowy naszej rasy.
Dlatego testowali i zabijali, w tym celu poddawali Zmianie swoje dzieci, robiąc to po kryjomu, w eremie i pod osłoną magii Shahmir.
Angażowali się to chętnie, bo tego chciała ich Rani. Oni sami także bardzo tego chcieli.

Wierzyli w te brednie, bo to prości ludzie. Nie studiowali, nie kształcili się. Najpierw nie było szkół, potem za mocno ich trzymała w szachu Shahmir, żeby mogli myśleć o edukacji. Wszyscy pochodzili z jednej, niewielkiej wioski w górach, gdzie dbano o czystość krwi i kast. Gdzie zasady były wszystkim. Mieszkali w tym samym miejscu od dziesiątków pokoleń.
Ile jest takich miejsc na Ziemi?

Martwiło mnie to, że Zmienni z tej małej Watahy nie widzieli nic złego w terroryzowaniu mieszkańców swojej wioski i sprzedaży ich w niewolę Shahmir i jej mniszkom.
Jakby zmuszanie, żeby ich rodziny, sąsiedzi, przyjaciele, żeby wszyscy służyli tym kobietom, było OK. Jakby rodzenie się w niewoli i śmierć w niewoli, zamknięcie w magicznej bańce, z której nie ma wyjścia, też było normalne.
Śmiertelnymi gardzili za ich ludzką słabość. Za kruchość. Za poddanie czasowi. Oni byli przecież lepsi.

Chcieli tę „lepszość” pokazać światu. Zabijając. Mordując. Podbijając.

Siedziałem smutny i zły, z głową na stole, kiedy poczułem i Andy, i Alexa. Podeszli, stanęli blisko. Alex położył mi dłoń na karku, pompując we mnie swoją siłę. Andy usiadła na stole, rozwiązała mi kucyk i bawiła się moimi włosami, gładząc je, ciągnąc za nie, przeplatając je między palcami. Trwaliśmy tak w ciszy przez kilka minut, jakbyśmy dotykiem chcieli się oczyścić, jakby nasz dotyk mógł zmyć ten brud.
– Bo może – powiedział nasz Wilk – Bo może i to właśnie robi.
Nie spierałem się z nim, bo miał rację. Już czułem się lepiej.

Lepiej, ale dalej jak idiota, bo myślałem, wieczny optymista, że w mojej rasie jest mniej łatwowiernych, sfrustrowanych osobników, których marna propaganda i tanie historyjki są w stanie zmanipulować. Bo miałem złudzenia, że nie każdy chce się dorwać do władzy i zmieniania świata na swoją modłę.
Wiadomo, mniejsza liczebność, selekcja i te sprawy.
Ale się myliłem. Nikt, żadna nacja, żadna rasa nie jest odporna na głupotę. Nasza ma po prostu więcej czasu, żeby głupotą nasiąkać, albo żeby się w niej zamykać.

– To w sumie takie same ofiary jak ci, którzy ginęli od srebra – powiedział Alex, siadając przy mnie tak, że dotykaliśmy się udami.

Andy władowała mi się na kolana i objęła mnie mocno.

Rozumiałem, co mówi Wilk, ale coś we mnie się z tym nie zgadzało. Nie była to cała prawda, ale nie było to kłamstwo.
– Tylko, Wilku mój – mówiłem z ustami przy skroni Andy – oni zabijali. Zabijali swoich, naszych. Zamiast przyjść i powiedzieć, o co im chodzi, czego chcą. Przecież my jesteśmy wiecznie rozgadani i wiecujący. Przecież widzę, ilu naszych przychodzi do PBI pogadać, na skargę, z propozycjami, uwagami, cholera wie z czym, byle się wygadać. A ci, co? Zamknęli się w sobie i dali w siebie wsączać jad.

– To są bardzo prości ludzie – Andy gładziła dłoń Alexa, jak zwykle przyssana do obu nas.
Ucho miała przy mojej piersi, jakby musiała pilnować bicia mojego serca.
– Nie mają narzędzi do rozkminiania wszystkiego jak wy, wykształciuchy pierdolone. Oni są autentycznie i materialnie biedni, nie potrafili w ciągu tych wieków zbudować sobie bazy finansowej, a Shahmir i jej wściekłe suki to wykorzystywały, bez litości. Wbijały im w głowy głupoty o obrzydliwości świata zewnetrznego, upadku zwyczajów, degeneracji ich własnych ludzi. Jak mieli się przed tym bronić? Chłonęli jak gąbki, bo im było źle. Urodzeni w dziewiętnastym wieku, ich Zmienni ojcowie byli jeszcze starsi. Żyją ideami, których wtedy się nauczyli i zwyczajami tamtego czasu. To, co ich otacza, przerasta ich i przeraża. Komórki? Internet, nawet taki chujowy jak cywilny? Zmiany obyczajowe? Kobiety w rządzie, na połowie stanowisk? Demokracja? To są wszystko tak obce im wymysły i tak niezrozumiałe, że się wyłączyli. Nigdy nikt niczego im nie tłumaczył, nie uczył niczego. Ich wykorzystywano. Wcześniej po to, żeby mniszki były zadowolone, szczęśliwe i miały pełne brzuchy, a potem, żeby zrobić rewolucję.

Wiedziałem, że Andy ma rację, ale jakoś…

– Nie wiem, Tesoro, nie wiem. Żyjesz tak długo po coś. Nie po to, żeby żyć, tylko po to, żeby się uczyć, rozwijać, ulepszać świat, a nie za wszelką cenę trzymać go w niezmienionej postaci jak motyla w gablocie, przypiętego szpilką. Bycie Zmiennym, bycie kompatybilnym ze Zmianą, to sygnał, że masz w DNA coś o wysokim ładunku adaptacyjnym. Ludzie adaptują się do wszystkiego, my robimy to jeszcze szybciej. Więc takie tkwienie… – zawiesiłem głos.
Wciągnąłem w płuca ich zapach. Jego las sosnowy i rozgrzane żelazo, jej ziemię, jaśmin i gorycz herbaty. Dla tego, dla tych dwóch zapachów, trzeba nasz świat znów postawić na nogi. Żeby byli i żeby było im dobrze.
Alex wstał, przyklęknął przed nami, siedzącymi na krześle i związanymi w supeł, i objął nas.
– Myślę, że wiem, co nam pomoże – powiedział – Chodźmy się przelecieć.
Wyjąłem gumkę z łap Andy i związałem kucyk. Tak porządnie, jak tylko się dało, z tą małą przywrą ciągle przyczepioną do mnie i z rękami Alexa wokół nas.
– Jestem za – powiedziałem.
– Ja też.

Przywra zlazła z moich kolan i popatrzyła na kamerę, której pobłyskujące czerwienią oko patrzyło prosto na nas.

Oparła ręce na biodrach.
– Czy wyście nas cały czas oglądali?
Kamera ruszyła obiektyw centymetr do góry i potem centymetr na dół.
– Ochujeliście?
Kamera powtórzyła swój ruch i jakby się złapała na pomyłce, zaprzeczyła.
– Fiutki.
– Nie sądzisz, że możesz oceniać patrzących zbyt… ostro?
Wilk i jego dyplomacja….
„Cicho, mruczuś”.
Andy w odpowiedzi pokręciła głową.
– Nope. Parvaneh jest zbyt dojrzała, żeby tam siedzieć, więc jeśli jej tam nie ma, to powiedziałam anatomiczną prawdę. I tylko to mnie interesuje.
– Tesoro, co to jest „anatomiczna prawda”?
Zatroskałem się, że moje wykształcenie ma jakieś dziury. Trzy fakultety i takie braki, to byłby wstyd, nie? Ale nie musiałem się martwić, bo jedyną odpowiedzią, jaką uzyskałem było wzruszenie ramionami.

Sugerowana kolejność czytania „Drogi Smoka”

„Droga Smoka” Moniki Lech na Amazon.com.

Published in"ULECZONY ŚWIAT", część 5

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *