Skip to content

„Kochankowie i pisarze” Lily King, czyli dorosłość a ideały

„Człowiek nie zdaje sobie sprawy, ile wysiłku wkłada w skrywanie różnych rzeczy, dopóki nie spróbuje ich odkopać”. [s. 183]

Lily King napisała kapitalną książkę

Czytałam ją dwa tygodnie, nie dlatego, że mi się nie podobała mi, ale dlatego, że wchłaniałam ją po kawałku, dawkując ją sobie jak deser, który jest pyszny, ale którego pożreć na raz nie powinniśmy.

Pozornie „Kochankowie i pisarze” są prostą książką

Ot, mamy trzydziestolatkę, której matka zmarła niedawno, i która niespecjalnie radzi sobie w życiu. Można by ją nazwać „nadwrażliwą” i „słabo przystosowaną”. Książek, które są portretem niedostosowania i alienacji jest sporo i kolejna byłaby tylko przypisem bibliograficznym. Jest jednak w książce King coś, co sprawia, że czytam tę książkę jako pochwałę wiary w marzenia.

Główna bohaterka King, Casey Peabody, była kiedyś „kimś”: cudowne dziecko golfa, trenowane przez ojca i odnoszące sukcesy, oraz błyskotliwa studentka, której wieszczono karierę. Innymi słowy – ucieleśnienie amerykańskiego snu!

Tymczasem Casey jest po trzydziestce

od sześciu lat pisze książkę, pracuje jako kelnerka, mieszka kątem u znajomego jej brata, jej rodzina rozpadła się w proch – matka nie żyje, ojciec… ojciec jest osobnym tematem, równie nieprzyjemnym jak reszta życia Casey. Dziewczyna ma dziesiątki tysięcy dolarów długu studenckiego, jej życie prywatne jest w impasie, a zdrowie – w tym psychiczne – jest w strasznym stanie.

Co się stało z Casey Peabody?

Gdzie po drodze zboczyła z prostego traktu wiodącego do kariery, sukcesu i pieniędzy? Jest jedno, kluczowe wydarzenie, które „odcięło” jedną nogę jej przyszłej kariery, ale nie chcę spoilerować i tłumaczyć tego, bo „Kochanków i pisarzy” warto przeczytać.

Zatem nie powiem. Możemy się później spierać, czy i jakie miało owo zdarzenie znaczenie, jedno jest pewne – ślad zostawiło.

„[…] ale nie czułam smutku. W ogóle nie odczuwałam prawie żadnych emocji. Jednak po nocach prześladował mnie lęk, że gdzieś wewnątrz mnie jest ktoś, kto chce umrzeć.
Matka po powrocie z Arizony spytała, czy chciałabym z kimś porozmawiać, profesjonalistą, jak powiedziała. Nie wiem, dlaczego mi to zaproponowała, co do tego doprowadziło, ale przeraziła mnie myśl, że ten profesjonalista mógłby wejść mi do środka i znaleźć tę drugą osobę, która czuła to wszystko, co zabraniałam sobie czuć”. [s. 93]

Dla mnie kluczowe jest to, że Casey – w przeciwieństwie do wielu jej rówieśników – nie przestała pisać. Pisze, pisze cały czas! Inni, ci z którymi zaczynała swoją drogę twórczą piszą dorywczo. Pracują, zarabiają pieniądze, płacą długi, inwestują w przyszłość bardziej pewną niż pisanie książek. Casey poszła inną drogą. Dla niej wszystko jest mniej ważne, niż jej książka. Ona stanowi punkt odniesienia i cel.

„Myślę o wszystkich ludziach odgrywających różne role, oddalających się coraz bardziej od siebie, od tego, co ich porusza, ożywia wewnętrznie”. [s. 161]

Uwielbiam styl King

To pisarka bardzo wrażliwa na język. Wiem, głupio to brzmi, czyż nie wszyscy… Nie. Niektórzy skupiają się na akcji, na psychologii itp i nie są świadomi języka. Mogą być genialni, ale brakuje im właśnie tej nadwrażliwości na język, jego meta-znaczeń.

„Może ekscytujące w tym związku były właśnie te obce języki, bo dzięki nim wszystko się potęgowało, stanowiło dla mnie wyzwanie, bo starałam się utrzymać Paca w przekonaniu, że mam łatwość uczenia się języków, potrafię przyswajać, naśladować, przemieniać. Nikt nie spodziewał się po Amerykance takiej sztuczki: połączenia dobrego słuchu z dobrą pamięcią i zrozumieniem zasad gramatycznych, więc wydawałam się o wiele bardziej utalentowana, niż byłam. Każda rozmowa była szansą na to, by się wyróżnić, pofiglować, rozbawić siebie, a jego zaskoczyć. A jednak nie pamiętam, o czym mówiliśmy. `Rozmowy w językach obcych nie zatrzymują się w mojej głowie jak te, które prowadziłam po angielsku. Nie zostają tam. Są dla mnie jak pióro z atramentem sympatycznym, które matka przysłała mi na Gwiazdkę, kiedy miałam piętnaście lat, a ona wcześniej wyjechała, ironia, która uszła jej uwagi, nie mojej”. [s. 22]

Podoba mi się to, jak opisuje świat postrzegany przez Casey. Wrażliwość bohaterki opiera się na wrażeniach taktylnych, dotykowych. Jej lęki, jej stan psychiczny objawia się za pomocą odczuć w ciele. Pszczoły, dzwon, skóra, która robi się za mała, głębokość i wrażliwość niektórych z jej obserwacji.

„Zaglądam sobie w oczy, ale nie są to naprawdę moje oczy, nie te, które kiedyś miałam. To oczy kogoś bardzo zmęczonego i bardzo smutnego, a kiedy w nie patrzę, robi mi się jeszcze smutniej, a potem dostrzegam ten smutek, to współczucie z powodu smutku w moich oczach, i widzę, jak stają się mokre. Jestem smutną osobą, jak i osobą, która chce pocieszyć smutną osobę. A wtedy robi mi się smutno z powodu osoby, która ma w sobie tyle współczucia, ponieważ najwyraźniej przechodziła przez to samo. I ten ciąg wciąż się powtarza”. [s. 24]

Cielesność jest w ogóle u King fascynująca,

bo Casey wszystko, co psychiczne, przeżywa fizycznie. King pisze, że jej bohaterka wszystko ma „stożkowate” i jest to uwierające w sposób niesamowity. Stożek jest bowiem… jak ostrze. Mam wrażenie, że Casey obraca siebie przeciw sobie. Nieświadomie, niegwałtownie, nikt tu się nie samookalecza, nie robi sobie bezpośrednio krzywdy, ale i tak ta psychologiczna autoagresja jest dramatyczna, do tego stopnia, że przez pewien czas – jak pewnie i inni czytelnicy Lily King – czekałam na diagnozę, na którą czekała i bohaterka „Kochanków i pisarzy”.

Casey, na jej rowerze pokonuje ulice Bostonu do i z pracy. Ma charakterystyczne miejsca, w których zwykle się rozkleja, lub w których usiłuje się nie rozkleić. Mija gęsi, trochę jak gęsi kapitolińskie, które zajmują się sobą, ale i bohaterką Lily King. Są jakby symbolem jej lęków i traum. Im głośniejsze, tym jest gorzej z Casey. Ale przychodzi czas, gdy…
Dobrze, nie będzie spoilerów.

Kobieta siedzi w klaustrofobicznym mieszkanku i pisze, a raczej stara się. Jej głowa ciągnie ją w przeszłość, ku związkowi, który się rozpadł, ku matce, która – jaka by nie była – stanowiła pewną stałą w życiu pisarki. Zaczyna mieć życie emocjonalne i intymne, ale… ale jest ono. Jak cała reszta jej życia: skomplikowane, emocjonalnie wycieńczające, mało satysfakcjonujące i niewystarczające.

Tak, „Kochankowie i pisarze” uwierają

Każą zadać sobie pytania o marzenia, o to, co warto dla nich zrobić. Każą odpowiedzieć na pytania dotyczące związków: dlaczego w nie wchodzimy i czemu w nich jesteśmy? Każą przedefiniować nasze myślenie o rodzinie, o stracie.

„Kochankowie i pisarze” są w pewnym sensie bardzo „amerykańską” powieścią

Amerykańską w tym sensie, że jakoś zawsze oczekujemy happy endu, że walka o swoje jest zawsze ważna i że ci, po których niewiele się spodziewamy, zwyciężają dzięki ich konsekwencji i sile charakteru.
Jest przyjaciółką, która nie zawodzi, jest agentka, zupełnie nowa i świeżutka, nowicjuszka, która stanie na głowie, by… – no wiecie, o co chodzi! Ale to tak napisane, że wow! Nawet ten „przysłowiowy” psychiatra gra i to jak!

„- Boję się, że skoro nie radzę sobie teraz, to nie poradzę sobie z gorszymi rzeczami w przyszłości.
Kiwa głową. Przygładza kciukami wąsy.
– Gorszymi rzeczami w przyszłości? A może być gorszego niż to? Matka nagle umiera. Jej śmierć podwójnie panią dotyka, bo powraca echem poprzednie opuszczenie. Ojciec okazał się niezdolny do bycia ojcem. Jest pani winna pieniądze wielu wielkim korporacjom, które wiecznie będą panią nękały. Sześć lat poświęciła pani na napisanie powieści, która może zostanie opublikowana, a może nie. Wywalono panią z pracy. Mówi pani, że chciałaby założyć rodzinę, ale zdaje się, że w pani życiu nie ma mężczyzny, poza tym może pani być bezpłodna. No nie wiem, przyjaciółko. To nie byle co.
Ze wszystkich jego dziwnych odpowiedzi ta najbardziej mi pomaga. To nie byle co”. [s. 321-322]

Lily King jest zaskakująca w szczegółach

w drobnych obserwacjach, które czasem sprawiały, że zatrzymywałam się, zastanawiałam i kiwałam głową. Niby niewielkie rzeczy, wiecie – z tych ewidentnych, a niezauważanych, bo tak… wszechobecnych.

„- Dlaczego mężczyźni zawsze chcą tak właśnie wyglądać na zdjęciu, gdy prezentują się jako autorzy?
– „Moje głębokie myśli sprawiają mi ból” – mówi Silas chropawym głosem.
– No właśnie. Albo – próbuję go naśladować – „Może będę musiał cię zamordować, jeśli tego nie przeczytasz”.
Silas się śmieje.
– Tymczasem, gdy chodzi o kobiety, – biorę z półki książkę pisarki, którą podziwiam – to ich zdjęcia muszą być ujmujące. – Zdjęcie potwierdza moje słowa. Autorka ma na twarzy szeroki, przepraszający uśmiech. Podsuwam zdjęcie Silasowi. – „Proszę, polub mnie. Chociaż jestem pisarką i zdobywczynią nagród literackich, to jednak miła i niegroźna ze mnie osoba”. [s. 61]

„Pisarze” – wiadomo, ale skąd „kochankowie”?

Cóż. Casey lewituje między byłym chłopakiem, Paco, który wraca we wspomnieniach, między Silasem, jej rówieśnikiem, i między znanym pisarzem, z którym ma szansę stworzyć piękny i toksyczny związek.

Kobieta nie jest bezradna, pasywna, wycofana, straumatyzowana. Nie, Casey – jak większość z nas – trochę „wymięka”, kiedy spotyka się z emocjami. Jest inteligentna, świadoma siebie, wykształcona, wiele widzi.

„Wciąż przykucnięta, myślę o tym, że kobieta bardzo wcześnie jest przyuczana do tego, by dostrzegać, jak odbierają ją inni, kosztem tego, co sama wobec nich czuje. CZasami jedno plącze się jej z drugim i powstaje węzeł, który trudno rozwiązać”. [s. 144]

Ale emocje sprawiają, że jest naga i bezbronna

Nie tylko zresztą w kontekście jej kochanków, ale i matki. Jej stosunek do kobiety, która ją urodziła, jest skomplikowany i bynajmniej nie jest wyidealizowany i przesłodzony. Można się nawet zastanawiać, dlaczego Casey aż tak cierpi?

Cierpi zresztą nie tylko ona, ale i jej brat – Caleb, Adam, u którego mieszka, a który nie umie poradzić sobie z tym kim i jaki jest. Piękna jest obserwacja tych emocji. Piękna.

Bardzo polecam „Pisarzy i kochanków” Lily King!

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *